5. Próba Śmierci

   W jednej chwili, cały świat zwalił się, jak ściana, uderzona wielką, stalową kulą na łańcuchu. O czym ten człowiek mówił? Jakim cudem mogliśmy stworzyć bestię, która jest za szybą?
   Angie wypuściła doktora z uścisku. Nie widziałem jej twarzy, ale wiedziałem jaki ma wyraz – coś pomiędzy rozpaczą, a niedowierzeniem.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – próbowałem zachować powagę.
– Jeżeli obiecasz trzymać ją z dala ode mnie, chętnie wszystko wyjaśnię.
Chwyciłem Angie za rękę, by przysunąć ją w moim kierunku. Była tak osłupiała, że nie mogłem ruszyć jej z miejsca. Stała, jakby wbiła się w ziemie, dobre parę metrów.
– Angie chodź tutaj – pociągnąłem mocniej – a ty doktorku mów dalej.
– Dziękuje – poprawiając swój kitel, kontynuował – stwór, którego tu widzicie, nie jest tym samym, który zabił twojego brata.
– To kim, lub czym jest? – Marek chyba najmniej wiedział o całej sytuacji, co nie wykluczyło go z dyskusji.
– Stwór, którego udało wam się zabić, został pożywieniem dla trupów będących akurat w domu. Nie muszę chyba tłumaczyć, co się dalej stało?
Nie wiedziałem jak reszta, ale mi od razu przyszedł do głowy obraz, na którym zombie zżerają ciało tego czegoś. Jego dziwnie zmutowane mięso musiało przejść na kolejnych, co przyczyniło się do powstania kolejnego, tym bardziej większego zagrożenia.
– To znaczy, że my…
– Dokładnie. Przyczyniliście się, do rozpowszechnienia nowej infekcji, dużo straszniejszej w skutkach, niż zwykłe trupy – w tym momencie odwrócił się tyłem do nas – ten tutaj, jest jednym z żołnierzy, których zabiliście, uciekając.
   Dokładnie pamiętam moment, kiedy uciekaliśmy, a raczej ja uciekałem, cały czas niosąc Angie. Przypomniałem sobie o małej dziewczynce, którą zostawiłem na pastwę tych stworzeń. Pewnie biega teraz jako jeden z tych monstrów. Jej twarz będzie mi się śniła każdego dnia. Pod warunkiem, że wyjdę stąd żywy.
   – I co teraz? – tym razem nie udało mi się zachować spokoju w głosie. Usłyszałem wyraźne drganie z każdym wypowiedzianym wyrazem.
   – A jak myślisz? Zaraza weszła w obieg i jest za późno, by cokolwiek zrobić. Oczywiście został powołany oddział, do wynalezienia lekarstwa, ale wątpię, by cokolwiek zdziałał.
– Dlaczego tak myślisz? – to były pierwsze słowa Angie, jakie wypowiedziała po wypuszczeniu doktorka z chwytu.
– Ponieważ ja nim dowodzę. Codziennie badamy tego osobnika, ale poza zwiększoną szybkością i siłą, nie zaobserwowaliśmy nic, co mogłoby nam pomóc, w zwalczeniu tego syfu.
– To w takim razie do czego nas potrzebujesz? – Markowi jako jedynemu nie drgał głos.
Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy dr. Konrada, nie świadczył o niczym dobrym.
– Nie potrzebuje was, tylko ciebie – w tym momencie drzwi do pomieszczenia się otworzyły, a w ich progu, znalazło się dwóch żołnierzy.
Momentalnie znaleźli się po obu stronach Marka i chwycili go.
– Co wy robicie? Puszczajcie mnie!
– O nie. Nic z tych rzeczy. Potrzebujemy przeprowadzić badanie, a Ty będziesz jego częścią. Czuj się zaszczycony – w głosie doktora czuć było ekscytację.
Nie wiem co kombinowali, ale na pewno nie skończy się to dobrze. Poza tymi dwoma facetami, do pokoju weszło trzech kolejnych i od razu wymierzyli w nas broń. Nawet najmniejszy ruch sprawiłby, że pociągnęliby za spust.
– Stójcie, gdzie stoicie! – głos jednego z nich upewnił mnie we własnym myśleniu.
– Co z nim robicie!? – Angie miała chyba mniej instynktu samozachowawczego, niż ja. Mimo wszystko nikt do niej nie strzelił.
– Muszę sprawdzić, jak ten stwór, zareaguje na kogoś żywego, w jego celi.
– Co!? Kurwa puszczać mnie! – Marek zaczął wyrywać się z całej siły. Niestety dwaj żołnierze, trzymali go na tyle mocno, by bez problemu stłamsić jego chęć ucieczki.
Odruchowo postawiłem krok w stronę Marka, by móc go uratować. Po podniesieniu nogi, poczułem, jak przelatuje przez nią pocisk. Potworny ból przeszył całe moje ciało. Opadłem na ziemię, niczym worek kartofli.
– Mówiłem nie ruszać się, następny będzie w głowę.
   Starałem się nie wrzeszczeć, ale ból był koszmarny. Wiedziałem teraz co czuł Karol, jak go postrzeliłem, chcąc uciec z obozu. Złapałem ręką za miejsce wlotu kuli i ścisnąłem je z całej siły. W jednej chwili przestałem czuć cokolwiek, bo zobaczyłem, że krew z pomiędzy palców, ma kolor zbliżony do czerni. Infekcja osiągnęła najwyższy możliwy poziom. Musiałem jak najszybciej zażyć lekarstwa.
– Co do chu… on jest zainfekowany!
Wszyscy się odwrócili, nawet żołnierze, którzy trzymali Marka. Stałem się centrum zainteresowania wszystkich, jednak nie czułem się przez to ani trochę lepiej.
   – Jednak to prawda – doktor wydawał się zamyślony – Karol miał rację.
Na myśl o przyjacielu, który zginął z ręki brata doktora, miałem ochotę wstać i rozprawić się z tą przeklętą rodziną, raz na zawsze. Przestrzelona noga niestety bardzo mi to uniemożliwiała.
   – A myślisz, że w jakim celu tu przyszliśmy? – wypowiedziałem słowa, przez zaciśnięte zęby.
– Teraz wszystko się zgadza – doktor jakby w ogóle nie usłyszał mojego pytania – niemniej jednak musimy dokończyć badanie, wrzućcie go.
Marek nie miał tyle siły, by wydostać się z uścisku żołnierzy. Najgorsze było to, że po raz kolejny nic nie mogłem zrobić. Angie cały czas przeżywała słowa dr. Konrada, więc nie liczyłbym tez, na żaden ruch z jej strony.
   Jeden z pilnujących nas strażników, podbiegł do drzwi od celi stwora. Czekał na moment, w którym pozostali mu dadzą znać, że może otworzyć. Doktor próbował ściągnąć uwagę stwora, by uniemożliwić mu ucieczkę przez drzwi.
   – Zostawcie go!
   Zanim jednak udało mi się wypowiedzieć cokolwiek, Marek był już po drugiej stronie. Doktor przestał zwracać na siebie uwagę i szybko wyjął notesik, by notować obserwację.
   Szyba była wysoko i w pozycji, w której się znajdowałem, ciężko było cokolwiek dostrzec. Jednak nie mogłem przegapić krwi, która momentalnie pojawiła się od wewnątrz. Kolejna osoba na liście śmierci.
   – To teraz pora na was.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty + five =