2. O Włos Od Prawdy

Jak widać, poza nami w okolicy znajdował się ktoś jeszcze i wcale nie był martwy. Dźwięk silnika był coraz bardziej wyraźny. Nie wiadomo czy byli to bandyci, czy może ktoś inny. Kiedy Angie próbowała uciszyć maluchy, wraz z Krzyśkiem postanowiliśmy sprawdzić co się dzieje. Okazało się, że na horyzoncie pojawił się dość sporych gabarytów pojazd terenowy. Lakier z motywem moro był dobrym pomysłem, ale na otwartej przestrzeni był całkowicie bezskuteczny. Tablice rejestracyjne wydawały mi się dziwnie znajome. Miałem wrażenie, że już gdzieś je widziałem.
– O kurwa – Już wiedziałem skąd je znam. Był to wóz do misji zaopatrzeniowych z obozu. Często siedziałem na miejscu pasażera, kiedy Karol prowadził jak wariat. Na samą myśl o przyjacielu, zrobiło mi się ciężko na sercu.
– Co się stało? – Głos Krzyśka lekko zadrżał – wiesz kto to jest?
Nie mogłem zrozumieć co oni tu robią. Przecież nigdy nie zapuszczaliśmy się aż tutaj. Z różnych map i wypadów rozpoznawczych, oznaczyliśmy ten teren, jako pozbawiony jakichkolwiek zasobów potrzebnych do obozu.
Nagle pojazd stanął w miejscu. Przestraszyłem się, bo pomyślałem, że ktoś w środku mógł nas zauważyć. Wszystkie cztery drzwi się otworzyły i po każdej stronie wysiadła jedna osoba. Z tyłu i z miejsca kierowcy wyłonili się zwykli żołnierze, których najczęściej widywałem na wartach przy bramie. Jendak gdy zobaczyłem kto wysiada z miejsca pasażera, z trudnością przełknąłem ślinę. Był to dowódca obozu, do którego niegdyś należałem. Z reguły nie brał udziały w naszych misjach, więc jego obecność była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Najczęściej przesiadywał w swoim biurze. Rzadko kiedy gdziekolwiek wychodził. Musiało wydarzyć się coś nadzwyczajnego.
– Dawid! Żyjesz? Kto to jes…
– Tato! – pomiędzy nami pojawił się mały Michałek – to nasz tata tam stoi! – chłopiec palcem wskazał na dowódcę, radość na jego twarzy była nie do opisania – Tato! Tutaj jesteśmy! – zaczął wymachiwać rękami by pokazać ojcu swoją pozycję.
Grupa żołnierzy zaczęła się rozglądać. Na całe szczęście nie mogli sprecyzować skąd dokładnie dobiega hałas. Bez chwili namysłu przyłożyłem dłoń do ust Michała, by tylko stłumić jego krzyk. Kasia słysząc słowa brata wstała i podbiegła do nas. W jej oczach pojawił się ten sam błysk, co przed chwilą w oczach Michała.   Dzieci coraz mocniej szarpały się, by tylko pobiec do ojca. Gdy w końcu grupka żołnierzy była zdezorientowana całym zajściem, wszyscy pędem wsiedli do samochodu i nie zastanawiając się dłużej, pojechali dalej. Prawdopodobnie hałas, który usłyszeli, według nich był spowodowany bandytami a nie małymi dziećmi. Kiedy w końcu pojazd ruszył w dalszą drogę, wraz z Krzyśkiem puściliśmy maluchy. Spodziewałem się wielu pytań ze strony Angie czy Krzyśka ale oboje zamarli. Łzy w oczach rodzeństwa stawały się większe. Ich oczy były coraz bardziej spuchnięte od nadmiernego płaczu. Nie wiedziałem co w tej chwili zrobić. Ukląkłem przy maluchach. Temperatura coraz bardziej uderzała mi do głowy. Najwidoczniej infekcja nie dawała o sobie zapomnieć. Starałem się o tym nie myśleć, bo ból, jaki wyrządziłem tym dzieciom był o wiele większy.
– To był wasz ojciec?
Od nikogo nie uzyskałem odpowiedzi. Właśnie przekreśliłem nadzieję, dwóch młodych istot na tym bezlitosnym świecie, więc czego mógłbym się spodziewać? Działałem instynktownie. Cały czas nie mogłem pojąć, dlaczego tak walczę o swoje życie. Szansa, że wyjdę z tego cało, była z godziny na godzinę coraz mniejsza. Czułem w sobie sprzeczne emocję. Z jednej strony była złość na siebie i Sylwię, przez którą stałem się zupełnie kimś innym. Druga strona była zadowolona, że w tej chwili nie skończę z kulką w głowie.
– Wybaczcie mi, że postąpiłem tak a nie inaczej. Zdaje sobie sprawę, że to był wasz ojciec. Prawda może być bolesna, ale to był zły człowiek – w tym momencie skierowałem wzrok na Angie i Krzyśka – On i jego towarzysze od bardzo dawna próbowali zrównać nasz obóz z ziemią. Wiele razy widziałem jego twarz. Za wszelką cenę, próbował dostać się do nas, by powybijać wszystkich żywych. Z trudem udało mi się od niego uciec.
Angie skierowała na mnie swój wzrok.
– A to wasz obóz nie padł, przez umarłych?
Zbyt dużo pojawiło się nowych kłamstw, by pamiętać o tych starych. Wszystko mi się pomieszało. Starałem się, by nikt tego nie zauważył.
– Tak, przez umarłych. Ci tutaj zaatakowali nas wcześniej, ale na szczęście udało się ich odeprzeć.
Zapadła cisza. Nawet dzieci już nie płakały. Wszyscy popatrzyli po sobie.
Z niesmakiem na ustach głos zabrał Krzysiek.
– No tak – i tak oto w naszej drużynie, nikt więcej nie zabrał głosu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *