1. Podróż

   Dawno nie siedziałem za kierownicą terenowego auta. Ostatnio prowadziłem takie cacko, kiedy wraz z Sylwią, byliśmy na wakacjach w górach. Mieszkał tam brat mojego ojca. Pomimo iż nigdy nie zdołałem wyrobić prawa jazdy, wujek za każdym razem dawał mi pojeździć swoim Jeep’em. Teraz zapewne chodzi bez celu gdzieś w Sudetach, a jego samochód stoi w garażu, zbierając kurz i rdzę.
   Początkowo droga była dość wyboista. Kiedy jednak wjechałem na asfalt, komfort podróży był o wiele większy. Podczas wyprawy, mijaliśmy wiele opuszczonych pojazdów wypełnionych krwią. Zdarzyły się też takie, w których nadal znajdowali się martwi ludzie. Przejeżdżając obok, czułem ich wzrok, podążający za nami.
   Do miasta nie było daleko, a w baku znajdowało się sporo paliwa. Jeżeli po drodze nie trafimy na przykre niespodzianki, to na miejscu będziemy około godziny 18.
   Od czasu do czasu spoglądałem na siedzącą obok Angie. Miałem nadzieje, że lek, który jej dostarczyłem, pomoże i za chwilę się ocknie. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale częściej patrzyłem na nią, niż na drogę. Tak naprawdę została mi już tylko ona. Wszyscy inni, których znałem, nie żyją. Sylwia… Karol… Sara… Krzysiek… Kasia… Mich… Zaraz! Gdzie jest Michał!?
   Gwałtownie zahamowałem. Na szczęście pamiętałem o tym, by zapiąć Angie i siebie pasami bezpieczeństwa. Kiedy stanąłem w miejscu, z tyłu dobiegło stłumione „ałć”. Wyciągnąłem broń i celując w stronę tylnego siedzenie, dostrzegłem ruch, pod znajdującym się tam kocem. Ostrożnie, lecz stanowczo zdjąłem go i moim oczom ukazał się chłopiec.
   – Michał!
   – Gdzie my… ała moja głowa – cały czas masując się po głowie, z oczu dziecka wydobyć można było wiele pytań.
   – Nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że tu jesteś!
   – Gdzie jedziemy? – mówił tak, jakby moje słowa całkowicie do niego nie docierały – i gdzie jest Kasia?
   – Posłuchaj mnie – zacząłem niepewnym głosem – twoja siostra jest teraz w lepszym miejscu. Poszła spotkać się z waszą mamą, by wspólnie modlić się w twoim imieniu.
   – Ale… – nie zdążył dokończyć zdania. Łzy natychmiast pojawiły się na twarzy malca.
   – Nie płacz, proszę – nie byłem w stanie przebić się przez lament Michała.
   Płacz przerodził się w krzyk przerażenia, gdy do szyby samochodu zaczął dobijać się zombie. Nie było czasu na postój, za chwilę mogły zjawić się kolejne. Trzeba ruszać w dro… Było już za późno. Przed przednią maską, zdążyła zebrać się liczna grupa trupów. Przez rozpacz Michała, nie słyszałem jak podchodzili. wyliczyłem około 15-stu. Wystarczająco dużo, by normalny samochód nie miał jak się przez nich przebić. Już traciłem nadzieję, kiedy uświadomiłem sobie, że nie siedzę w zwykłym aucie, tylko w wojskowym pojeździe z napędem na cztery koła.
   – Trzymajcie się – powiedziałem to w stylu bohatera kiepskiego filmu akcji, szykującego się na ucieczkę przed policją.
   W wozie zapanowała cisza. Jedyny dźwięk, jaki był teraz w środku, to dźwięk dociskania gazu do dechy i gwałtownego ruszenia. Turbulencję były nieuniknione. Na zewnątrz, słychać było trzask łamanych kości. Scena nie należała do najprzyjemniejszych, ale czułem fascynację z tego, że tym razem nam się udało, bez żadnych większych problemów.
   Niestety ulga trwała krótko. Nagle doznałem dziwnego odrętwienia nóg. Niby nic strasznego, ale cały czas trzymałem stopę na gazie i nie mogłem jej zdjąć. Dobrze, że mogłem poruszać rękami i w miarę możliwości, skręcać pomiędzy przeszkodami, stworzonymi z opuszczonych pojazdów na drodze.
   Kierowałem w ten sposób, z każdą sekundą nabierając prędkości. Obraz zaczął mi się zlewać, a skala na prędkościomierzu sięgała już 140 km/h. Po dwóch minutach takiej jazdy, całe odrętwienie ze mnie zeszło. Niestety było już za późno. Przed nami wyrosła wielka ciężarówka. Jedyna szansa istniała w próbie wyminięcia pojazdu. Refleks miałem całkiem dobry, więc w porę obróciłem kierownicę w lewo. Wykonując manewr, wszystko poszło tak, jak być powinno, ale niestety tył auta uderzył w TIR’a i dachowanie było nieuniknione.
   Moment zderzenia wyhamował auto którym jechaliśmy, ale nie zmienia to faktu, że wykonaliśmy dwa i pół obrotu, lądując na końcu kołami do góry.
   Wszystko było niewyraźne i zataczało okręgi wokół własnej osi. Siedziałem tak przypięty z nogami ku niebu, a ręce swobodnie mi zwisały, dotykając dachu auta.
   Wydawało mi się, że mija wieczność, że to właśnie tutaj przyjdzie mi doczekać się śmierci.
   Poczułem jednak, że ktoś majstruje mi przy pasie. Pomimo stanu, w którym byłem , wiedziałem, że to się dzieje naprawdę. Udało się. Pas ustąpił, a ja wypadłem z siedzenia. Momentalnie mnie to obudziło. Jednocześnie ktoś chwycił mnie za ramię i wyciągnął z tego, co zostało z wojskowego samochodu terenowego. Świat się jeszcze kręcił, ale wyraźnie widziałem twarz zbawcy. A raczej zbawczyni. Nie był to nikt inny, jak Angie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

14 − 5 =