4. List

   Mrok wypełniający pokój, budził we mnie strach. W powietrzu nadal wisiał smród, należący do martwego stwora. Jedna część mnie, chciała poznać wnętrze pomieszczenia. Druga natomiast nalegała, by wybiec stąd i schować się wraz z dziećmi na dole. Postanowiłem zostać.
    Wszystkie okna w środku były zasłonięte grubymi kocami. Ktoś bardzo nie chciał, by dostało się tu jakiekolwiek światło ze świata zewnętrznego. Nawet górna lampa została zbita, i wyrwana. Zostało po niej tylko kilka kabli wystających z sufitu, oraz porozbijane szkło na podłodze.
   Jedyne co mogło pozbawić to miejsce ciemności, była świeca na biurku. Poza tym jednym meblem, wszystkie inne były wywrócone i zniszczone. Ogólnie panował tu chaos.
   Cały czas nie padło ani jedno słowo od Angie. Mimika jej twarzy, również nie ulegała zmianie. Wyraźnie było widać, że była wściekła na cały świat za to, co się stało z jej bratem. Nie chciałem podejmować żadnej rozmowy, ponieważ czułem się winny. Oboje po cichu sprawdzaliśmy pokój w poszukiwaniu czegoś, co by wyjaśniało istnienie stwora, lub innej przydatnej rzeczy. Niestety poza zniszczonymi książkami, nie znalazłem nic cennego. Kiedy Angie przeszukiwała regały przy oknach, ja postanowiłem podejść do biurka. Widniało na nim sporo zapisanych kartek. Wziąłem jedną do ręki, lecz przez panujący tu mrok, nie mogłem przeczytać ani jednego zdania. W poszukiwaniu zapałek, czy też zapalniczki, zajrzałem do każdej kieszeni w spodniach. Nic takiego nie znalazłem. Bałem się spytać Angie, czy posiada jakiekolwiek źródło ognia, więc z kartą w ręku podszedłem do frontowych drzwi. Starałem się nie patrzeć na oba ciała leżące przed wejściem. W końcu światło było wystarczające, bym mógł przeczytać zawartość notatki.
   “Tak bardzo się boje. Czuje, że przestaje panować nad wirusem. Mutacja następuje zbyt szybko. Oni mieli rację. Moja teoria jest błędna. Czemu ich nie posłuchałem i nie uciekłem z nimi? Muszę zająć czymś umysł by nie zwariować… Światło zaczyna mnie drażnić. Zasłoniłem wszystkie okna i pozbyłem się tej cholernej lampy. Nie wiem co się ze mną dzieje. Potrzebuje snu, lecz gdy się położę to już nie wstanę jako ja… Badania mojej krwi wskazują, że ten cholerny wirus uodpornił się na antidotum. Zużyłem już ostatnią fiolkę i tylko przedłużam to, co jest nieuniknione… Kocham Cię Ewo, już niedługo będziemy razem”
   Po przeczytaniu tego, na ręku pojawiła mi się gęsia skórka. O czym on do cholery mówił? Jaka mutacja? Czy stwór leżący zaledwie 4 metry ode mnie, był kiedyś człowiekiem, który napisał ten list? U dołu strony widać było wyraźne ślady krwi. Nie wiedziałem, czy pokazać go Angie. Nadal unikała mnie wzrokiem i tylko słychać było dźwięk otwieranych szafek i szuflad. Nie chciałem jej przerywać, ale uznałem, że musi to przeczytać.
   – Angie! – krzyknąłem, a ona nawet nie zareagowała – Angie! Musisz to…
   – Nic nie muszę! – jej wrzask aż mnie zamurował – a ty się lepiej do mnie nie zbliżaj.
   Widać wyczuła moją winę w całej tej sytuacji, tylko jak? Może podejrzewa u mnie infekcję? Coraz bardziej czułem się pozbawiony sił witalnych. Po chwili zorientowałem się, że „profesorek” – jak pozwoliłem sobie nazwać autora notatki – wspomniał coś o antidotum. Pomimo reakcji Angie, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Nadzieja wróciła. Antidotum istnieje! Cały problem polegał na tym, gdzie go szukać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *