6. Prawda

   Obudził mnie potworny ból głowy. Swoboda poruszania się była równa zeru. Byłem związany, a na oczach miałem opaskę. Ciemność i pulsowanie potylicy – to jedyne co teraz czułem.
   – Kogo my tu mamy? No proszę, nasz uciekinier.
   Głos jakby dobiegał z daleka. Musiała minąć chwila, by dotarł do mnie.
   – Zdejmijcie mu to.
   Czyjeś ręce ściągnęły ze mnie opaskę. Przez chwilę obraz był niewyraźny, ale gdy przyzwyczaiłem się już do światła, wszystko stało się jasne.
   – Teraz mnie poznajesz? Miło mi cię znowu widzieć Dawidzie.
   Dowódca obozu stał nade mną, niczym rzeźnik nad świnią. Jego twarz sugerowała, iż jest zadowolony, że mnie widzi.
   – Szukaliśmy ciebie cały boży dzień, a ty tak po prostu przyszedłeś tutaj. Los jednak nam sprzyja. Zapewne nie zdajesz sobie sprawy co to za miejsce?
   – Gdzie jest Angie!? – nie obchodziło mnie w tej chwili, gdzie jesteśmy i co tu się wyprawia. Najważniejsze dla mnie było odnaleźć moją przyjaciółkę.
   – Mówisz o tej tutaj? – odsuwając się, moim oczom ukazał się obraz związanej dziewczyny. Nadal była nieprzytomna.
   – Ona jest chora! Rozwiąż ją!
   – Tak wiem, wiem. A ty bohatersko poszedłeś w poszukiwaniu leków dla niej. Naprawdę wzruszające – szyderczym gestem, dowódca przetarł dłońmi po twarzy, jakby wycierał łzy – ona dla nas nic nie znaczy, ty teraz również.
   Nagle przy dowódcy, wyrosły dwie małe postacie. To była Kasia i Michał. Już wiedziałem skąd ich ojciec dowiedział się o chorobie Angie i o moim powrocie.
   – Jako iż poniekąd zawdzięczam tobie życie moich pociech, zanim cię zabije, opowiem ci trochę o tym miejscu. Maciek, zabierz dzieciaki na górę.
   Nieznajomy wszedł do pomieszczenia i wziął ze sobą rodzeństwo, prowadząc je za rękę. Wychodząc Kasia patrzyła mi prosto w oczy. Widziałem w nich współczucie oraz bezradność. Teraz to jednak nie miało znaczenia.
   – Widziałem, że spotkałeś się z dr. Edwardem na górze. Możesz tego nie wiedzieć, ale zabiłeś naukowca, który jest odpowiedzialny, za stworzenie lekarstwa na to całe gówno. Niestety przy badaniach sam się zaraził i no cóż… sam zresztą widziałeś co się z nim stało. Przy tworzeniu leku, niechcący sprawiliśmy, że wirus zmutował, przemieniając swoich nosicieli w bliżej nieokreślone monstra. Są silniejsze, szybsze niż te na zewnątrz. A teraz wstawaj, przejdziemy się.
   Jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi. Coraz ciężej mi było się poruszać, ale chyba do tej pory nic nie zauważył.
   – Sam wiesz, że nasz obóz został stworzony, jako pierwszy w tej okolicy. W całej Polsce są jeszcze takie trzy. Czym się one wyróżniają? No cóż. Istnieją tylko dlatego, że mamy wsparcie wojska. W innym przypadku, dawno by było po nas. Myślisz, że skąd mamy te wszystkie leki, naboje i pożywienie? Tylko 28 procent z tego wszystkiego, to zasługa ekip zaopatrzeniowych. Resztę dostarczają nam Polskie Siły Zbrojne.
   Cały czas szliśmy ciemnym korytarzem. Jedyne światło jakie nam towarzyszyło, to migające żarówki, znajdujące się w niektórych miejscach.
   – A co wy macie wspólnego z wojskiem?
   Dowódca stanął w miejscu. Odwrócił się i z uśmiechem na twarzy powiedział.
   – Spokojnie, wszystko w swoim czasie.
   – Dlaczego mi to wszystko mówisz, skoro i tak chcesz mnie zabić?
   – Powiedzmy, że spełniam twoje niewypowiedziane życzenie.
   Faktycznie cały czas mówiąc o tym wszystkim, coraz bardziej chciałem wiedzieć o co tutaj chodzi. Laboratorium w środku lasu i to powiązanie z wojskiem? Byłem zdezorientowany.
   – Jak już mówiłem, obóz, z którego uciekłeś to była forteca nie do zdobycia. Jedyny warunek był taki, byśmy zadbali o wynalezienie tego cholernego lekarstwa. Po wielu nieudanych próbach, w końcu się udało. Sęk w tym, że trzeba je podać osobie, która jeszcze się nie przemieniła. Nie działa również wielokrotnie, tylko jeden jedyny raz. Przypuśćmy, że jakiś zombiak cię teraz pogryzł, wstrzykuje ci to i po problemie.
   W ręku dowódcy znalazła się mała strzykawka, z dziwnie zabarwioną cieczą. To na pewno było to, czego szukałem od rana. Tylko jak mogłem je zdobyć? Wpadłem na pewien pomysł.
   – A co się stanie z niezarażoną osobą, której wstrzykniecie lek?
   – Na pewno nic dobrego. Przypuszczam, że taką osobę czeka dość powolna śmierć. Kiedy organizm nie jest zarażony, antywirus niszczy zdrowe komórki krwi, zamiast tych zainfekowanych.
   Skoro cały czas nie przyszło mu do głowy, że jestem zarażony, może uda mi się go przechytrzyć i zaproponować taką „śmierć” dla mnie. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie ten czas.
   Kiedy myślałem, że będziemy iść tak w nieskończoność, w końcu skręciliśmy w drzwi, znajdujące się po prawej stronie korytarza. Wcześniej będąc tutaj, nie pomyślałem, by przeszukać całe pomieszczenie. Nie było wtedy na to czasu.
   – Jak już pewnie wiesz, cały ośrodek służy nam do celów badawczych. Mamy tutaj wszystko, by zwalczyć tą cholerną apokalipsę. W tym celu służą nam oni.
   Całe pomieszczenie wypełniło światło. Akurat stałem przy szybie, za którą znajdowało się bardzo wielu umarłych. Z przyzwyczajenia odskoczyłem do tyłu, zwalając z biurka jakieś notatki.
   – Uważaj trochę, to jest cenniejsze niż całe twoje dotychczasowe życie. Na razie jesteś bezpieczny. Te szyby trzymają ich już tak od wielu miesięcy. Nie ma możliwości, by teraz pękły. To pancerne szkło – dowódca zapukał kilkakrotnie w materiał, oddzielający nas od truposzy – nic nam tu nie grozi.
   Kiedy poczułem pewną ulgę, przypatrzyłem się twarzom wykrzywiającym się w moim kierunku.
   – Przecież to ludzie z obozu!
   – Nie mylisz się. Potrzebowaliśmy wielu okazów do badań, a zdobycie ich poza obozem, było zbyt ryzykowne. Wstrzykiwaliśmy im wirusa, byśmy mogli przeprowadzać na nich różnego rodzaju eksperymenty naukowe. To dlatego przyjmowaliśmy tak wielu ocalałych do naszego obozowiska. Poniekąd przyczynili się oni, do stworzenia lepszego świata.
   – Wątpię by robili to z własnej woli. Wabiliście ludzi by potem skazać ich na to? Jesteście gorszymi potworami, niż wszystkie zombie razem wzięte.
   – Nazywaj to jak chcesz, robimy tylko to, co nam każą. Każdy chce przeżyć na swój sposób. Pozostając na wolności, ci ludzie tak czy inaczej byliby martwi. Tutaj przynajmniej dają nam jakiś pożytek.
   Już miałem oskarżyć dowódcę o wiele innych rzeczy, gdy w tłumie umarlaków, ujrzałem twarz Karola. To nie była iluzja. On naprawdę tam był.
   – Karol…
   – Zgadza się. Po twojej ucieczce, bardzo się zmienił. Oczywiście na niekorzyść dla nas. Musieliśmy znaleźć mu nowe zajęcie.
   – Wy skurwysyny! Jak mogliście mu to zrobić!?
   – Wszystko przez ciebie – chwilowa cisza wypełniła pokój – Chciał za tobą biec i ci powiedzieć o naszej małej tajemnicy. Trzeba go było odizolować od reszty ludzi, bo za dużo wiedział. Tak właśnie przyczyniłeś się do jego przemiany.
   Zatkało mnie. Czy naprawdę Karol o wszystkim wiedział i nic nie mówił? Przecież to co się działo w obozie, to czysty obłęd. Przez cały czas myślałem, że ci wszyscy ludzie umierali przy misjach zwiadowczych, lub zaopatrzeniowych. A tak naprawdę trafiali tutaj. Nic dziwnego, że ten teren został wykluczony z poszukiwań. Za dużo mogliśmy tutaj znaleźć.
   – Co się stało? Nagle przestaliśmy być tymi złymi? Tylko nie płacz, bo nie mam przy sobie chusteczek.
   Z trudem powstrzymywałem w sobie atak złości. Już nie tylko na dowódcę, ale i na siebie. Ze wszystkich bliskich mi osób, tylko Angie pozostała przy życiu. A i tak było to pod dużym znakiem zapytania. Nie mogłem pozwolić, by i ją spotkał taki los, jak Karola, Krzyśka czy Sarę. Ich wszystkich miałem na sumieniu. Kolejne imię na tej liście, doprowadziłoby mnie do wewnętrznego wyniszczenia.
   Rozglądałem się po pomieszczeniu. Szukałem czegoś, co pozwoli mi na wydostanie się z tej pułapki. Popatrzyłem na Karola i w myślach prosiłem, by pomógł mi i teraz. Jego ręka ześlizgnęła się z szyby i jakby wskazała mi przycisk, który się znajdował jakieś cztery metry ode mnie. Był niewielki, dlatego nie zauważyłem go wcześniej. Uśmiechnąłem się i wiedziałem co dalej robić.
   W pewnym momencie przestałem słuchać tego, co dowódca do mnie mówił. Musiałem się skupić, na wybraniu idealnego momentu, do zrealizowania mojego planu. Czas mijał nieubłaganie. Starałem się pomału przybliżyć do ściany, na której znajdował się guzik. Nie wiem czemu, ale byłem pewien, że służy on do otwarcia drzwi, w których było pełno trupów.
   Wyglądało na to, że ta chwila nigdy nie nastąpi. Moje obawy były jednak mylne. Dowódca w pewnym momencie odwrócił się do mnie plecami, by coś pokazać. Nie wahając się długo, po prostu podbiegłem do ściany, naciskając klawisz plecami. Miałem związane ręce, więc nie mogłem zrobić tego inaczej.
   Drzwi otworzyły się, wypuszczając na wolność umarłych. Dowódca był w szoku i zajęło mu chwilę, by uchwycić moment, w którym pierwszy z zombie ugryzł go w rękę. Potworny krzyk wydobył się z jego gardła. To był koniec tyrani na ludziach z obozu. Kiedy patrzyłem tak na całą scenerię, uświadomiłem sobie, że ja też jestem ich celem. Na całe szczęście miałem możliwość ucieczki z pokoju. Wybiegłem i kierowałem się w stronę pomieszczenia, w którym się obudziłem. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ale myśl o Angie dodawała mi siły.
   Pomimo chęci, nie mogłem biec tak szybko, jak chciałem. Powoli kręciło mi się w głowie, a cały obraz, zachodził mgłą. Nie poddawałem się jednak i poruszałem się dalej. W końcu dotarłem do miejsca – gdzie nadal związana – w kącie leżała Angie. Tak naprawdę nie mogłem nic zrobić, bo sam byłem skrępowany. Opadłem na kolana. Traciłem siły w zastraszającym tempie. Unosząc głowę, zobaczyłem dziewczynkę. To była Kasia. Nie wiem po co wróciła, ale była moją jedyną szansą.
   – Kasiu proszę cię, musisz mi pomóc. Rozwiąż mnie.
   – A gdzie jest tatuś?
   – Później ci wszystko wyjaśnię, niema czasu na tłumaczenie.
   Niezbyt ufnie, podeszła do mnie, wzięła nóż, który leżał na jednym ze stolików i z całej siły rozcinała więzy. Gdy poczułem ulgę, od razu zacząłem działać. Podbiegłem do plecaka i wyciągnąłem leki. Całe szczęście, nikt nie przeszukał go i wszystko było na miejscu. Nawet liścik od Alexa.
   Wziąłem jedną strzykawkę i od razu podałem ją Angie. Minęła chwila, aż wszystko spłynęło. Błagałem by otworzyła oczy i powiedziała cokolwiek. Cały czas było bez zmian. Leżała tak bez ruchu jak wtedy, gdy ją tutaj zostawiłem. Obawiałem się, że mogło być już za późno.
   Smród zgniłego mięsa, docierał do mnie coraz bardziej. Wiedziałem, że zaraz pojawią się ci, których uwolniłem i wcale nie chcieli okazać mi swojej wdzięczności. Nie mogłem dłużej czekać. Musiałem wydostać się stąd, zanim wraz z Angie i Kasią, zostaniemy pożywieniem dla trupów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × two =