2. Wejście

– Od kiedy… to macie?
– Ja od ok. 13 godzin. Angie, trochę krócej.
– Wierzycie w to, że będziecie zdrowi?
– Ten dzień sprawił, że jestem skłonny powiedzieć tak.
Z oczu Marka zaczynały lecieć łzy. Po chwili zasłonił twarz dłońmi. Pogrążony był w wielkim smutku.
– I gdyby nie ja, ona mogłaby dalej żyć?
– Przypuszczam, że tak – każda moja odpowiedź, pozbawiona była jakichkolwiek emocji.
To co powiedziałem, przybiło go jeszcze bardziej. Wiedziałem, że jest dobrym człowiekiem, który po prostu dokonał złego wyboru.
– Ja… naprawdę nie chciałem…
– Wiemy to – Angie już nie była wściekła, co najwyżej zirytowana – nie cofniemy czasu, nieważne jak byśmy tego chcieli. Czy możemy w końcu ruszać?
Marek wstał i otrząsnął się. Wytarł ręką mokrą twarz, udając człowieka, który nigdy w życiu nie widział łzy – Jestem gotowy.
– Zatem w drogę.
Budynek stawał się coraz większy. Pomimo panującej wszędzie apokalipsy, ten obszar był zadbany. Żadnej stłuczonej szyby. Żadnej krwi i ciała wokół. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. Problem polegał na tym, że dostanie się tam było trudniejsze, niż się spodziewałem.

Cały teren otoczony był wysokim płotem – zapewne pod napięciem. Na samej górze był drut kolczasty. Co kilka metrów wisiała tabliczka z ostrzeżeniem „Teren Prywatny” lub „Wstęp Zabroniony”. Dość jasny przekaz, by się nie zbliżać. Oczywiście zamierzałem zrobić coś zupełnie odwrotnego – dostać się do środka.
– Kurwa. Tego się nie spodziewałam.
– Nie ma co tracić nadziei. Trzeba tylko znaleźć jakiś słaby punkt.
Każdy z nas szczegółowo się rozglądał. Wszędzie panowała cisza. Spojrzałem w prawo i dostrzegłem park, w którym po raz pierwszy słyszałem o powstaniu tego kolosa. Teraz wyglądał gorzej, niż gdy widziałem go ostatnim razem. Wspomnienia wracały. Zanim jednak odpłynąłem w ich stronę, dotarł do mnie głos Angie.
– O tam!
Wraz z Markiem wytężyliśmy wzrok w stronę, którą wskazała Angie.
– No tam!
– Budka strażnicza.
– No właśnie – na twarzy Angie pojawił się uśmiech, jakby planowała coś nikczemnego.
– Chyba powinniśmy ich unikać, a nie iść w ich kierunku? – Marek był o wiele bardziej zdziwiony, niż ja. Nauczyłem się ufać tej dziewczynie, więc poszedłem za nią bez słowa – co wy.. a niech was! – Momentalnie ruszył za nami.
Podszedłem bliżej do niej, by móc dowiedzieć się co planuje.
– Wiesz co robisz?
– Posłuchaj mnie Dawid. Skoro są tam strażnicy, znaczy, że są tam faceci. A o czym faceci myślą cały czas?
– Sprytnie to wykombinowałaś.
– Wiem. Zostańcie niedaleko, gdy będę już w środku, otworzę wam bramę, a wtedy wejdziecie za mną.
Kiwnęliśmy głowami i schowaliśmy się za paroma drzewami przy drodze, która prowadziła bezpośrednio do wejścia. Patrzyliśmy jak idzie w ich kierunku sama. Trochę się bałem. A gdyby nie dali się nabrać? Gdyby stała się równie agresywna, co wcześniej? Modliłem się, by dała sobie radę.
– Jest szalona.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo – mówiłem to, cały czas patrząc na Angie.
Była za daleko, by słyszeć co mówi. Niepokoiło mnie to coraz bardziej. Nie mogłem jednak się ruszyć, bo mogłoby to wszystko zepsuć.
Stanęła. Chyba coś krzyknęła, bo słyszałem ją nawet tutaj. Od razu wybiegło dwóch uzbrojonych po zęby żołnierzy. Celowali w nią przez jakiś czas, po czym jeden z nich schował broń i poszedł w kierunku bramy. Drugi cały czas miał ją na muszce. Otworzył. Ucieszyłem się, widząc to, jak świetnie sobie radzi. Niestety od razu jak znalazła się w środku, złapała się za brzuch. Najwidoczniej dopadły ją mdłości – gorszego momentu nie mogło być, na objawy infekcji. Skoro tutaj pracują, od razu zorientują się, co jej dolega.
Wycelowali ponownie. Tym razem jakby bardziej stanowczo. Nie mogłem siedzieć w miejscu. Wybiegłem od razu.
– Zostawcie ją!
Krzyczałem ile sił. Podziałało, bo odwrócili się niemal jednocześnie. Gdy biegłem w ich stronę, usłyszałem strzały. Zatrzymałem się i spojrzałem, czy nie mam jakiś obrażeń. Znikąd nie leciała mi krew, więc mogło to znaczyć tylko jedno. Obaj mężczyźni padli na ziemię, a zza ich ciał wyłoniła się Angie.
– Poradziłabym sobie, ale dzięki za pomoc – W okolicach jej ust, widać było resztki krwi. Po chwili jednak wytarła ją o rękaw.
– Oczywiście, że tak – uśmiechnąłem się w jej kierunku – niema za co.
Odwzajemniła uśmiech, a za mną usłyszałem biegnącego Marka.
– Ty to masz jaja dziewczyno.
– Większe niż niejeden facet – puściła mu oczko – a teraz przebierajcie się w te ciuchy, mam pomysł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

20 − 9 =