4. Mroczna Połowa

Od razu po wyjściu, oślepił mnie blask słońca. Temperatura była nie do zniesienia. W cieniu musiało być chyba z 30 stopni. Mimo to nie dawałem po sobie poznać, że to na mnie działa. Szedłem twardo łeb w łeb z pozostałymi.
Nikt nie wypowiedział chociażby jednego słowa, a każdego napotkanego trupa, zabijała najbliższa osoba, bez użycia broni palnej. Całość wyglądała bardzo profesjonalnie. Tak jakby trenowali to od lat. Nie ulegało wątpliwości, że właśnie tak spędzali czas w ośrodku. Treningi dzień i nocą, byle by być gotowym na każdą ewentualność i każdą misję. Ta wymagała sporego doświadczenia.
Powoli naszym oczom ukazywał się sporej wielkości market, a na jego parkingu stał helikopter. Nic się nie zmieniło w terenie. No może poza paroma trupami, którym najwidoczniej wydawało się, że ktoś znajduje się wewnątrz maszyny. Cały czas uderzały w drzwi. Dopiero kiedy się zbliżyliśmy, zmieniły swój cel na nas.
– To tak się tu dostaliście?
Spojrzałem na Rudego, który przygotowywał się do unicestwienia potencjalnego zagrożenia.
– Dokładnie tak – mówiąc to, przypomniałem sobie jak tu wylądowaliśmy. Nigdzie nie było ciała Kaśki. Zapewne strzał Marka zwabił tutaj wszystkie umarlaki z okolicy, a Kaśka posłużyła im jako podwieczorek.
– Pozbądźmy się ich i ruszajmy dalej.
Wszyscy, na rozkaz porucznika, chwycili za noże i wbili w głowę najbliższemu trupowi. Stworów było tyle co nas, więc pokonanie ich nie stanowiło problemu.
– Wszyscy cicho.
Po raz kolejny żołnierze posłuchali rozkazu i zapadła zupełna cisza. Dopiero kroki porucznika Sępa ją przerwały. Poszedł on w kierunku helikoptera i przystanął przy jego drzwiach. Chwilę nasłuchiwał i z dużym impetem je otworzył. Ze środka wypadła dość młoda kobieta. Na oko miała z 28 lat.
– Proszę, nie strzelajcie! – szybko wstała i od razu znieruchomiała na widok wycelowanych w nią pistoletów.
– Daj mi choć jeden powód, bym nie pociągnął za spust.
Nie wierzyłem w to, co słyszę. Sęp zabrzmiał tak, jakby był bandytą i na nią napadł. Wydawało mi się, że żołnierze pomagają każdemu ocalałemu. A może oni wcale nie byli prawdziwymi żołnierzami?
– Proszę, oddam wam wszystko co mam, tylko nie strzelajcie.
Nikt nie odpowiedział na prośby kobiety. Nikt też nie miał zamiaru powstrzymywać Sępa, przed strzałem. Nie chciałem się wtrącać, ale to jednak była istota ludzka, która nie była zainfekowana.
– Chyba jej nie zabijecie? – w końcu postanowiłem coś zrobić.
Wszyscy poza porucznikiem odwrócili się w moim kierunku.
– A po co nam ona? A jeżeli jest zainfekowana?
– Nie mam żadnych pogryzień! Możecie sprawdzić!
– Zamknij się! – Rudy nie miał litości dla przestraszonej dziewczyny – Strzelając do  niej przysłużymy się światu.
– Ona nie jest zainfekowana.
– A skąd ta pewność? – tym razem głos zabrała Wera.
– A stąd, że wiem co to znaczy być zainfekowanym i rozpoznam taką osobę na kilometr. Jej nikt nie pogryzł – kończąc zdanie popatrzyłem na dziewczynę. W jej oczach pojawiły się łzy.
– Ma rację, nie ma śladu po ugryzieniu – Sęp schował od razu broń – niestety na nic nam się nie przydasz, więc uciekaj stąd.
Kobieta stała jeszcze przez chwilę nie do końca rozumiejąc co się dzieje.
– No już! – Rudy strzelił jej pod nogi. Dźwięk wystrzału od razu sprawił, że oprzytomniała i zaczęła uciekać w stronę marketu.
– Pojebało cię do reszty!? – tylko tyle zdążyłem powiedzieć, zanim Rudy przystawił mi lufę do skroni.
– Bez jej towarzystwa też będziesz taki odważny? – zbliżył głowę na tyle, że niemal stykaliśmy się nosami – nie lubię cię i chce byś to wiedział. Nie wiem po chuj nam ciebie przydzielili, ale lepiej nie pogrywaj sobie ze mną, bo źle na tym wyjdziesz.
– Rudy!
– Nie mam nic do dodania poruczniku.
Odsuwając twarz od mojej, zarysował mu się lekki uśmiech, który znany był mi z horrorów. Zazwyczaj należał do psychopatycznych morderców. Nie podobało mi się to ani trochę.
– Koniec postoju! Zgrupować szyk i ruszamy dalej!
Nikt nic więcej nie dodał. Każdy zajął swoje miejsce. Na początku szedł Sęp, za nim Rudy, następnie Wera, ja, a Maciek zamykał kolumnę.
Od czasu do czasu Rudy spoglądał w moją stronę. Początkowo myślałem, że sprawdza tyły, ale po chwili zorientowałem się, że miał inny plan. Bawił się ze mną korzystając z kontaktu wzrokowego. Starałem się nie patrzeć w jego kierunku.
– Nie igraj z nim.
Głos dobiegł zza mnie. Chciałem się odwrócić, jednak ręka Maćka uniemożliwiła mi skręt głowy.
– Nie teraz.
Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale chyba chciał mi coś powiedzieć na temat Rudego. Ciężko było to stwierdzić. Może to próba podstępu, by dać powód Rudemu, do zabicia mnie? Teraz i tak się tego nie dowiem. Najwidoczniej musiałem czekać na znak od Maćka. Pytanie tylko, czy zdoła mi cokolwiek powiedzieć, nim przydarzy mi się coś złego?
Teren stawał się coraz bardziej zalesiony. Minęliśmy parę budynków, jakąś pocztę, szkołę i niezbyt wielkie osiedle. Wszystko pokryte zapomnieniem ludzkości. Trupów nie brakowało, ale były na tyle daleko, by nie stanowiły zagrożenia. Zachowaliśmy maksymalną ciszę przechodząc drogą pomiędzy budynkami.
– Widzicie tamten budynek? – Sęp wskazał budynek obok kościoła. Kiedyś to była plebania, a teraz jedyne miejsce, gdzie nie widać było zagrożenia na zewnątrz – tam chwilę odpoczniemy i zjemy coś.
– Świetny pomysł sierżancie! – Wera była pełna ekscytacji.
– Tak więc ruszyć dupę! Za 5 minut mamy być w środku z rozpalonym ogniskiem.
– Tak jest!
Jako jedyny nie odpowiadałem na rozkazy Sępa. Nie czułem się jednym z nich. Robiłem jednak to, co wszyscy. Wiedziałem, że niewykonywanie zaleceń Sępa źle się dla mnie skończy. Spojrzałem na Maćka, który udawał, że do tej pory nic do mnie nie powiedział. Żadnego znaku.
Budynek miał dwa wejścia. Jedno z przodu, drugie z tyłu. W jednym boku widniało też sporej wielkości okno. To właśnie były nasze wejścia. Zanim udaliśmy się do środka, Sęp podzielił nas na grupy, byśmy zminimalizowali zagrożenie do minimum. Sęp szedł sam, Rudy z Werą, a mi na szczęście trafił się Maciek. Naszym wejściem, był tył budynku.
Kiedy nie było nikogo, poza nami, postanowiłem dopytać Maćka, o co mu wcześniej chodziło.
– To nie są prawdziwi żołnierze.
– Ja kto? – zdziwiło mnie stwierdzenie Maćka – jeżeli nie są nimi, to kim?
– To znaczy tylko ja i sierżant należeliśmy do wojska. Po wybuchu tego gówna, naszych ludzi ubywało. Jedni wyjeżdżali, inni polegli w boju. Byliśmy w krytycznej sytuacji, więc rekrutowaliśmy kogo się dało. Wera wcześniej należała do Straży Miejskiej, a Rudy… no cóż… odsiadywał wyrok za dwie próby morderstwa. Nie jest zrównoważony.
– Kto go posłał na tą misję? – Widać zachowanie Sępa nie było jedyną rzeczą, która mnie dzisiaj zdziwiła.
– Ten doktorek, co się tobą zajmował. Nie wiem czemu tak nalegał, ale to był jego pomysł.
Wszystko stało się jasne. Co za kłamliwy bydlak! Najpierw wmawiał mi, że jest po mojej stronie, a następnie na misję ze mną, posyła jakiegoś psychola. Szkoda, że nie mogę mu teraz napluć w twarz.
– Fakt, Rudy zmienił się i teraz jest dobrym żołnierzem, ale nigdy za nim nie przepadałem. Słyszałem od innych, że często mu odwala.
Stanęliśmy przed tylnymi drzwiami. Maciek szykował się, by nacisnąć klamkę.
– Czekaj! – Spojrzał na mnie, nie do końca wiedząc o co mi chodzi – przecież nie mam broni.
– Faktycznie. Kurwa. Nie mogę ci nic dać, bo sierżant mnie zabije. Weź ten kij – wskazał na ziemię, na której leżał dość spory i trwały badyl – nic więcej nie mogę zrobić.
Cudownie, nie dość, że utknąłem tu z psycholem, to jeszcze moją bronią jest jakaś prymitywna maczuga.
– Na trzy. Raz. Dwa. Trzy!
Drzwi ustąpiły, a zapach zgnilizny uderzył w nas, niczym eksplodujący granat.
– O kurwa!
Obaj z Maćkiem zasłoniliśmy sobie nosy rękawami. Ktoś tu musiał być, albo nadal jest. Sądząc po fetorze, ten ktoś jest tu od bardzo dawna.
– Miej oczy szeroko otwarte.
Znaleźliśmy się w małym korytarzyku. Po prawej były dwoje drzwi, a po lewej tylko jedne.
– Sprawdzamy po kolei. Najpierw te po prawej. Tutaj pewnie są schody na drugie piętro – mówiąc to wskazał wejście po lewej.
Przytaknąłem i ustawiłem się tak, by móc otworzyć drzwi Maćkowi. Następnie on wkracza do środka i eliminuje ewentualnych przeciwników. Ja osłaniam tyły. Taki był plan.
Wskazałem mu na palcach, że odliczam do trzech. Gdy skończyłem, pociągnąłem drzwi do siebie. Zapach nie był intensywniejszy, więc przypuszczałem, że pomieszczenie jest bezpieczne. Tak też było.
Wcześniej znajdował się tu sporej wielkości salon. Teraz nie zostało po nim wiele. Wszystkie meble poprzewracane, a na niektórych widniała krew.
– Ktoś nieźle tu zaszalał.
– Pewnie tak.
Poczułem, że Maciek jest jedyną normalną osobą w tej drużynie. Postanowiłem trzymać się go najbliżej, jak tylko będę w stanie.
Ponowiliśmy wszystko z drugimi drzwiami i tak jak z tymi pierwszymi, nic nie znaleźliśmy. Tym razem naszym oczom ukazał się schowek na pościel. Pewnie kiedyś było jej tu mnóstwo. Teraz było raptem jedno prześcieradło i dwie poszewki na poduszkę.
– Raczej do niczego nam się nie przyda. Idziemy dalej.
Pozostało nam sprawdzić przejście na pierwsze piętro. Tutaj drzwi były uchylone, wiec nie było problemu w dostaniu się do środka. Na schodach widniało sporo zaschniętej krwi. Widać Bóg, nie był łaskawy dla swoich wyznawców i nawet tutaj pozwolił ich dopaść.
Główną misją było jednak zlokalizowanie przyczyny tego smrodu. Idąc na górę zapach stawał się intensywniejszy. To właśnie był nasz cel.
– Czujesz to? Musimy być blisko.
– Aż oczy szczypią.
Zaśmialiśmy się obaj, cały czas nie tracąc czujności. Za drzwiami usłyszeliśmy ruch. To było to. Smród był nie do zniesienia, więc jak najszybciej trzeba było się pozbyć lokatorów.
– Gotowy?
– Gotowy.
Po wejściu, obaj dostrzegliśmy trupa, ubranego w sutannę. Patrzył tępo w okno. Dopiero po naszym wtargnięciu zorientował się, że nie jest sam.
– Dobra, jest sam, więc załatwię to szybko.
Maciek wyciągnął nóż i powoli szedł w stronę zmarłego księdza.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że to nie ksiądz był źródłem fetoru. Z jednej z sali, wyszło około pięć stworów. Maciek był już za daleko, by mógł się cofnąć do mnie.
Zobaczyłem, jak jego usta poruszają się wypowiadając bezdźwięcznego „kurwa”. Nie mogłem go tak zostawić, więc postanowiłem zadziałać.
– Hej brzydale! Tutaj jestem!
Hałas zwabił czterech z nich. Teraz Maciek miał szansę wyjść z tego cało.
– Jestem tutaj! Chodźcie do mnie! Świeże mięsko, specjalnie dla was.
Ku mojemu zaskoczeniu z pomieszczenia wyszło kolejnych dwóch, jednak tym razem były to dzieci. Widok dzieci zombie zawsze wzbudzał we mnie smutek. Przypominał mi o śmierci małego Michałka i o niewiadomym losie Kasi.
W czasie moich przemyśleń, Maciek powalił już dwóch z trupów, a na mnie nadal szło sześciu. Teraz to ja znalazłem się w tarapatach. Odwróciłem się do drzwi, jednak te były zamknięte. Na pewno zostawiłem je otwarte, właśnie po to, by móc z nich skorzystać w podobnej sytuacji. Pociągnąłem za klamkę, ta jednak nie ustępowała. Tak jakby ktoś stał po drugiej stronie i trzymał, bym nie mógł się wydostać. To mogło znaczyć jedno…
Dotyk jednego z trupów wystraszył mnie. Słyszałem jego kłapanie paszczy, gdy nagle wszystko zelżało. Odgłos upadających zwłok, przypominał odgłos rzucanych worków ziemniaków. Był ciężki i głośny.
Maciek stał z podniesionym pistoletem. Tłumik na końcu lufy sprawił, że nie słyszałem żadnego strzału. Stałem tak jeszcze przez chwilę, by spokojnie dojść do siebie, gdy drzwi za mną się otworzyły. Pojawił się w nich Rudy.
– Nic wam nie jest? Słyszałem… ow…
Jego udawane zaskoczenie czuć było bardziej, niż smród gnijącego mięsa.
– Ty dupku… – nie byłem w stanie powiedzieć nic głośniej.
– Co powiedziałeś?
– Ty jebany idioto! Przez ciebie prawie zginąłem! To ty przytrzymałeś drzwi! – Marzyłem by przywalić Rudemu prostu w twarz, jednak dostrzegłem za nim stojącego Sępa.
– To prawda?
Rudy odwrócił się w kierunku sierżanta. Nie widziałem już tego tępego spojrzenia.
– Ja? Przecież mnie znasz sierżancie. Nigdy nie zrobiłbym czegoś tak nieodpowiedzialnego.
Sęp patrzył jeszcze chwilę na swojego podwładnego, po czym spojrzał na podłogę wypełnioną trupami.
– Posprzątajcie tu. Budynek już jest czysty, więc możemy odpocząć – nie czekając na odpowiedź odwrócił się i poszedł schodami w dół.
Kiedy Rudy obrócił się w moim kierunku, w jego oczach był ten sam błysk, co podczas marszu. Widziałem w nim chęć mordu. Pierwszy raz bardziej bałem się kogoś żywego, niż martwego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *