5. Sen Na Jawie

Nastała burza. Pioruny uderzały, w ziemię tworząc pożar za pożarem. Wrzask ludzi odbijał się echem od ścian budynków. Zapanował wszechobecny chaos. Zapach siarki był wszędzie. Piekło nie było w stanie pomieścić wszystkich. Tortura stała się przyjemnością, a śmierć zbawieniem. Bóg przestał być panem świata. Stał się zwykłym obserwatorem, niemającym wpływu na nasz dalszy los.
Umarli byli wszędzie. Bicia ludzkich serc, stawały się coraz cichsze, aż w końcu całkowicie zamilkły. Wszędzie leżały ciała, które po chwili zasilały szeregi zmarłych. W całym tym zamieszaniu, stałem pomiędzy nimi i przyglądałem się apokalipsie, która zebrała swoje żniwa. Wszystko straciło swój dawny kształt. Nie było słońca ani natury. Nie rozumiałem czemu to wszystko ominęło mnie szerokim łukiem. Czyżby śmierć nie miała mnie na swojej liście? Spojrzałem na dłonie i zrozumiałem jak bardzo się myliłem. Szarawy kolor, doprawiony zaschniętą krwią i wystającymi ścięgnami. Taki widok pojawił się przed moimi oczami. Bałem się dotknąć twarzy, lecz w końcu musiałem to zrobić. Byłem martwy, tak samo jak wszyscy, którzy mnie otaczali z drobnym wyjątkiem. Słyszałem swoje myśli.
Spojrzałem w bok. Ujrzałem śliczną i zgrabną blondynkę, w okół której tętniła aura życia. Stała tak na jedynym skrawku zielonej trawy, na który padał blask słońca. Najwidoczniej komuś udało się przeżyć. Mój wzrok nie był tak ostry, by móc ocenić kim ona była. Tak jak i mnie, ją też wszyscy wymijali, ale z innego powodu. Postanowiłem zbliżyć się do niej na tyle blisko, by ujrzeć twarz. Z daleka nikogo mi nie przypominała, lecz z każdym krokiem stawała się wyraźniejsza. Kiedy w końcu zrozumiałem, że to Sylwia, ze szczęścia nie mogłem uwierzyć. Ona jednak żyje! Chciałem biec, by uświadomić sobie, że to co wydarzyło się wcześniej, było zwykłym snem. Nie spuszczała ze mnie wzroku ani na chwilę. Zapomniałem nawet, że nie byłem już człowiekiem. Jedyne czego pragnąłem, to poczuć jej bliskość. Biegłem tak, gdy nagle przestałem nad sobą panować. Poczułem instynkt mordercy. W mojej głowie zaczynało wszystko wrzeć. Cały obraz zamienił się w czarną plamę. Kiedy odzyskałem kontrolę, w moich rękach pojawił się ludzki organ, kształtem przypominający serce. Modliłem się, by nie należał do Sylwii. Jednak moje modły na nic się zdały. Dostrzegłem jej ciało, z wielką dziurą widniejącą w klatce piersiowej, z której wystawały wnętrzności. Krew była wszędzie. Miała twarz skierowana w moją stronę. Padłem na kolana, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, gdy nagle usłyszałem w głowie jej głos.
– Zrobiłeś to co musiałeś zrobić. Wiesz przecież, że przestałeś być człowiekiem i nigdy nim już nie będziesz.
Nie otwierała ust, a mimo to słyszałem co mówi.
– Zabiłeś mnie, to twoja wina!
Nie mogłem nic odpowiedzieć.
– Mówiłeś, że mnie kochasz, a teraz pożerasz moje serce!
Chciałem w końcu zrozumieć co się ze mną stało. Jakim cudem byłem martwy a ona żywa, i co się stało z moim obozem? Przecież przed chwilą siedziałem przy stole, wśród ludzi. Gdzie oni teraz są? Mój umysł znowu mnie zawodził i pokazywał obrazy, których tak na prawdę niema.
Zamknąłem oczy, by przypomnieć sobie jak tu trafiłem. Sylwia, a raczej jej ciało, cały czas mi towarzyszyła, i nie pozwalała się skupić.
– Nie próbuj wierzyć, że będzie dobrze. Ludzkość przegrała. Pogódź się z tym!
– Nie, nigdy!
– Co powiedziałeś? – głos dobiegał z zupełnie innego świata.
Ocknąłem się i ujrzałem nieznaną mi kobietę.
– Wybacz, że cię obudziłam, ale wierciłeś się przez sen. Prawdopodobnie przyśnił ci się jakiś koszmar. Może pójdź spać w normalnym miejscu, a nie tutaj na stole w stołówce?
To jednak był tylko sen.
– Tak zrobię, dziękuje za wyrwanie mnie z piekła.
– Słucham?
– Nieważne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fifteen + sixteen =