6. Ponowne Spotkanie

   – Już niedaleko!
Przebiegliśmy prawie połowę drogi. Gośka już nas dogoniła.
– Kurwa jak ich dużo!
Nikt z nas nie zamierzał się odwracać. Sam zapach zgnilizny był nie do wytrzymania. Ich widok, podążający za nami, byłby ostatnim gwoździem do trumny.
Pomimo całej sytuacji, spojrzałem na niebo. Słońce coraz bardziej się chowało za horyzontem. Mniej, więcej za jakieś 2 godziny, miała nastać ciemność. Do tego czasu musimy znaleźć się w laboratorium.
Główna zasada przeżycia, brzmi: Wieczorem, ani w nocy, nie należy zapuszczać się w głąb lasu. Tylko nielicznym uda się przeżyć.
Zawsze postępowałem zgodnie z tą regułą. Pewnie dlatego cały czas żyłem, chodź teraz nie można tego było tak nazwać.
Biegnąć poczułem drętwienie w prawej nodze. Krew przestała tam dochodzić. Coraz trudniej było mi postawić kolejny krok. Kończyna stawała się ciężka, aż w końcu całkowicie odmówiła posłuszeństwa.
– Dawid!
Wszyscy się zatrzymali, by ocenić sytuację. Angie jako pierwsza rzuciła się w moją stronę. Zaraz za nią była Gośka, która wcześniej rozkazała Markowi biec do maszyny. Jako jedyny wiedział, jak nalać paliwo. Dwa kanistry powinny mu starczyć, by móc stąd uciec. Resztę możemy dolać, w bezpieczniejszym miejscu.
   Niestety podczas upadku, jeden z baniaków, który niosłem, pękł, wylewając całą substancję na ziemie. Ostry zapach benzyny, dotarł do moich nozdrzy. Zawsze lubiłem ten zapach, ale nie tym razem. Każda kropla była na wagę złota. Ciekawe czemu w tej chwili martwiłem się bardziej o paliwo, niż o własne życie.
– Dawid! Co ci jest!?
– Nie mogę… nie mogę wstać… moja noga.
Czułem jak moje struny głosowe, pokrywają się trucizną. Wirus nie oszczędzał nawet tej części ciała. Czułem się coraz słabszy. Efekt, który miałem podczas prowadzenia samochodu, powrócił z trzykrotnie większą siłą. Teraz nie tylko nogi miałem sparaliżowane, ale też rękę, tułów i kawałek twarzy. Prawdę mówiąc łatwiej mi było powiedzieć, czym mogę ruszać.
– Błagam musisz wstać! Zaraz tu będą!
– Nie… nie mogę… musi…musicie uciekać.
– Bez ciebie się nie ruszymy! – obok Angie, pojawiła się Gośka – ty mu pomóż, a ja troszkę się zabawie – mówiąc to, wyciągnęła pistolet i ruszyła w kierunku zbliżającej się hordy.
– Proszę nie teraz. Jesteśmy tak blisko. Nie możesz tak po prostu umrzeć. Jesteś silniejszy niż ten pieprzony wirus! – z każdym słowem podnosiła głos – to ty sprawisz, że ludzie usłyszą o lekarstwie! To ty jesteś lekarstwem!
Zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, dostrzegłem Sylwie, stojącą obok Angie. Cały świat zamilkł. Widziałem tylko, jak Angie porusza ustami. Nic się nie liczyło. Teraz byłem tylko ja i moja ukochana.
– Ona ma rację. To ty jesteś lekarstwem – powiedziała delikatnym głosem – To właśnie twoja misja Dawidzie. Musisz teraz wstać i udać się do Warszawy. Pokaż światu, jak wyleczyć infekcje.
Po tych słowach, pochyliła się i pocałowała mnie prostu w usta. Czułem jej ciepło i smak. Nie chciałem by to minęło. Kiedy jednak mój umysł wrócił do stanu rzeczywistości, zobaczyłem, że tak naprawdę to Angie mnie całowała. Mimo wszystko, nie chciałem tego przerwać.
W momencie, w którym odsunęła się od mojej twarzy, nie mieliśmy chwili, by się nią nacieszyć. Krzyk Gośki był bardzo głośny.
– Angie pomóż mi!
Spojrzała w kierunki wołania o pomoc. Nie zastanawiała się długo. Od razu wstała i pobiegła.
„To ty jesteś lekarstwem”
   „To właśnie twoja misja Dawidzie”
„Pokaż światu, jak wyleczyć infekcje”
Wszystkie z tych słów przewijały się przez moją głowę. Plątały się między sobą. Mimo wszystko stanowiły jedność. Nie wierzyłem, że mi się uda, ale tak się stało. Paraliż minął szybciej, niż kiedykolwiek dotąd. Mogłem wstać i pomóc dziewczynom.
Nie wahając się dłużej, wyciągnąłem pistolet i wymierzyłem w pierwszego zombie. Wystarczył jeden strzał, by padł i nie powrócił. Kolejnych trzech podzieliło jego los. Torowałem sobie drogę, by wesprzeć Angie i Gośkę. Kiedy już byłem w stanie je zobaczyć, zorientowałem się, że są otoczone.
– Tutaj!
Obie odwróciły się w tym samym momencie. Widać było uśmiech na ich twarzach. Powoli zmierzały w moją stronę, kiedy jeden z trupów chwycił Gośkę za nogę. Jak już znalazła się na ziemi, od razu przeczołgał się na nią, chcąc posilić się jej wnętrznościami. Gośka nie była jedną z tych, co poddadzą się bez walki. Uderzała z całych sił, by pozbyć się zagrożenia. Wydawałoby się, że już jest po niej, ale celne oko Angie przestrzeliło stworowi głowę. Od razu podbiegłem do niej i jednym ruchem podniosłem z ziemi.
– Nic ci nie jest?
– Bywało gorzej – w tym momencie puściła do mnie oczko – ważne, że tobie się poprawiło.
Twarda była z niej babka.
– Długo jeszcze? Bak prawie pełny! – To był znak od Marka, że możemy ruszać.
   Byliśmy wykończeni, ale mimo to biegliśmy przed siebie. Zombiaki zostawały w tyle. Z każdym krokiem, zyskiwaliśmy czas.
   – Wszyscy cali? – Spytał Marek, uruchamiając silniki.
   – Tak! Ruszaj! – musieliśmy krzyczeć, by cokolwiek usłyszeć.
   – Zapnijcie pasy! Czeka nas niezła jazda!
   Wydawałoby się, że Marek całkowicie zapomniał o otaczających nas trupach. Teraz był w swoim świecie i nikt nie miał do niego wstępu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *