4. Jak z Pocztówki

Szliśmy prawie cały dzień. Wszystko wyglądało tak, jakby trupy nigdy nie chodziły po ziemi. Wszędzie widniała zieleń, a na niebie błyszczało słońce. Aż chciało się wziąć koc, rozłożyć na trawie i delektować się tym pięknym dniem. Gdyby nie priorytet dostarczenia dziewczynki do znajomych męża Ewy, to chyba przysiadłbym na dłużej i pozachwycał się panującą dookoła mnie przyrodą.
– … myślisz?
– Słucham?
– Pytałam, o czym tak myślisz. Wyglądasz jakby cię z nami nie było.
– Spójrz na to, można odnieść wrażenie, że te tępe zwłoki, nigdy nie postawiły tu swojej martwej nogi.
– Faktycznie. Ładnie tu.
Pierwszy raz od dawna nie czułem zapachu śmierci. Może w końcu los się do mnie uśmiecha? Chociaż nie wiem co musiałoby się stać, by wszelkie wspomnienia zniknęły.
– Co zrobisz, jak uda się z jej krwią?
– Nie wiem… może w końcu uda się gdzieś osiąść na dłużej.
– Myślisz, że jest gdzieś miejsce dla takich, jak my?
– Na pewno. Musi być.
Oboje zatraciliśmy się w chwili, wyobrażając sobie nasz własny raj na ziemi. Kiedyś, myśl o takim miejscu była zupełnie inna. Każdy chciał jak najwięcej pieniędzy, by móc żyć w dostatku. Teraz wystarczy kawałek niezainfekowanej ziemi.
– Oby się udało. Nie wiem co zrobię, jeżeli po raz kolejny wszystko się posypie.
– Nie obciążaj tym sobie głowy.
– Powiedz mi, jak to się stało, że ty jako zawodowa pływaczka, poślubiłaś naukowca?
– Jak to mawiała moja matka, przeciwieństwa się przyciągają. Nigdy nie mieliśmy wspólnych tematów, ale jednak bardzo mocno się kochaliśmy. Śmieszna sprawa, nie uważasz? Osoby różniące się tak na prawdę wszystkim, zakochują się w sobie i chcą razem spędzić życie. Czy to nie absurdalne?
– Czy ja wiem? Nie wydaje mi się.
Rozmowa się urwała ale tylko dlatego, że dotarliśmy na miejsce.
Wszystko wyglądało zadbanie. To był zupełnie inny świat, od którego już dawno się odzwyczaiłem. Bez śladów krwi, ani zapachu rozkładu czy śmierci.
Weszliśmy w bramę, a przed nami stał budynek, jak ze zdjęć z pocztówek. Może nie był idealny, ale na pewno w lepszym stanie, niż każdy inny, jaki mieliśmy do tej pory okazję widzieć. Wokół rosły drzewa i krzewy, sprawiając, że wszystko do siebie pasowało i zlewało się w jedną całość. Nieliczne ślady walk, których mogło dopatrzeć się tylko czujne oko.
– To na pewno tu? Nie wygląda.
– I własnie dlatego wybrali to miejsce. By nie wyglądało.
– Ma to sens, prowadź zatem.
Szliśmy w stronę wejścia, kiedy zza nas dobiegł znany mi już wcześniej głos.
– Stać! A teraz odwróćcie się powoli.
Wykonując rozkaz, upewniłem się, że mój słuch mnie nie mylił. Był to Sęp wraz ze swoją drużyną. Tylko jak oni tu dotarli, skoro byli spory kawał drogi za nami? Kątem oka spojrzałem na Ewę. Wyglądała dokładnie tak samo, jak za pierwszym razem, kiedy ją zobaczyłem. Z silnej kobiety, zamieniła się nagle w zapędzonego do kąta gryzonia.
– Dobrze, a teraz grzecznie odłóżcie broń, bo palec już mnie swędzi od nienaciskania spustu.
Nie chciałem wchodzić z tym człowiekiem w dyskusję. Wiedziałem, że nie kłamie, dlatego odłożyłem, wcześniej podarowany mi pistolet, na ziemię.
– Bardzo ładnie! Maciek, idź i odbierz od nich te zabaweczki.
Zza bramy wyszedł żołnierz, który jako jedyny wydawał się normalny. Dostrzegłem na jego twarzy niechęć do wykonywania rozkazów. Po wcześniejszych rozmowach śmiało mogłem stwierdzić, że jest on jedyną normalną osobą z całego oddziału, ale rozkaz to rozkaz. Nie wiadomo jakie mogły być konsekwencje niesubordynacji.
Kiedy wstał, trzymając nasze bronie, skierował wzrok w moją stronę. Wyraźnie dał do zrozumienia, że nie robi tego z własnej woli, a jego usta poruszyły się na kształt niemego „czekaj”. Ciekawe tylko na co miałem czekać? Na śmierć? Oby odpowiedź pojawiła się szybko, bo sytuacja nie była zbyt ciekawa.
– Jak nas tu znaleźliście? – nie wytrzymałem i musiałem o to spytać.
– Pewnie myślałeś, że nie dostaniemy się do tego domku bez Ciebie? Dobre sobie. Byliśmy tam wiele razy, jednak tym razem chcieliśmy, byś pierwszy tam dotarł. Pewne było, że nie będziesz chciał wrócić do ośrodka, tylko zastanawialiśmy się co zrobisz dalej z dziewczynką… a właściwie to gdzie ona jest?
Popatrzyłem w każdą możliwą stronę i nigdzie jej nie było. Wchodziliśmy we trójkę i widziałem ją do momentu, w którym usłyszałem Sępa. Musiała wejść do domku, w momencie, kiedy my skupieni byliśmy na głosie sierżanta.
– Pewnie siedzi w środku, sierżancie.
– Pewnie masz rację Wera, dobra bierzcie tych tutaj i wchodzimy do środka.
Nie było nikogo, kto postawiłby się sierżantowi, dlatego wszyscy szybko się zebrali, związali nas i trzymali jako zakładników. Sądząc po budynku, nie było tam trupów, jednak teraz zagrożenie wzrosło, ponieważ wkroczyli tam ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

9 + 9 =