4. Pogoń

   W tym momencie nikt nie rozumiał mnie lepiej niż ona. Gdy ją poznałem bałem się powiedzieć o infekcji. Teraz sama musi z nią walczyć. Może nie do końca, ponieważ byłem obok. Tak czy inaczej trzeba było działać.
   – Ja nie wiem co…
   – Nic nie mów. Zamiast użalać się nad sobą, po prostu chodźmy – pomimo całej sytuacji, Angie była bardzo spokojna.
   Zegarek wskazywał 18:24. Powoli zaczynałem widzieć podwójne, niczym osoba po dużej ilości alkoholu. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem jakikolwiek „procent” w ustach. Ludzie przestali go pić, by cały czas być trzeźwo myślącymi. Raz słyszałem, jak grupka gówniarzy zaszyła się daleko od obozu z butelką gorzały. Trupy szybko ich odnalazły Z sześciu osób, pozostała tylko jedna.
   Tęsknie za audycją Alexa i tymi wszystkimi wiadomościami ze świata. Ciekawi mnie jednak, skąd on brał te informację, skoro sam nie mógł podróżować? Mam nadzieje, że będę miał okazję się tego dowiedzieć.
   Z daleka widzieliśmy już zarys miasta, a to oznaczało, że zbliżaliśmy się powoli do celu. Ciepło wewnątrz mnie mogło oznaczać ekscytację, albo objaw infekcji. Stawiałem na to pierwsze.
   – Wiesz jak dalej iść? – Słowa Angie przerwały ciszę, która towarzyszyła nam od pewnego momentu.
   – Jeżeli wirus nie dojdzie do mózgu i nie skasuje mi pamięci, to trafię bez problemu.
   – To dobrze. Chyba nie byłoby czasu na szukanie celu. Warszawa jest spora, a czasu  coraz mniej.
   – Masz rację.
   Wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa, zaczynało sprawiać mi lekkie problemy. Jednak zaczynałem się przyzwyczajać. To co początkowo było nierealne, stało się codziennością. Nie minął jeszcze jeden dzień, a ja czułem, jakbym żył z wirusem od lat.
   – Jesteśmy przy granicy z miastem, a ja nie widziałam żadnego zombiaka, odkąd pojawiło się to – palcem wskazała miejsce ugryzienia.
   – Faktycznie coś tu pusto.
   – Nie podoba mi się to.
   Dobrze, że teraz jest lato. Gdyby była inna pora roku, zapewne o tej godzinie powoli zaczynałoby się ściemniać. Przed nami jeszcze kawałek drogi, a po ciemku byłoby zdecydowanie trudniej.
   – Nawet powietrze wydaje się czystsze.
   – Dobra, na następnym skrzyżowaniu musimy skręcić w prawo.
   Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Angie stała się czujniejsza niż zwykle. Zerkała w każdy możliwy kąt. Prawdę mówiąc, powinniśmy się cieszyć, że nie ma tu trupów, ale skoro tak jest, to znaczy, że ktoś musiał się ich pozbyć.
   Kiedy w grę wchodzą budynki, może to oznaczać ukryte kryjówki ocalałych, a ci nie zawsze są pomocni – o czym nie raz mogliśmy się przekonać.
   Zbliżaliśmy się do momentu, w którym mieliśmy skręcić, ale wystarczyło, że wyszliśmy lekko za budynek, by z powrotem się za niego cofnąć.
   Wychyliliśmy się i naszym oczom ukazała dziewczyna, otoczona przez jakichś ludzi. Nie wyglądali na martwych. Najwidoczniej byli to obecni mieszkańcy okolicy. Kobieta, do której się zbliżali, wyglądała na przerażoną. Musiała się zgubić i wpaść na tych gości. Scenariuszy jest wiele, ale finał praktycznie zawsze taki sam – przynajmniej jeżeli chodzi o płeć piękną.
   – Pomocy! Niech mi ktoś… Ej wy tam! Proszę pomóżcie mi!
   Momentalnie po tych słowach, cała zgraja bandytów odwróciła się w naszym kierunku. Zakląłem pod nosem, bo teraz wiedzieli gdzie jesteśmy i wątpię by puścili nas bez żadnego problemu.
   – Łapcie ich!
   W jednym momencie pięciu facetów ruszyło w naszą stronę. Nie było czasu na zastanowienia. Trzeba było uciekać.
   Na szczęście mieliśmy przewagę odległości o jakieś 100m. Złą wiadomością był jednak fakt, że my byliśmy zainfekowani, a oni nie. Mogło to bardzo przeszkadzać w ucieczce.
   Biegliśmy w kierunku, z którego przyszliśmy i od razu skręciliśmy w mniejszą uliczkę po lewej stronie, mając nadzieje, że będzie tam coś, co pomoże nam się ukryć. Adrenalina uwolniła się w moim organizmie, dlatego nie miałem problemów z bieganiem. Gdyby tak się nie stało, zapewne dołączyłbym do tamtej dziewczyny.
   Pod żadnym pozorem nie przerywaliśmy ucieczki.
   – Po prawej!
   Angie pierwsza zauważyła drzwi, które prawdopodobnie były tylnym wyjściem jakieś knajpy. Nie wahając się ani sekundy, z impetem wpadliśmy do środka – na całe szczęście drzwi nie były zamknięte.
   Pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy, niegdyś było magazynem. Teraz każda półka świeciła pustkami. Wątpię by w jakimkolwiek miejscu w okolicy, została chociaż jedna puszka, czy inna rzecz, niezbędna do przetrwania.
   – Tam!
   Tym razem ja zauważyłem dalsze przejście. Zanim jednak tam się udaliśmy, przewróciliśmy najbliższą szafkę tak, by uniemożliwiła dostanie się do środka. Jako iż nie było na niej nic, ważyła niewiele i bez trudu udało nam się ją ruszyć. Kiedy drzwi się otworzyły, spadający mebel od razu je zamknął. Słychać było upadek jednego z nich, co bardzo nas ucieszyło. Niestety w głowie cały czas miałem myśl, że skoro oni tutaj żyją, znają każdy budynek jak własną kieszeń. W takim wypadku nigdzie nie byliśmy bezpieczni i było kwestą czasu, by dostali się do nas.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *