1. Agresja

   – Ktoś coś powie, czy będziemy całą drogę iść w ciszy? – głos Marka wyrwał nas z transu.
Wraz z Angie spojrzeliśmy na niego. Żadne z nas nic nie powiedziało. Byliśmy zbyt przybici tym dniem. Kiedy wszystko szło na pozór dobrze, Marek musiał zabić Gośkę. Mój umysł nie był w stanie znieść nic więcej. Kolejna śmierć, mogłaby oznaczać mój psychiczny koniec.
– Przecież przeprosiłem. Wiecie co się dzieje z tymi, którzy zostaną pogryzieni. Żyjecie na tyle długo, by przyzwyczaić się do tego widoku – chwila ciszy – Założę się, że musieliście zabić niejedną bliską wam osobę.
– Zamknij się – już nawet nie podnosząc głowy, Angie jako pierwsza z naszej dwójki się odezwała.
– Słucham? Co powiedziałaś?
– Zamknij kurwa ten ryj! – tym razem nie powstrzymała się. Jej głos był tak donośny, że zombie znajdujące się w pobliżu, zapewne już wiedziały gdzie jesteśmy.
Przez moment Marek zamarł w miejscu. Jego twarz była tak wykrzywiona ze zdziwienia, że wyglądał jak postać z obrazu „Krzyk” Van Gogha. Nie był nawet w stanie powiedzieć choć jednego słowa.
Odkąd poznałem Angie, nie widziałem jej tak wściekłej. Nawet w domku była mniej zdenerwowana niż teraz. Nie wiedziałem czy to ze zmęczenia, czy jedna z objawów infekcji. Żyły na ręku i twarzy, stały się bardziej widoczne. Pulsowały w przyspieszonym tempie. Krew się w niej gotowała… dosłownie.
Kątem oka dostrzegłem, jak jej dłoń powoli zmierza w kierunku pistoletu. Byłem pewien, że to wirus daje o sobie znać. Nagły przypływ agresji, musiał być jednym z ostatnich skutków przed ostateczną przemianą.
– Wyluzuj dobra? Wiesz, że to było konieczne. Gdybym tego nie zrobił, to mogła by cię ugryźć, a wtedy…
– Dość tego! – jednym ruchem wyciągnęła broń i przystawiła do głowy Marka – przysięgam, jak zaraz się nie zamkniesz, wystrzelę w ciebie cały jebany magazynek!
Tym razem, nawet ja się wystraszyłem. Nie wiedziałem do czego może być zdolna osoba zainfekowana. Bałem się, że nie żartuje z tym, co mówi.
– Angie proszę…
– Co ja kurwa mówiłam!? Zamknij mordę!
Musiałem zareagować, bo inaczej byłoby po Marku.
– Angie posłuchaj mnie. To nie jest dobry pomysł.
– Dawid błagam nie wtrącaj się. Widziałeś co on zrobił. Strzelił drugiemu człowiekowi i to bez skrupułów! Bez zawahania! Przez takich jak ty, ten świat wygląda jak wygląda!
– Ale ona była ugryzion…
– Nie była pierdolonym zombiakiem! – jej żyły pulsowały coraz szybciej – Żyła i oddychała jak ja, czy ty! Zabiłeś drugiego człowieka!
– Angie proszę – w tym momencie wycelowała lufę w moją stronę.
– Ty nie jesteś lepszy. Przez ciebie straciłam brata! Pamiętasz to jeszcze? – jej palec coraz bardziej drgał na spuście pistoletu – Gdyby nie ty, doszłabym z nim dzisiaj w bezpieczne miejsce. Śmiałabym się i cieszyła z tego, że przeżyliśmy kolejny dzień! Zrujnowałeś moje życie!
Zdecydowanie uderzyła w czuły punkt. Minął tygodnie, miesiące, a może nawet lata, kiedy wybaczę sobie to, co dzisiaj się wydarzyło. Straciłem ochotę na poszukiwanie leku. Może tak naprawdę infekcja ujawnia to, kim naprawdę jesteśmy? Skoro tak, to ja jestem mordercą. Dzisiaj z mojego powodu zginęło wielu ludzi, a w tym dwójka, bogu winnych dzieci.
Przykląkłem na kolanach i spuściłem głowę w dół. Na ziemi, systematycznie pojawiały się krople moich łez. Powoli powstawała mokra plama, zrodzona z bólu i cierpienia.
– Nie krępuj się, strzelaj – mówiłem cicho, lecz byłem pewny, że Angie jak i Marek, mnie słyszą – Zakończ to. Nie zostało mi wiele czasu, więc po co w ogóle się starać? Zasłużyłem na śmierć bardziej, niż ktokolwiek inny.
Nie widziałem nic, co działo się przede mną. Moją twarz pokrywały łzy i brudne włosy. W końcu nadszedł moment, w którym mój umysł nie wytrzymał. Zacząłem ryczeć jak małe dziecko. Przestałem ukrywać w sobie to, co trzymałem od rana. Nie bałem się słów, które wypowiedziałem. Chciałem, by wymierzyła we mnie pocisk, który mógł być alternatywnym lekarstwem. Poddałem się.
Ta chwila trwała wieczność. To wszystko przerwał głos Krzyśka.
– Jesteś coraz słabszy i to nie przez infekcje… o nie. Jesteś słabszy, bo jesteś nikim i zaczynasz to sobie uświadamiać. Zawsze nim byłeś, ale teraz słowo ciałem się stało – tutaj się zaśmiał – naprawdę jest mi szkoda tej twojej Sylwii. Spędziła tyle lat z takim gównem jak ty. Gdyby spotkała mnie w swoim życiu, na pewno byłaby szczęśliwsza i przede wszystkim… nadal by żyła.
Znowu on. Chyba muszę przyzwyczaić się do głosów w mojej głowie. Chociaż zdecydowanie wolałem te, które należały do Sylwii. Ona nie wywoływała we mnie agresji. Mimo wszystko, miał on rację. Poddałem się już po raz drugi. To był mój kolejny upadek. Przypominało mi to drogę krzyżowej Jezusa. On upadł trzy razy, jednak za każdym kolejnym wstawał i szedł dalej.
   Momentalnie podniosłem głowę. Angie praktycznie nie drgnęła. Jedyną zmianą były łzy w jej oczach. Widać było w nich wewnętrzną walkę. Była niezwykle zacięta.
   Powoli opuszczała broń. Po chwili mierzyła w mój brzuch, potem kolano, a następnie w ziemie. Szloch zaczynał był słyszalny.
– Ja… ja nie wiem co się ze mną stało. To nie byłam ja – momentalnie schowały się wszystkie żyły.
Wróciła. Po raz kolejny ją odzyskałem. Wstałem i chciałem podejść do niej. Powstrzymała mnie jednak ruchem ręki.
– Nie podchodź. Jeszcze nie czuje się sobą. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Nie odpowiedziałem jej. To była kwestia czasu, by już na dobre powstrzymała atak infekcji. W jej wypadku była to agresja. W moim paraliż. Najwidoczniej każdy zainfekowany, miał swoje własne skutki uboczne. Kiedy doszła do siebie, schowała broń i momentalnie przywarła do mnie z całej siły, cały czas płacząc.
– Przepraszam. Przepraszam za każde słowo, które wypowiedziałam. Nic z tego nie było prawdą. Proszę uwierz mi!
Delikatnie zacząłem głaskać jej włosy.
– Wierzę.
Spojrzałem na Marka. Widać było po nim, że miał wiele pytań, na które prawdopodobnie nigdy nie uzyska odpowiedzi.
– Co… co to do kurwy nędzy było?
Po raz kolejny nie zważaliśmy na jego słowa. Żadne z nas nie wypuściło drugiego z uścisku. Najwidoczniej byliśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek indziej. Powoli zaczynałem czuć do niej to, co czułem do Sylwii. Była kimś wyjątkowym. Chciałem się o tym przekonać, ale teraz trzeba było dokończyć misję. Zebrała się we mnie nadzieja, że i ja mam szansę na moje własne zmartwychwstanie. By tego dokonać, muszę odnaleźć lek. Bałem się jednak, że czeka mnie trzeci upadek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twelve − nine =