4. Plan Do Celu (cz.2)

   – Daleko do tej stacji?
   – Jakieś dwa kilometry.
   – A czy ten twój helikopter, nie potrzebuje specjalnego paliwa?
   – Tak się składa, że po tej całej pieprzonej apokalipsie, wraz z Piotrkiem przerobiliśmy to cacko, na coś, co bardziej się przystosuje do obecnych warunków. Wystarczy zwykła benzyna, jak do samochodu.
   – Naprawdę sprytnie – przyznać muszę, że dobrze to przemyśleli, bo niby gdzie teraz znaleźliby specjalne paliwo do helikoptera? Większość pewnie jest w posiadaniu wojska, a reszta została już zużyta przez ludzi pokroju Marka.
   Zanim wyruszyliśmy w drogę, zabraliśmy ze sobą parę pustych kanistrów, by spokojnie móc uzupełnić braki. Dwa niosłem ja, kolejne dwa Marek i ostatni jeden Gośka. Angie cały czas nie czułą się dobrze. Starała się nie wymiotować, by Marek nie zaczął czegoś podejrzewać. O dziwo szło jej całkiem nieźle. Zwymiotowała tylko raz, ale zasłoniła się potrzebą fizjologiczną.
   Poniekąd czułem przypływ ekscytacji. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w końcu będę miał okazję przelecieć się helikopterem. Będąc dzieciakiem zawsze chciałem to zrobić. Szkoda tylko, że moje marzenia przyszło spełniać w tych czasach.
   – Dobra, powoli się zbliżamy do stacji. Bądźcie uważni, bo wątpię by odbyło się bez towarzystwa.
   Faktycznie na drodze stało parę trupów. Nie było ich wielu, ale nie mogliśmy narzekać na ich brak. Trzeba to było zrobić dość szybko, jednocześnie uważając na każdym kroku. Takie zadania nie były łatwe, ale po ich osiągnięciu miało się prawdziwą frajdę. Zwłaszcza wtedy, kiedy nikt na tym nie ucierpi.
   – Jakiś plan? – spytałem Marka – robiłeś to już kiedyś?
   – Jasne, że tak, ale daj mi chwilę bym o tym pomyślał – tak też zrobiliśmy, przez dłuższy moment panowała absolutna cisza, jednak nie trwałą ona wiecznie – dobra już mam. Ty Angie zostaniesz tutaj i będziesz robić za obserwatora. Ktoś się zbliży to weźmiesz ten kamień i rzucisz w tamtym kierunku. Ty Gosiu, będziesz musiała posłużyć jako wabik. Wierzę, że jesteś na tyle szybka, by nie da się złapać przez te stwory. Natomiast ja i Dawid pobiegniemy do celu i zdobędziemy to, co nam potrzeba. Wszyscy wiedzą co mają robić? – każdy z nas przytaknął głową – no to do dzieła!
   Jako pierwsza wybiegła Gośka, krzycząc wiele wulgaryzmów, odnoszących się do ich matek i wieli innych rzeczy. My we trójkę czekaliśmy, aż droga stanie się w miarę czysta. Trzeba było liczyć się z faktem, że nie obejdzie się bez noża, dlatego ja go trzymałem w jednej ręce, a w drugiej dwa kanistry. Marek miał resztę i wszyscy czekaliśmy na odpowiednią chwilę.
   – Dobra! Teraz!
   Faktycznie moment, który Marek wybrał, był bardzo dobry. Praktycznie nikt nie stał nam na drodze. Spokojnie mogliśmy ruszyć, nie obawiając się tłumów trupów. Przemknęliśmy się najszybciej i najciszej jak tylko byliśmy w stanie, aż trafiliśmy do dystrybutora paliwa. Nie była to duża stacja, więc były tylko dwa, ale wystarczyło, byśmy mogli nalewać jednocześnie. Już byliśmy w 1/3 drogi, kiedy Marek powiedział.
   – Dobra, ja sobie tutaj dam radę, a ty poleć do sklepu i zobacz czy nie ma czegoś, co by się nam przydało.
   Nie był to głupi pomysł. Rzuciłem mu jeden pusty pojemnik jaki miałem i pobiegłem do środka. Wyglądało na to, że ktoś tu wcześniej był, ale zabierał wszystko w wielkim pośpiechu. Sporo rzeczy leżało na podłodze i tylko niewiele z nich było na pułkach. Na szczęście cały czas miałem plecak, więc spakowałem wszystko co się nadawało. Batoniki, chipsy, wodę butelkowaną, baterie, maszynki do golenia, jakieś tabletki przeciwbólowe, trochę słodkich napojów i dwa piwa. Ostatnia rzecz była idealną nagrodą za przeprowadzoną akcje.
   Wyszedłem więc ze sklepu z prawie pełnym plecakiem. Marek był w połowie napełniania przedostatniego kanistra – najwidoczniej paliwa nie wystarczy na wypełnienie wszystkich – i już miał go zakręcać. Zobaczył jednak, że jeden z trupów zaczyna do niego podchodzić. Marek nie wyglądał na zaskoczonego, szybko wyjął nóż i pozbył się zagrożenia. Po całej sytuacji w końcu zakręcił pojemnik i wziął tyle, ile był w stanie udźwignąć. Resztę wziąłem ja i podążyliśmy w stronę Angie, która cały czas była w krzakach. Jednak pozostawał jeden problem. Gośka tak dobrze odciągnęła zagrożenie, że sama zniknęła gdzieś bez śladu. We troje staraliśmy wypatrzeć gdzie mogła pobiec, lecz jednak okazało się to niezbyt skuteczne. Wołanie odpadało – ponieważ mogło ściągnąć niepotrzebne towarzystwo – więc postanowiliśmy poczekać, aż sama postanowi wrócić.
   Nie mogliśmy być w jednym miejscu zbyt długo, bo trupy zaczynały być jakby bardziej żywe – pomijając fakt absurdalności tego porównania. Najwidoczniej wyczuwały, że ktoś jest w pobliżu i wcale nie jest martwy. Ciekawe jaki miały na to sposób. Jednak nie to było ważne. Ważniejszy był fakt, że cały czas nie było śladu po Gośce.
   – Jezu. Oby jej się nic nie stało.
   – Spokojnie – zapewniłem – to twarda babka.
   – Miejmy nadzieje.
   Mijała tak już piąta minuta, a my coraz bardziej czuliśmy się niepewnie ze strony zombie. Lada moment, a zorientują się, że tu jesteśmy. W tym samym momencie, usłyszeliśmy głos Gośki z daleka i jej nadciągające kroki. Wszyscy wypuściliśmy powietrze z ulgą.
   – A nie mówiłem.
   Jak się okazało nie biegła do nas, tylko uciekała przed gigantyczną hordą, jaka ją goniła. Wychyliliśmy się wskazując naszą pozycję. Od razu skierowała się w naszą stronę krzycząc.
   – Czas na plan B – po chwili dodała – wiejemy!
   Nie zastanawialiśmy się długo nad tym. Po prostu zaczęliśmy biec w stronę helikoptera. Musieliśmy do niego dobiec, wlać paliwo i odlecieć na czas. Nie brzmiało to korzystnie dla nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *