4. Śmiertelne Wspomnienia

Cały czas żaden z żołnierzy nie drgnął. W pomieszczeniu panowała niesamowita cisza, która z każdą sekundą stawała się coraz bardziej nieznośna. Nie było drogi ucieczki. Staliśmy tak i czekaliśmy, aż w końcu coś się wydarzy. Dopiero po chwili słychać było kroki.
– Przepuście mnie!
Ktoś zza tłumu próbował się przecisnąć w naszym kierunku. Mogło to oznaczać, że osób będących za drzwiami, jest znacznie więcej, niż nam się wydaje.
– Przesuńcie się do jasnej cholery!
Głos był stłumiony, lecz stawał się coraz bardziej wyraźny. Z jednej strony nie mogłem się doczekać, aż ujrzę osobę, do której należy. Zaś z drugiej, mogło to oznaczać wiele złego dla nas.
Po chwili żołnierze, znajdujący się w pierwszym szeregu, ustąpili miejsca, a zamiast nich pojawił się facet w wieku mniej więcej 40-stu lat.
– Proszę, proszę. Kogo nam tu przywiało? Jesteście szybciej, niż się spodziewałem, ale w końcu przyszliście.
Ktoś nas się tutaj spodziewał!? Jak to możliwe? Nic z tego nie rozumiałem.
– Jak to? O co tu chodzi? – spytałem niemal szeptem. Cały czas panowała cisza, co sprawiło, że moje słowa były o wiele głośniejsze, niż z założenia miały być.
– Już wam tłumaczę. Ty jesteś Dawid, ty Angie, a ty musisz być tym pilotem od helikoptera, niestety nie znam twojego imienia…
– Marek.
– Miło mi was poznać osobiście. Ja nazywam się dr. Konrad Wiliński. Jestem tutaj odpowiedzialny, za nadzór prac, nad zwalczeniem wirusa.
Kim ten człowiek, do jasnej cholery był? Nadal nie wiedziałem, dlaczego się nas spodziewał, ale jego nazwisko zabrzmiało znajomo.
– Czego od nas chcesz? – W momentach, kiedy nie wiedziałem co powiedzieć, mogłem liczyć na Angie. Tym razem nie było inaczej.
– Spokojnie. Nic wam się nie stanie, chyba, że postanowicie zrobić coś głupiego.
– Skąd nas znasz? – Teraz nastała moja kolej, na „przejęcie pałeczki”.
– Otóż dzięki wam, moja praca stała się o wiele cięższa.
– Nie rozumiem.
– Chodźcie to wam pokaże.
Dr. Konrad ruchem ręki nakazał żołnierzom, by zrobili przejście dla niego i dla nas. Nie mieliśmy wyjścia, więc poszliśmy za nim.
Czułem się nieswojo. Każdy kogo mijałem, celował we mnie z broni, a na twarzy założoną miał maskę. Konrad był jedynym tu obecnym, który nie zabezpieczył się, na wypadek kontaktu z wirusem.
– Dostaliście się tutaj w parę godzin, a nie potraficie dotrzymać kroku 40-letniemu doktorowi? Pospieszcie się.
Wiedział o nas więcej, niż mógłbym się tego spodziewać. Znał nasze imiona i każdy nasz wcześniejszy ruch. Tylko Marek wydawał mu się nieznajomy. Tak więc do momentu lotu, ktoś musiał nas szpiegować. Tylko po co?
– Chce wam coś pokazać. O tutaj!
Podeszliśmy do drzwi, które wyglądały identycznie, co te, do których weszliśmy wcześniej. Jak tam, tak i tutaj był czytnik. Konrad wyjął swoją przepustkę i dzięki niej otworzył drzwi do pokoju.
– Zapraszam.
Weszliśmy po kolei do nieznanego pomieszczenia. Wyglądał dokładnie tak samo, jak w poprzednim. Jedyna różnica polegała na tym, że tutaj było więcej sprzętu, oraz wielka szyba, za którą nie widziałem nic.
– Zapewne macie wiele pytań, więc przyszedł czas na odpowiedzi. Dawid, pamiętasz może Roberta Wilińskiego?
– Nie specjalnie – to samo nazwisko i znowu wrażenie, że gdzieś to już słyszałem. Teraz jednak imię również wydało mi się znajome.
– Większość osób mówiło na niego „przywódca”.
Wszystko stało się jasne. Tak więc stałem przed bratem osoby, którą pozostawiłem na łaskę wielu umarłych. Ze zdziwienia nie byłem w stanie nic z siebie wydusić.
– Tak myślałem, że po pseudonimie poznasz go od razu. Jak się domyślacie, był moim bratem. Wiem, że nie żyję, ale nie mam ci tego za złe Dawidzie. Szczerze, to należało mu się.
Ani Angie, ani Marek, nie poznali Przywódcy. Nie reagowali na to wszystko jak ja. Na całe szczęście nie dopytywali się o niego. Zdziwił ich fakt, w jaki sposób mówi o swoim zmarłym bracie.
– Wspólnie stworzyliśmy projekt powstania obozów, do którego należałeś. Nie wiem czy zdążył ci powiedzieć, na czym to wszystko polega?
– Zdążył – w tym momencie Marek, jak i Angie, spojrzeli na mnie pytająco.
– Doskonale, zatem mogę przejść dalej. Każdy obóz miał dostarczać nam cele do badań. Jednak od pewnego czasu, przestaliśmy je otrzymywać, właśnie od niego. Spytacie pewnie dlaczego. Sam nad tym długo myślałem. W końcu okazało się, że ten skurczybyk pracuje na własną rękę. Do jego obozu dołączył genialny naukowiec, z którym postanowili zadziałać wspólnie. Robert zagwarantował mu warunki i obiekty badań, a w zamian, on miał mu dostarczyć lekarstwo. Jak on miał… Edward! Właśnie. Tak więc wspólnie z Edwardem dokonali wielkiego odkrycia. Wynaleźli lek, który działał na osoby zainfekowane. Sprawiał, że ich organizm zwalczał infekcję, jednak mógł dokonać tego jeden jedyny raz. Mam nadzieje, że was nie zanudzam?
Nikt z nas nie odpowiedział, ani nawet nie poruszył żadna z części ciała. Z uwagą słuchaliśmy opowieści.
– Świetnie. Tak więc po wynalezieniu cudownego leku, stał się sławny. Każdy mówił tylko o tym. Cieszyłem się z osiągnieć brata, ale wiecie jak to jest… sam chciałem tego dokonać – lekko westchnął – no ale cóż, pomimo wiekowego odkrycia, osobom nad nami było za mało. Chcieli lek, który zadziała też na ludzi po przemianie. Skutek badań, znaleźliście w domku – w tym momencie podszedł do szyby i zapalił światło za nią.
Zamarłem. Za szybą znajdował się potwór, który zabił Krzyśka. Cały czarny, wielki i paskudny. U Angie wywołało to coraz silniejsze dreszcze, oraz łzy w oczach. Stała oko w oko z bestią, która nie powinna istnieć, a jednak tu była.
– Jaki cudem… przecież on… Wskrzesiliście go! Wy pojeby! – Angie nie wytrzymała i ruszyła pędem w stronę dr. Konrada. Przycisnęła go do ściany, trzymając za kołnierz fartucha – Dlaczego to kurwa zrobiliście!?
Pomimo sytuacji, Konrad zachował spokój.
– To nie my go wskrzesiliśmy, tylko wy. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 × two =