5. Lądowanie Śmierci

   – Widzisz tu coś?
   – Znowu nic.
   – Ciągle to samo, wszędzie tylko te trupy. Żadnej cywilizacji.
   – Niema co płakać nad rozlanym mlekiem. Lecimy dalej.
   Piotrek zawsze wiedział co powiedzieć w danej chwili. Dlatego, wraz z Markiem, stanowili zgrany zespół. Jeden robił za mózg, drugi za ręce.
   – Oho ho – Marek zastukał w licznik na konsoli – Nie chcę cię martwić, ale powoli kończy nam się paliwo.
   – Jakiś pomysł? Jesteśmy na totalnym zadupiu. Nie ma gdzie wylądować.
   – Czekaj. Kiedy minęliśmy Warszawę?
   – Jakieś 20 minut temu. Czemu pytasz?
   – Świetnie – wydawało by się, że Marek mówi sam do siebie – zapnij pasy, bo będzie ostra jazda.
   Piotrek był przyzwyczajony do zachowania przyjaciela. Niejednokrotnie mówił coś do siebie, a potem nagle wykonywał ruch. Chyba tak starał się zwalczyć strach, przed całym obecnym światem.
   – O to tutaj! – palec Marka wskazał polanę, do której leciał – możesz tego nie pamiętać, ale kiedyś byliśmy tu z ekipą. Jakiś debil wywołał pożar, tak wielki, że niemal spalił całą wioskę. Oczywiście przylecieliśmy jako pierwsi i wszystko nagraliśmy – powiedział wszystko na jednym wdechu, po czym westchnął – tęsknie za tą robotą.
   – Ja też przyjacielu… ja też.
   Marek nie poprzestał na tej historii.
   – Niedaleko stąd jest stacja benzynowa. Pamiętam, że byliśmy wtedy tak głodni, że poszliśmy tam na te obskurne hot-dogi za grosze. Teraz dałbym wszystko, by znowu móc go spróbować.
   Nastała chwila ciszy. Oboje jakby patrzyli w przeszłość.
   – Cały czas nie mogę uwierzyć, że tylko nam się udało – całą nostalgię przerwał Piotrek – to cud, że nam się wtedy udało.
   Marek odpowiedział kiwnięciem głową. Wielokrotnie wspominali atak zombie, na magazyn w którym się chowali. Wystarczyła chwila nieuwagi, by jeden z umarłych, pogryzł kamerzystę. Kręcili wtedy reportaż o rzekomym zmartwychwstaniu ludzi. Nie mieli pojęcia z czym tak naprawdę mają do czynienia.
   – Jeden trup, a pozbawił życia dziesięciu osób.
   – Nie gadajmy już o tym. Nie przepadam za wspominaniem tamtego dnia.
   Minęły dwa lata, a mimo to, nie potrafili o tym zapomnieć. Każdej nocy, kiedy zapadali w sen, budził ich ten sam koszmar – przyjaciele dobierali się do nich, wyjadając wszystkie wnętrzności. Krzyk za każdym razem towarzyszył przy pobudce.
   Coraz bardziej zbliżali się do miejsca lądowania. Było wystarczająco obszerne, by bez problemu móc postawić maszynę. Coraz bliżej, aż w końcu helikopter usiadł. Śmigło obracało się coraz wolniej. W końcu całkowicie stanęło w miejscu. To był znak, że pora wyjść się rozejrzeć.
   – Mam nadzieje, że hałas nie przyciągnie tu nikogo.
   – Za każdym razem ta sama śpiewka. Nie dowiemy się, do póki nie wyjdziemy.
   Uśmiech pojawił się na twarzy Marka. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że tak bardzo doceni towarzystwo Piotrka. Przed całym tym piekłem, tak naprawdę nie byli przyjaciółmi. Ciężko też było nazwać ich znajomymi. Byli po prostu kolegami z pracy. Teraz nie wyobrażali sobie dalszego bytu, bez siebie nawzajem.
   Wyskoczyli z kabiny niemal jednocześnie. Ich zgranie było godne podziwu. Mieli jednak czas, by to wszystko wyćwiczyć. Od razu po wyjściu, Piotrek rzucił się do tylnych drzwi, a Marek wyciągnął pistolet i osłaniał przyjaciela. W pobliżu nie poruszył się nawet jeden krzaczek, co nieco uspokoiło Marka. Wiedział, że nie oznacza to braku zagrożenia, więc nie opuścił broni nawet o centymetr.
   Za drzwiami, które otworzył Piotrek, znajdował się cały ekwipunek, jaki posiadali. Były tam ubrania, koce, jedzenie, lekarstwa, woda, namiot, karimaty, latarki, jednym słowem wszystko. Gdyby to stracili, oznaczałoby to śmierć.
   – Który plecak wziąć?
   – Ten większy, możemy znaleźć sporo rzeczy.
   – A kanistry?
   – Jeszcze nie. Rozejrzymy się, a dopiero potem je zabierzemy.
   – Ok.
   Piotrek szybkim ruchem zamknął drzwi, podał plecak Markowi i sam wyciągnął broń.
   – Gdzie idziemy?
   – Tam – Marek ruchem ręki, wskazał lekko wydeptaną ścieżkę, pomiędzy krzakami – jeżeli pamięć mnie nie myli, to właśnie tam trzeba się udać.
   – Oby twoja pamięć była lepsza, niż umiejętności pilotowania.
   – Bardzo śmieszne. Niema czasu na te twoje denne dowcipy. Idziemy.
   Piotrek poruszył ręką w ten sam sposób, w którym mężczyzna przepuszcza kobietę przez drzwi – Panie przodem.
   – Oby w końcu jakiś trup zamknął ci gębę.
   Ruszyli. Szli w zwartym szyku. Marek obserwował przód i drogę, a Piotrek tył i boki. Zanim wyłonił się pierwszy budynek, musieli pokonać około dwóch kilometrów. W końcu stanęli i popatrzyli na hordy nieumarłych.
   – Sporo ich.
   – Słuszna uwaga. Jak tam zamierzamy… – głos zbliżającego się pojazdu, przerwał dyskusję – ktoś jedzie!
   Padli na ziemie, obserwując rozwój wydarzeń. Im oczom ukazał się wojskowy pojazd. Zatrzymał się dokładnie na stacji benzynowej, na którą właśnie mieli się udać.
   – Że też udało im się zwiać! To niemożliwe!
   – No! I przy tym zabili dowódcę… Ej Młody! Leć uzupełnić bak!
   Nagle z wozu wysiadł chuderlawy chłopak. Ubrany był w wojskowe ciuchy, a na głowie miał krzywo założoną czapkę z daszkiem.
   – Ruchy, ruchy! Musimy szybko dostać się do bazy! – Głos dobiegał z okna kierowcy. Widać było tylko wystający łokieć.
   – Myślisz, że mają pokojowe zamiary? – z ust Marka wydobył się ledwo słyszalny szept.
   – Wątpię. Nie oglądałeś filmów o zombie? Ci wojskowi, to zawsze są kurwy.
   – Tym razem to nie film.
   – Wole jednak nie ryzykować. Ważne jest to, że stacja działa i możemy uzupełnić kanistry.
   Marek przytaknął.
   Zanim odjechali, minęło 10 minut. W końcu mogli wstać i udać się z powrotem do śmigłowca. W drodze powrotnej, obaj zastanawiali się, o czym mówili wojskowi. Jedyne co udało im się jeszcze usłyszeć, to coś o jakieś małej dziewczynce. Wszystko wydawało się bez sensu.
   – Ciekawe o kim mówili.
   – Może w okolicy grasuje jakiś szalony pedofil morderca?
   Po raz pierwszy od wielu dni, szczerze się uśmiali. Dokładnie w tym momencie, w krzakach usłyszeli szelest. Niestety było już za późno.
   – Aaaaaaa! Zostaw mnie! – krzyk Piotrka był bardzo wyraźny. Zombie wbił zęby w jego twarz, a następnie w szyje – uciekaj!
   Marek stał w miejscu jak wryty i patrzył na śmierć przyjaciela. Szok sprawił, że nie podniósł nawet pistoletu, by go ratować. Wzrok miał daleki od rzeczywistości. Kiedy w końcu się otrząsnął, Piotrek leżał już martwy na ziemi. Krew pokrywała całe jego ciało.
   Przypływ furii sprawił, że Marek wpakował niemal cały magazynek, w posilającego się trupa. Jego głowa zamieniła się w rozłupany arbuz. Cząstki mózgu, oblepiły znajdujące się obok drzewo. Widok był makabryczny, jednak nie robiło to na Marku wrażenia. Cały czas wpatrywał się w zwłoki Piotrka.
   Nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ruszył w stronę helikoptera. Miał nadzieje, że jeżeli szybko znajdzie odpowiednie lekarstwa, ocali Piotrka. Kiedy otworzył drzwi od maszyny, usłyszał odgłosy ludzkich rozmów. Były coraz wyraźniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

16 + three =