3. Wymarsz

Widok ten sam co poprzedniego dnia, po przebudzeniu. Na stoliku jedzenie, złożone z tego samego co wcześniej i te cholerne tabletki. Po co mi je podają, skoro wprost powiedziałem, że nie będę ich brał? Najwidoczniej tutaj mogą pozwolić sobie na marnowanie rzeczy.
Dzisiaj jest dzień, w którym wstanę z łóżka i po raz kolejny stawię czoła rzeczywistości. Niezbyt uśmiechało mi się to, ale chyba wolałem wyruszyć w podróż, niż kisić się w tym łóżku.
Dawno nie czułem się tak wypoczęty fizycznie. Umysł cały czas przypominał mi widok przemienionej Angie, więc jeżeli chodzi o wypoczynek psychiczny, to mogłem o nim co najwyżej pomarzyć.
Była godzina 8:06, a poza osobą, która przyniosła mi śniadanie, nie przybył nikt, kto zbudziłby mnie do jakiegokolwiek działania. Wiedziałem jednak, że nie muszę czekać długo, by ktoś w końcu to zrobił.
Spokojnie zjadłem śniadanie, nie spuszczając jednak oczu z drzwi. Czekałem na moment, kiedy wejdzie tu Doktorek, lub ten żołnierzyk, by w końcu przekazać mi informację o tym, kiedy ruszamy. Ciekaw jestem z kim tym razem przyjdzie mi wyruszyć w podróż? Nikt jeszcze mi się nie przedstawił. Oczywiście poza sierżantem, o dumnym nazwisku Sęp.
Nie wiem czemu, ale za każdym razem, kiedy sobie to przypominam, chce mi się śmiać. Niby nic śmiesznego, ale w obecnych czasach, osoba, nosząca nazwisko po padlinożercy, może być powodem do żartów. Wątpię jednak, by jego ludzie mieli okazję się z tego pośmiać, ale ja na razie miałem niezły ubaw.
Kiedy już skończyłem jeść, w końcu usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Na całe szczęście pojawił się w nich Doktorek. Nadal nie darzyłem go zaufaniem, ale mimo wszystko był lepszym towarzyszem, niż sierżant.
– Jak się czujesz?
– Całkiem nieźle. Kiedy ruszamy?
Nie miałem zamiaru owijać w bawełnę. Chciałem chociaż raz dowiedzieć się czegoś konkretnie, a nie wymijać temat bocznymi ścieżkami.
– Cóż… Niedługo – mogłem się spodziewać, że Konrad nie poda dokładnej odpowiedzi – przyszedłem ostatni raz sprawdzić odczyty. Potem będziesz należeć do naszych wojskowych.
Należeć? Chyba nie wydaje im się, że jestem jakimś przedmiotem, który od tak można wyrzucić? Niemniej jednak ze swoimi poglądami wolałem poczekać. Pytanie tylko, do kiedy?
– Wygląda na to, że jesteś już w pełni zdrowy. Tak więc moja rola skończona. Dziękuje za współpracę Dawidzie – w tym momencie wyciągnął w moją stronę dłoń.
Przez chwilę nie wiedziałem co zrobić. Patrzyłem raz na niego, a raz na jego rękę. Na palcu miał obrączkę, więc albo jest szczęśliwie żonaty, albo nosi symbol zmarłej żony.
Po namyśle, postanowiłem nie odgrywać żadnych scenek – na pewno nie teraz. Uścisnąłem mu dłoń i rozstaliśmy się w „przyjaznej” atmosferze. Zanim jednak wyszedł, po raz ostatni zwrócił się w moim kierunku.
– Przykro mi z powodu twoich znajomych. Wiedz, że nie chciałem tego, na pewno nie dla Angie. Od początku miała coś w sobie. Wielka szkoda, że odeszła.
Po co mi to wszystko mówi? By wzbudzić we mnie litość i mu wybaczyć? Jedyne co mu się udało, to zagotować we mnie jeszcze więcej złości. Całe szczęście od razu po tym wyszedł, bo nie wiem co mogłem mu zrobić w przypływie szału.
Dosłownie dwie minuty później do pokoju weszła ta sama pielęgniarka, której twarz zobaczyłem na samym początku. Była ładna a w rękach niosła strój i plecak.
– Miło cię widzieć w lepszym stanie. Tutaj masz wszystko, co będzie potrzebne – jednym ruchem rzuciła wszystko na łóżko – ubierz się w to, a ja zaprowadzę cię do sierżanta – odwróciła się do drzwi – poczekam na ciebie na zewnątrz.
Była bardzo stanowcza, jak na tak drobną kobietę. Przypominała trochę… Angie. Chyba jej imię wyryło się na ścianach mojego umysłu. Czy kiedykolwiek o niej zapomnę? Wątpię. Tak samo jak nie mogę zapomnieć o Sylwii.
Ubrałem się w to, co przyniosła mi pielęgniarka. Był to typowy wojskowy strój. Dość obszerne spodnie z dużą ilością kieszeni. Lekki podkoszulek i koszula, a wszystko to w kolorze wojskowego moro. Dostałem nawet czapeczkę, jak z amerykańskich filmów. Spojrzałem na odbicie w lustrze i pierwsze na co zwróciłem uwagę to nie ubiór, a oczy. Już zdążyłem zapomnieć, że były one brązowe. Mgła, która je zakryła zniknęła. Mam nadzieję, że na zawsze.
– Gotowy! – krzyknąłem przez zamknięte drzwi. Nie znałem kodu, ani nie miałem przepustki, by móc samodzielnie wyjść.
Jej odpowiedzią był dźwięk, wstukiwanego kodu. Po chwili drzwi się otworzyły, ale za nimi nikogo nie było. Wychyliłem się i zobaczyłem, że pielęgniarka już idzie korytarzem po prawej stronie.
– Pośpiesz się, bo się tu zgubisz.
Nie dała mi ani chwili, by się rozejrzeć gdzie jestem. Chociaż i tak wszystko wyglądało tak samo, jak wnętrze budynku, do którego się wdarliśmy dwa dni temu. Pewnie właśnie w nim się znajduję.
Całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa. Ona była pogrążona w swojej misji przyprowadzenia mnie do reszty grupy, a ja cały czas się rozglądałem. Nawet nie wiedziałem jak zacząć jakąkolwiek rozmowę. Postanowiłem podzielić się moimi odczuciami do sierżanta.
– Masz jakieś rady, jak postępować  z sierżantem Sępem? – mówiąc to lekko się zaśmiałem. Przypomniało mi się wcześniejsze rozmyślanie, nad znaczeniem jego nazwiska.
– Jest miły dopiero wtedy, gdy zdejmie mundur. Problem jest taki, że nigdy się z nim nie rozstaje – chyba nie zorientowała się, że po kryjomu, naśmiewałem się z ważnej dla niej postaci.
Nawet nie raczyła popatrzeć na mnie, odpowiadając na moje pytanie. Kolejny sztywniak w tym budynku. Pewnie jest ich tu wielu, a ja niedługo poznam najsztywniejszych z nich.
W końcu stanęliśmy przy sporych drzwiach, na których widniał napis „Magazyn”. Dopiero teraz odwróciła się w moją stronę.
– To tutaj, wszyscy są w środku i czekają na ciebie – nie czekając na nich otworzyła je i wskazała bym wszedł.
W środku stało czworo ludzi – w tym znany mi sierżant Dominik. Poza nim było dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Dziwne, że na tak ważną misję, posyłają tak zwaną „płeć słabszą” ale skoro się tu znalazła, musiała być kimś.
– Oto i on we własnej osobie – mocnym tonem głosu, przerwałem harmider, panujący w magazynie – zapraszamy, poznasz swoją drużynę
Niechętnie podszedłem do wszystkich, ale nie mogłem teraz uciec. Grunt, że nie straszne mi są już odleżyny, od łóżka.
– To jest Maciek, ten obok to Rudy, a na końcu stoi Wera. Ludzie przywitajcie Dawida. Będzie on naszymi oczami. Jako jedyny wie gdzie idziemy i kogo szukamy.
– To on? – jako pierwszy zabrał głos facet o przezwisku Rudy – nie wygląda na wojaka.
– Bo nim nie…
– Bo nim nie jestem – przerwałem w ostatnim momencie słowa Sępa – ale wiem jak strzelać i biegam całkiem sprawnie.
– To dobrze, nie potrzebujemy ofermy w drużynie.
Spojrzałem na nich wszystkich. Wyglądali na prawdziwych zawodowców. Włosy przystrzyżone krótko – nawet Wera – do tego porządne gnaty i ciuchy bardziej wypełnione od moich. Może pójdzie szybko i będę mógł znów wrócić do normalnego życia? Chociaż słowo „normalne” niezbyt tu pasuje. Tak czy inaczej chciałem jak najszybciej wyruszyć.
– Dobra, mamy godzinę 9:57. Wyruszamy za równo trzy minuty. Jak ktoś potrzebuje do kibelka, teraz ma ostatnią szansę – pomimo groteskowego tonu, jakim powiedział to sierżant, nikt się nie zaśmiał. Najwidoczniej nikomu nie było do śmiechu.
– Zaraz… a gdzie broń dla mnie?
– Nie słyszałeś? Jesteś oczami, a nie siłą bojową. Twoim zadaniem jest doprowadzenie nas na miejsce, a nie struganie bohatera – brzmiało to, jakby Maciek wypowiedział to na jednym wdechu.
Nie żartowali, więc wolałem nie kłócić się o swoje bezpieczeństwo, zostawiając je w ich rękach. Miałem nadzieje, że to dobre wyjście.
– Wybiła 10! Wszyscy za mną.
Na czele szedł sierżant, za nim Maciek, potem ja, Wera, a szyk zamykał Rudy. Pomimo ich wyszkolenia i doświadczenia w terenie, miałem wrażenie, że nie jest tak bezpiecznie, jakby się wydawało.
– Otworzyć bramę!
Tak oto znowu ujrzałem słońce, jednak ani trochę mnie to nie napawało radością. Teraz dopiero wszystko się zacznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

16 + twenty =