Category Archives: Rozdział I

1. Przebudzeni

Wszystko działo się tak szybko, czas pędził nieubłaganie. Dzień zamieniał się w noc, a ludzie z dnia na dzień stawali się zupełnie kimś innym. Nic nie było już takie, jak kiedyś. Każdy myślał już tylko o sobie. Każdy chciał uciec jak najdalej od otaczającego go świata. Emocje przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, wszyscy zapomnieli czym jest szczęście, radość i miłość… Teraz liczyło się tylko jedno – przetrwanie. Nie można było polegać na najbliższych. Przyjaciele i rodzina stali się największymi wrogami. Słońce nie świeciło już tak jasno, a noc nigdy nie była bardziej ciemna. Nie było czasu na rozmyślanie o tym, co by było gdyby… Każda godzina, minuta i sekunda decydowały o tym, kim lub czym się staniesz. Świat stanął w ogniu i nikt nie przybył z pomocą. Całe życie na planecie zamieniało się w pył, w nic nie znaczący element rozkładu. To co pamiętasz już nie istnieje i nigdy nie powróci… Życie straciło sens a mimo to walczysz o to by żyć. Słowo “nadzieja” już dawno zniknęło, a “śmierć” przybrało na sile, lecz gdy pytasz “dlaczego ?” nikt nie jest w stanie ci odpowiedzieć.
Tak właśnie teraz wygląda mój świat. Już nie pamiętam co było przed rozprzestrzenieniem się zarazy, która pochłonęła wszystko to, na czym mi zależało. Nie pamiętam nawet jak wygląda twarz mojej matki. Zapomniałem też, czym jest szczęście. W tym świecie wiele słów zmieniło swoje pierwotne znaczenie. Dzisiaj radością jest fakt, że wciąż żyjesz i nie stałeś się jednym z nich. Ciągła myśl o tym, że w każdej chwili może przyjść twoja kolej, nie dawała spokoju nikomu. Niektórzy nie mogli żyć z ciągłym strachem przed zbliżającą się śmiercią, więc popełniali samobójstwo. Jedni robili to poprzez strzał w głowę, inni przez upadek z wysokości. Ciężko zliczyć w tym momencie dokonania tych wszystkich ludzi, było ich zbyt wielu. Ci którzy pozostali przy życiu, stali się zwierzętami. Byli w stanie zabić drugą osobę tylko po to, by zdobyć ich buty. Ludzkość popadła w szał bycia ciągle lepszymi i właśnie to ich zgubiło. Chęć przewyższenia stwórcy nie mogła pójść dobrze, ale kto mógł o tym wiedzieć? Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, było już za późno. Wirus zbyt szybko przedostał się do naszego, niegdyś spokojnego świata. Zapanował chaos, niszczycielska siła, która zapanowała na tyle, by w 2 lata pozbawić życia 60% ludzkich istnień na świecie. Powoli lecz nieubłaganie zbliżał się koniec.
W tym wszystkim pojawiam się ja. Zwykła ludzka istota. Nie posiadam nadludzkich zdolności i wątpię abym to właśnie ja, uratował świat przed całkowitą zagładą. Czym więc różnię się od wszystkich tych, którzy jeszcze walczą i kryją się po kątach? Otóż tym, że przed chwilą zostałem ugryziony przez jednego z “nich”

2. Strach

Nie był to byle kto, lecz osoba, która jako jedyna sprawiała, że wciąż byłem człowiekiem. Dzięki niej potrafiłem wierzyć, że kolejny dzień będzie tym, który przyniesie zbawienie, i przywróci blask słońca.
Krew… Czerwona plama pojawiła się w miejscu ugryzienia. Czułem potworny ból i pieczenie. Nigdy nie przypuszczałem, że człowiek fizycznie jest zdolny do tego, by tak mocno wgryźć się w mięsień. Ale ona nim już nie była. Jej człowieczeństwo przestało istnieć wraz z nadejściem dzisiejszego dnia. Gdy patrzę teraz tak na nią, gubię się we własnych myślach. Co teraz zrobię? gdzie się podzieje? gdzie znajdę mój mały świat bez bólu i strachu. Przez moment wszystko stało się jedną wielką czarną plamą. Wszystkie myśli połączyły się w jedną, nieposiadającą żadnej konkretnej formy.
Czas stoi w miejscu, a w mojej głowie brzmi tylko jej imię… Sylwia… coraz głośniej i wyraźniej, odbija się echem od dna mojego umysłu… Sylwia… Cały czas mam wrażenie, że to tylko zły sen, który minie i wszystko wróci do normy. Dlaczego ona? czemu ten świat nie zna umiaru w wyrządzaniu krzywd?
Boje się… wiem jak wszyscy kończą po ugryzieniu, i wiem, że ze mną nie będzie inaczej. W tej chwili całe moje życie przemknęło mi przed oczami. Zobaczyłem, że kiedyś niebo potrafiło być niebieskie, a trawa zielona. Przypomniało mi, że kiedyś ludzie potrafili żyć wspólnie i nie musieli martwić się o kolejny dzień.
Ile czasu mi zostało? Mam go liczyć w minutach? sekundach? dniach? a może to się stanie teraz? Patrzę po pokoju i widzę lustro, lecz jest zbyt daleko bym mógł zobaczyć swoje odbicie. Chcę wstać i stwierdzić, czy nadal jestem żywy, ale całe moje ciało jest zbyt ciężkie bym mógł je unieść.
Na 18 urodziny otrzymałem od matki zegarek, który służył mi do tej pory. Nic szczególnego, był srebrny i niegdyś błyszczący. Kiedy na niego spojrzałem, w diamentowej tarczy ujrzałem swoją twarz, była blada niczym ściana, lecz wciąż należała do człowieka. Nie wiem co miałem o tym myśleć, bo nie wiem ile ten stan mógł jeszcze potrwać.
Strach nie odstępował mnie o krok. Ściany zaczynały się zbliżać i zgniatać mnie ze wszystkich stron. Cała ta sytuacja nie podziałała korzystnie na moją psychikę. W takich momentach najlepiej mieć przy sobie kogoś, i faktycznie nie byłem sam. Ona wciąż tu leżała, i wpatrywała się we mnie matowym spojrzeniem. Przez chwilę wydawało mi się, że na jej twarzy pojawia się uśmiech. Mówiła do mnie.
– Już niedługo mój ukochany, będziemy mogli być razem na wieczność – jej słowa brzmiały tak realistycznie, że przez chwilę pomyślałem, że żyje. Prawda była zupełnie inna.
Coraz większa czerwona plama na koszuli zaczęła mnie niepokoić. Nie chciałem tego robić, lecz musiałem w końcu spojrzeć na ranę. Kiedy to zrobiłem, od razu zakręciło mi się w głowie. Sufit zaczął zlewać się z podłogą. Rana była głęboka, i sączyła się z niej krew. Musiałem w końcu coś zadziałać, bo powoli opadałem z sił. Obok łóżka znalazłem kawałek urwanego prześcieradła. Było stare, i już dawno rwało się na wiele kawałków. Owinąłem nim ranę, by powstrzymać krwawienie. Nie miałem czym jej odkazić, ani z czego zrobić normalny opatrunek, więc ten był tymczasowy. Zmieniłem koszulę wciąż nieświadomy tego co się dzieje. Cały czas byłem pod wpływem adrenaliny, więc nie zdawałem sobie sprawy, jaki ból musiał towarzyszyć mi przy zakładaniu opatrunku.
Gdy czas w końcu wrócił do normy, a całe zajście nie powracało nieustannie w mojej głowie, usłyszałem walenie do drzwi. Po chwili ustąpiły, a do środka wpadł Karol.
– Słyszałem… – w tym momencie ujrzał ciało Sylwii – co tu się stało!? – nie byłem w stanie odpowiedzieć mu, co tu dokładnie zaszło. Cały czas ciało odmawiało mi posłuszeństwa.
– Hej, Dawid! słyszysz mnie? nic ci nie jest? ugryzła cie?
W tej chwili mogłem powiedzieć tylko jedno.
– Nie.

3. Kiedy Słońce Świeci Nad Nami

Dzięki pomocy Karola udało mi się wyjść na zewnątrz. Od razu uderzył we mnie blask wschodzącego słońca. Dopiero teraz, doceniłem to, co tak naprawdę miałem na co dzień. Lekki wiatr targał moimi włosami we wszystkie strony, a promienie słoneczne ogrzewały moje ciało. Próbowałem spojrzeć w sam środek słońca, lecz światło było zbyt intensywne. Całe otoczenie wydawało się cieszyć na mój widok. Był środek lata, a temperatura sięgała już ok. 20 stopni. Mimo to, cały czas było mi zimno i miałem dreszcze. Zauważyłem też, że na ręku mam gęsią skórkę, będąc ubranym w długie spodnie, oraz koszulę z długimi rękawami. Prawdopodobnie był to skutek utraty krwi, ale nikt nie mógł się o tym dowiedzieć, nawet Karol, który w tym i poprzednim świecie był i jest moim najlepszym przyjacielem. Nie chciałem być zagrożeniem dla nikogo, lecz śmierć też nie wchodziła w grę. Strach przed odejściem był zbyt silny. Już wiem jak czuły się osoby śmiertelnie chore, które właśnie dowiadywały się o swoim stanie zdrowia. Tak jak i im, mnie nie zostało dużo czasu, maksymalnie 24 godziny. – Na pewno nie chcesz iść do lekarza? Nie wyglądasz najlepiej.
Nie miałem nastroju, ani siły do rozmów z kimkolwiek. Chciałem zapaść się pod ziemię. Tam na pewno nie zrobiłbym nikomu krzywdy. Lecz w tym momencie nie mogłem pozwolić sobie, by moją głowę opanowały bezsensowne myśli. Teraz najcenniejszy był czas.
– Hej! Słyszysz mnie?
Po chwili ciszy w końcu udało mi się odezwać.
– Niczego nie potrzebuję. Dziękuję Ci za wszystko, ale teraz marzę o tym, by zostać sam – mój głos był cichy lecz stanowczy.
– Jasne, rozumiem. W razie czego, wiesz gdzie mnie szukać.
Twierdząco kiwnąłem głową, i udałem się w stronę prowizorycznej stołówki.
Usiadłem przy stole, i starałem się wpaść na pomysł jak temu zapobiec. Może jednak jest jakieś lekarstwo? Może nie warto tracić nadziei? Na wszystkie te pytania znałem odpowiedź, ale nie chciałem jej przyjąć do wiadomości. Gdy tylko pomyślałem o Sylwii i o tym co się z nią stało, wstrząsnął mną silny dreszcz. Zimno opanowało całe moje ciało. Starałem się w jakikolwiek sposób rozgrzać, lecz wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Z każdą chwilą czułem się coraz słabszy. Krew przestała już ciec. Spojrzałem na rękę, czy nie powstała jakaś nowa plama. Na całe szczęście rękaw był czysty.
Po chwili zauważyłem, że do mojego stołu zbliża się Sara z 2 kubkami ciepłej herbaty – zawsze o mnie dbała.
– Karol powiedział mi co się stało – spuściła twarz, po czym ponownie na mnie spojrzała – Bardzo mi przykro. Lubiłam Sylwię, to wielka szkoda, że odeszła w taki sposób. Przyjmij moje wyrazy współczucia – mówiąc to, delikatnie chwyciła mnie za dłoń, i od razu się skrzywiła. Jej dłonie w porównaniu z moimi były gorące.
– Jesteś lodowaty. Masz, przyniosłam Ci ciepłą herbatę – podsunęła mi kubek, z którego para unosiła się ponad nami – jeżeli chcesz mogę potowarzyszyć ci, byś nie musiał tego przeżywać sam – jej troskliwy głos był ukojeniem dla mojej zranionej duszy.
– Doceniam to i dziękuję, ale potrzebuje chwili samotności.
Z upływem czasu coraz łatwiej przychodziło mi mówienie. Uśmiechnąłem się i skulony ponownie podziękowałem. Sara odeszła, a ja chwyciłem kubek, by chodź trochę rozgrzać moje zmarznięte palce. Przy pierwszym łyku, stwierdziłem, że herbata nie smakuje jak wczoraj. Czułem gorzki posmak w ustach. Nie wiedziałem, czy to kolejny objaw zakażenia, czy po prostu mój umysł bawi się ze mną zmieniając mój zmysł smaku. Jednak jedno było pewne. Z każdym kolejnym łykiem, moje życie zmierzało ku końcowi.

4. Chwila Wieczności

Zbliżała się godzina 8. Dreszcze nie odpuszczały, lecz stanowczo stały się mniej uciążliwe. Zaczynałem się przyzwyczajać do obecnego stanu sytuacji. Niczym kobieta w ciąży, czułem jak wewnątrz mnie rodzi się nowe życie, które chce pokazać swą twarz. Przez mój umysł przelatywał ogrom zupełnie nie związanych ze sobą obrazów. Widziałem drzewo, które płonie, oraz tęczę przelatującą nad miastem. Czułem ból i cierpienie, a jednocześnie szczęście i ulgę. Nie wiem co to wszystko miało znaczyć. Wydawało mi się, że jestem tu sam, a mimo to byłem otoczony przez tłum ludzi. Jedni chcieli mnie zabić a inni pocieszyć. Próbowałem z tym walczyć, lecz bezskutecznie, obrazy nie pozwalały mi trzeźwo myśleć. Chciałem krzyczeć, wrzeszczeć by w końcu to wszystko zniknęło z mojej głowy. Bym wyzbył się bólu, który we mnie tkwi. Może podczas ugryzienia, osoby zarażone przekazują część siebie i teraz czuje to co czuła Sylwia po przemianie. Może tak na prawdę nie chodzi o to, by stwory zaspokoiły swój głód, tylko o to, że chcą przekazać nam swoje cierpienie. Może inaczej nie mogę się z nami skontaktować? Ciekawe czy osoby zainfekowane też tak o tym myślały. Jeszcze okaże się, że będę pierwszym człowiekiem, który to będzie w stanie pojąć i przed śmiercią opisać. Po chwili zapadła ciemność.

5. Sen Na Jawie

Nastała burza. Pioruny uderzały, w ziemię tworząc pożar za pożarem. Wrzask ludzi odbijał się echem od ścian budynków. Zapanował wszechobecny chaos. Zapach siarki był wszędzie. Piekło nie było w stanie pomieścić wszystkich. Tortura stała się przyjemnością, a śmierć zbawieniem. Bóg przestał być panem świata. Stał się zwykłym obserwatorem, niemającym wpływu na nasz dalszy los.
Umarli byli wszędzie. Bicia ludzkich serc, stawały się coraz cichsze, aż w końcu całkowicie zamilkły. Wszędzie leżały ciała, które po chwili zasilały szeregi zmarłych. W całym tym zamieszaniu, stałem pomiędzy nimi i przyglądałem się apokalipsie, która zebrała swoje żniwa. Wszystko straciło swój dawny kształt. Nie było słońca ani natury. Nie rozumiałem czemu to wszystko ominęło mnie szerokim łukiem. Czyżby śmierć nie miała mnie na swojej liście? Spojrzałem na dłonie i zrozumiałem jak bardzo się myliłem. Szarawy kolor, doprawiony zaschniętą krwią i wystającymi ścięgnami. Taki widok pojawił się przed moimi oczami. Bałem się dotknąć twarzy, lecz w końcu musiałem to zrobić. Byłem martwy, tak samo jak wszyscy, którzy mnie otaczali z drobnym wyjątkiem. Słyszałem swoje myśli.
Spojrzałem w bok. Ujrzałem śliczną i zgrabną blondynkę, w okół której tętniła aura życia. Stała tak na jedynym skrawku zielonej trawy, na który padał blask słońca. Najwidoczniej komuś udało się przeżyć. Mój wzrok nie był tak ostry, by móc ocenić kim ona była. Tak jak i mnie, ją też wszyscy wymijali, ale z innego powodu. Postanowiłem zbliżyć się do niej na tyle blisko, by ujrzeć twarz. Z daleka nikogo mi nie przypominała, lecz z każdym krokiem stawała się wyraźniejsza. Kiedy w końcu zrozumiałem, że to Sylwia, ze szczęścia nie mogłem uwierzyć. Ona jednak żyje! Chciałem biec, by uświadomić sobie, że to co wydarzyło się wcześniej, było zwykłym snem. Nie spuszczała ze mnie wzroku ani na chwilę. Zapomniałem nawet, że nie byłem już człowiekiem. Jedyne czego pragnąłem, to poczuć jej bliskość. Biegłem tak, gdy nagle przestałem nad sobą panować. Poczułem instynkt mordercy. W mojej głowie zaczynało wszystko wrzeć. Cały obraz zamienił się w czarną plamę. Kiedy odzyskałem kontrolę, w moich rękach pojawił się ludzki organ, kształtem przypominający serce. Modliłem się, by nie należał do Sylwii. Jednak moje modły na nic się zdały. Dostrzegłem jej ciało, z wielką dziurą widniejącą w klatce piersiowej, z której wystawały wnętrzności. Krew była wszędzie. Miała twarz skierowana w moją stronę. Padłem na kolana, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, gdy nagle usłyszałem w głowie jej głos.
– Zrobiłeś to co musiałeś zrobić. Wiesz przecież, że przestałeś być człowiekiem i nigdy nim już nie będziesz.
Nie otwierała ust, a mimo to słyszałem co mówi.
– Zabiłeś mnie, to twoja wina!
Nie mogłem nic odpowiedzieć.
– Mówiłeś, że mnie kochasz, a teraz pożerasz moje serce!
Chciałem w końcu zrozumieć co się ze mną stało. Jakim cudem byłem martwy a ona żywa, i co się stało z moim obozem? Przecież przed chwilą siedziałem przy stole, wśród ludzi. Gdzie oni teraz są? Mój umysł znowu mnie zawodził i pokazywał obrazy, których tak na prawdę niema.
Zamknąłem oczy, by przypomnieć sobie jak tu trafiłem. Sylwia, a raczej jej ciało, cały czas mi towarzyszyła, i nie pozwalała się skupić.
– Nie próbuj wierzyć, że będzie dobrze. Ludzkość przegrała. Pogódź się z tym!
– Nie, nigdy!
– Co powiedziałeś? – głos dobiegał z zupełnie innego świata.
Ocknąłem się i ujrzałem nieznaną mi kobietę.
– Wybacz, że cię obudziłam, ale wierciłeś się przez sen. Prawdopodobnie przyśnił ci się jakiś koszmar. Może pójdź spać w normalnym miejscu, a nie tutaj na stole w stołówce?
To jednak był tylko sen.
– Tak zrobię, dziękuje za wyrwanie mnie z piekła.
– Słucham?
– Nieważne.

6. Audycja Apokalipsy

Nadal czuje, że jestem pogrążony we śnie. Czy to był znak? Czy na prawdę czeka nas taki los? Czy świat faktycznie stanie w płomieniach? Cały czas pojawiały się nowe pytania, a wcale nie przybywało odpowiedzi. Wiedziałem tylko jedno – powoli staję się jednym z nich.
Zawsze wierzyłem w przeznaczenie. Najwidoczniej traf chciał, bym przyłożył rękę do nadchodzącej zagłady ludzkości. Może to właśnie ja zabiję ostatniego żywego człowieka na ziemi. Może właśnie o tym był ten sen. Tylko co u diabła robiła w nim Sylwia? Dowiem się w swoim czasie.
Chciałem wstać i pójść w miejsce, gdzie będzie zdecydowanie mniej ludzi, lecz spojrzałem na zegarek i w jednej chwili wszystko stało się jasne. Każdego dnia o godzinie 9, zaczynała się audycja radiowa “Czas Ostateczny”. Główny, i jedyny prowadzący – Alex, każdego dnia od 9 do 10 nadawał ze swojego studia. Nikt nie wiedział gdzie dokładnie się ono mieści i jakim cudem udało mu się to osiągnąć. Nie to było teraz ważne. Ważne, że każdego ranka dawał nam nadzieję na lepsze jutro. Z reguły program zaczynał od przywitania i podania prognozy pogody. Głos miał tak łagodny, że każdy ze słuchaczy, w tym ja, czuł się zahipnotyzowany. Gdyby rozkazał ludziom by wstali i strzelili sobie w łeb, pewnie tak by zrobili.
Z powrotem usiadłem i z przyjemnością słuchałem tego, co ma nam dzisiaj do powiedzenia. Jego mowa sprawiła, że totalnie zapomniałem o moim stanie. Każdą audycję rozpoczynał tak samo.
– “Witajcie ci, którzy jeszcze mogą oddychać. Mamy godzinę 9:00 i jak każdego dnia witam się z wami ja – Alex w mojej audycji czas ostateczny. Ludzie słuchający mnie po raz pierwszy niech wiedzą, że informacje których dostarczam, są bardzo pomocne w odbudowie nowego świata”
Już sam początek wypełniał ludziom pustkę rzeczywistości. Ta jedna jedyna godzina, sprawiała, że chce się dalej żyć. Nie wiem co by się stało, gdybyśmy nie odkryli tej transmisji. Prawdopodobnie wielu z nas, nie wytrzymałoby codziennego kontaktu z tym, co nas otacza.
– “Pogoda dzisiaj zdecydowanie nam dopisuje. Termometr wskazuje 20 stopni, a na niebie nie widać ani jednej chmury. To dobra wiadomość dla tych, którzy muszą spać pod gołym niebem. Zapowiada się kolejny pracowity dzień. Pamiętajcie by nie siedzieć za długo na słońcu, bo może to mieć nieciekawe konsekwencje. Jeżeli udało wam się zdobyć kremy z filtrem i macie zamiar pracować na świeżym powietrzu, nie zapomnijcie ich użyć!”
Głupia prognoza pogody sprawiła, że wszystkim pojawił się uśmiech na twarzy. Jak widać człowiek, po utracie informacji ze świata zewnętrznego, był zagubiony i bezbronny. Odkąd pojawiła się telewizja, internet czy radio, ludzie przywykli do wygody jakie fundują im media. Nikt nie czytał gazet rozdawanych na ulicy. Nawet nie trzeba było wychodzić z domu, by wiedzieć co dzieje się w sąsiadujących państwach czy kontynentach. Dlatego wszyscy tak chętnie przychodzili posłuchać do stołówki na czas trwania programu. Nieważne czy byli starzy czy chorzy. W tej chwili, wszyscy pojawiali się w jednym miejscu przy absolutnej ciszy.
– “(…) Ostatnio doszła do mnie informacja o obozie uchodźców niedaleko Łomianek, w którym to wirus zaatakował od wewnątrz. Jeden z uczestników wcześniejszej wyprawy, nie przyznał się do faktu, iż został ugryziony. Tylko nielicznym udało się uratować z wynikłej w obozie zarazy. Pamiętajcie! Każdy, kto został zainfekowany, przemieni się i będzie chciał was zjeść! Za wszelką cenę nie dopuśćcie do takiego rozwoju wydarzeń. Nie ważne czy jest to twoja rodzina, przyjaciel, partner czy też zupełnie ktoś obcy. Natychmiast trzeba taką osobę odizolować, a najlepiej od razu unicestwić. Tylko to przyniesie pożądany skutek (…)”
Po tych słowach poczułem wzrok wszystkich na sobie. Skąd oni wiedzą co tak na prawdę się ze mną dzieje? Pomimo iż nie było takiej możliwości, to spojrzałem na rękaw czy nic nie przesiąkło. Na szczęście nie. Faktycznie byłem bardziej blady od pozostałych, ale mogło to być spowodowane wieloma czynnikami, niekoniecznie wirusem. Po chwili okazało się jednak, że nikt nie patrzy w moją stronę, a uczucie bycia obserwowanym to tylko kolejna gra mojej podświadomości.
Nie chcę spowodować zagłady naszego obozu, więc uznałem, że jedynym wyjściem było opuszczenie go. Nie chciałem tego robić, ale w tym momencie nie miałem innego wyjścia. Powoli wstałem i zmierzałem do wyjścia.
Minęły 2 godziny od wdania się infekcji do krwiobiegu. Mogę zanotować, że pierwszym objawem są potworne dreszcze i obniżona temperatura ciała. Nawet ciepła herbata nie była w stanie jej przywrócić. Kolejny etap rozpoczął się od momentu wyjścia z budynku służącego za jadalnie i pokój informacyjny w jednym. ​

7. Alarm

   Podczas drogi do pokoju spotkałem Karola.
– Bardzo mi przykro Dawid, wiem ile ona dla Ciebie znaczyła, ale mi też nie była obojętna. Wiedziałem, że będziesz chciał tu wrócić, dlatego wraz z chłopakami zabraliśmy jej ciało. W samo południe wyprawimy jej należyty pogrzeb.
Udało mi się wymusić lekki uśmiech.
– Na prawdę ci dziękuje. Jeżeli będę mógł w jakikolwiek sposób się odwdzięczyć to mów.
– Teraz idź i odpocznij. Cały czas wyglądasz jak świeżo pomalowana ściana.
– Tak zrobię. Jeszcze raz dziękuję.
Karol odprowadził mnie wzrokiem.
Po wejściu do pokoju, od razu usiadłem na łóżku. Zapomniałem nawet, że 2 godziny temu, znajdowało się tu ciało mojej ukochanej. W powietrzu wciąż czuć było śmierć. Byłem wdzięczny Karolowi za to, że się tym wszystkim zajął.
Zmęczenie psychiczne zwyciężyło. Nie mogłem przestać myśleć. Wszystko wydawało się nierealne. Jak mogłem dopuścić by to wszystko się stało? Za każdym razem, kiedy zamykałem oczy, widziałem twarz Sylwii ze snu. W głębi duszy nie mogłem sobie tego wybaczyć. Pragnąłem śmierci tak bardzo, że wszystko inne stało się nieistotne. Los wszystkich ludzi był mi obojętny. Chciałem położyć się i nigdy nie wstać. Po co walczyć, skoro wszystko zaczynało się rozpadać? Nie walczyliśmy o to, by świat był lepszy. Ludzkie życie stało się najmniej ważnym elementem istnienia. Więc dlaczego? By nasze dzieci żyły w świecie pełnym strachu? By nigdy nie zaznały szczęścia i radości? By ciemność stała się dla nich jasnością?
Cały czas zadręczałem się tą myślą. Mrok obecnego świata przysłonił mój umysł. Nie mogłem normalnie funkcjonować. Wiele razy zastanawiałem się, jak skończyć z samym sobą. Niestety, za każdym razem strach zwyciężał. Nawet wtedy, gdy przystawiłem sobie pistolet do głowy. Byłem tak bliski by to wszystko zakończyć właśnie tu gdzie się zaczęło. Stchórzyłem. Może moja świadomość cały czas chce mi powiedzieć, że moje istnienie ma jednak jakiś sens. Gdyby tak nie było, już dawno leżałbym martwy.
Otarłem twarz z potu, chodź cały czas było mi zimno. Ręce nie przestawały mi się trząść. Nie mogłem tego opanować.
Przy łóżku widniało nasze wspólne zdjęcie. Sięgnąłem po nie i od razu uroniłem łzę. Byliśmy wtedy na działce jej dziadków. Za nami widniał piękny krajobraz polskich gór. Jej rodzice byli z pochodzenia góralami, więc często spędzaliśmy tam wolny czas. Przez chwilę poczułem zapach świeżego górskiego powietrza. Zatraciłem się we wspomnieniach.
Ze stanu, w którym byłem wyrwał mnie alarm wzywający wszystkich na plac. Ocknąłem się i od razu chciałem wybiec, jak za każdym wcześniejszym razem. Tym razem grawitacja nie była po mojej stronie. Po dwóch pierwszych krokach upadłem. Cały czas moje ciało było mi zupełnie obce. Przy drugim podejściu, było lepiej. Udało mi się wyjść z pomieszczenia, nie zaliczając kolejnej wywrotki.
Jeden ze strażników włączył syrenę alarmową, która wyła, dopóki wszyscy nie zjawili się w jednym miejscu. Dołączyłem jako ostatni, kiedy od razu dowódca zabrał głos.
– Słuchajcie mnie wszyscy! Po zdarzeniu, które miało miejsce dzisiaj z samego rana, postanowiliśmy zmienić zasady w obozie na bardziej ostrożne. Teraz po każdej misji, wszyscy członkowie wyprawy zostaną dokładnie zbadani przez naszych lekarzy. Może wydawać się to absurdem, ale nie możemy sobie pozwolić na takie incydenty. O mały włos, a jeden z nas byłby po stronie wroga. Chcemy być bardziej pewni o bezpieczeństwo swoje i wasze. Nie zrozumcie mnie źle, ale z dnia na dzień tracimy łączność z kolejnymi obozami i nie chcemy by i nasz spotkał taki los, jaki przytrafił się oddziałowi pod Łomiankami. Robimy to wszystko by żyło wam się lepiej.
Po wyczerpującej wypowiedzi, każdy spojrzał po sobie aż w końcu wszystkie spojrzenia wylądowały na mnie. W tym momencie dowódca powiedział.
– Dawid! Pozwól ze mną. Chcę abyś został dokładnie zbadany, byśmy mieli pewność, że jesteś zdrowy.
Serce zaczęło bić mi coraz mocniej. Wiedziałem jak to się skończy, ale nie wiedziałem czy byłem gotów na taki rozwój wydarzeń. Po całym zebraniu podszedł do mnie jeden ze strażników i stanął na wprost mnie.
– Szeregowy Bartłomiej Wiedeń – zasalutował – Z rozkazu naszego dowódcy, mam zaprowadzić cie na badania do naszego specjalisty. Proszę chodź ze mną.
Czułem jak wszystko w środku wywraca się do góry nogami. Każdy narząd zmienił swoje obecne położenie. Nie mogłem teraz uciec bo byłem na widoku wszystkich. Nie zostało mi nic innego jak pójść za nim nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

8. Ostateczna Decyzja

To co w tej chwili działo się w mojej głowie, było nie do opisania. Słyszałem każdy krok żołnierza idącego przede mną. Ziemia drżała mi pod nogami. Czułem się jak skazaniec podążający na egzekucję. Świat oddalał się coraz bardziej. W pewnym momencie nogi nie pozwalały mi iść dalej. Czas zatrzymał się w miejscu. Wiedziałem, że jak teraz czegoś nie zrobię, to zginę i to nie z rąk zombie. Przynajmniej w tym momencie.
W jednej ze swoich wizji, która właśnie mi się objawiła, widziałem jak umieram. Krew ściekała po ścianach gabinetu do którego podążaliśmy. Kiedy moje ciało leżało martwe na podłodze, do lekarza przyszedł dowódca i wyciągając dłoń, dziękował za przyłożenie się do bezpieczeństwa obozu.
Nie mogłem tam wejść. Nie uda mi się ukryć przed nimi tego co się stało. Muszę uciekać. Nie było czasu na opracowanie szczegółów. Jedyne co mi stało na przeszkodzie, to szeregowy Bartłomiej Wiedeń.
– Dlaczego stoisz? Coś się stało?
– Nie mogę.
– Słucham?
– Po prostu nie mogę.
– Nie rozumiem.
Spojrzałem mu prosto w twarz. Nie był wcale dużo starszy ode mnie, miał może z 26 lat. To raptem 2 więcej niż ja. Szkoda, że nie dożyję tego wieku, ale nie chciałem się o tym teraz przekonywać.
Stojący naprzeciwko mnie mężczyzna, miał w sobie dużo cierpienia. Słyszałem, że oczy to zwierciadło duszy. Jeżeli to prawda, to jego wypełniona była bólem i nienawiścią, chodź zdecydowanie górował strach.
– Jeżeli tam wejdę to już nie wrócę.
– Skąd taki pomysł? To tylko rutynowe badanie, czysta formalność.
– Dzisiaj rano obiecałem sobie, że zrobię wszystko by znowu stać się człowiekiem.
– O czym ty mówisz?
– Nie zrozumiesz tego – po chwili zastanowienia byłem już pewny – Niestety będziesz musiał przekazać dowódcy, że nie dopełniłeś jego polecenia.
Nie udało mu się powiedzieć ani słowa więcej, ponieważ stracił przytomność. Jeden precyzyjny cios i już nikt nie będzie mógł mi przeszkodzić, w odnalezieniu własnego siebie. Nie byłem szczęśliwy z tego co zrobiłem, ale nie miałem wyjścia. Ocknie się za jakieś 20 min, a mnie do tego czasu już nie będzie.

9. Ucieczka

Jeszcze nigdy nie musiałem posunąć się do takiego czynu, lecz w tych czasach już nic mnie nie dziwiło. Patrzyłem na swoje ręce, które aż drżały na myśl o tym, co mogło się stać. Człowiek w genach ma zapisaną walkę o własne życie i właśnie tego doświadczyłem. Teraz już sam podążałem w stronę swojego pokoju. Nie było wyjścia, musiałem się spakować i uciekać jak najdalej. Kiedy już widziałem zarys budynku, usłyszałem znajomy głos.
– Dawid poczekaj!
Spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał i widziałem biegnącą Sarę. Nie miałem za bardzo czasu na pogawędki, nie miałem już czasu na nic.
– I co w końcu Ci zrobili? Słyszałam, że teraz każdy musi przejść przez coś takiego.
– Wybacz, ale bardzo się spieszę.
– Co ci się stało? Wyglądasz jakoś inaczej.
– Kiedy indziej ci wytłumaczę, teraz muszę iść.
Zostawiłem w tyle Sarę. Musiałem pożegnać się z obecnym życiem. Wiedziałem, że to co teraz robię może ocalić nie tylko Sarę, ale i cały obóz. Nadszedł czas bym pozostał sam.
Nie odwracając się wszedłem do pokoju. Chwyciłem pierwszą torbę jaką miałem pod ręką i zacząłem pakować wszystko to, co wydało mi się najpotrzebniejsze. Mimo iż zostało 21 godzin życia, to czułem, że chcę mieć przy sobie parę drobiazgów. Pierwszą rzeczą, o której nie mogłem zapomnieć, było zdjęcie z Sylwią. Biorąc je do ręki, spojrzałem na jej pozbawioną śmierci twarz. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo mi jej brakuje. W ciągu jednej sekundy moje życie się zmieniło. Najpierw straciłem ukochaną a niedługo sam do niej dołączę. Nie wiedziałem sensu tego wszystkiego, ale pomimo tego chciałem walczyć o swoje życie. Wziąłem jakieś ubranie, trochę puszkowanego jedzenia, 3 butelki wody pitnej i pistolet z zapasowymi 2 magazynkami, kiedy usłyszałem za sobą męski głos.
– A ty gdzie się wybierasz?
To był Karol. Mój najlepszy przyjaciel. Pierwszy raz od początku zarazy, nie ucieszyłem się na jego widok.
– Spotkałem Sarę po drodze do ciebie. Powiedziała mi, żebym zobaczył co się z tobą dzieje. Podobno dziwnie się zachowujesz.
– Proszę, odejdź i zapomnij, że mnie widziałeś.
– Co się dzieje?
– Nie mogę… ja na prawdę…
– Mi możesz powiedzieć wszy…
– Jestem zarażony.
Zapadła grobowa cisza.
– Nie udało mi się wyjść cało dzisiaj rano. Ugryzła mnie.
– Dawid… ja… ja muszę o tym powiedzieć dowódcy.
– On mnie zabije jeżeli tylko się o tym dowie.
– A jeżeli dowódca ma lek? Jeżeli wie jak ci pomóc?
– Wiesz, że to nieprawda.
– Proszę daj sobie pomóc. Jeżeli jest nadzieja to jest ona tutaj.
– Naprawdę wierzysz w to, że jest lekarstwo? Obudź się w końcu Karol! To nie jest pierdolona gra, w której wystarczy za pomocą jebanego klawisza pozbyć się zarazy. To jest życie! Zrozum to wreszcie! – sam przestraszyłem się swojego głosu.
– Przykro mi Dawid, znasz procedurę.
– Nie zrobisz tego.
– Owszem zrobię. Jeszcze mi za to podziękujesz.
– Wybacz – w tym momencie Karol upadł na podłogę łapiąc się za nogę – nie chciałem by to tak się skończyło.
Pocisk wbił się w łydkę, zostawiając w nodze dziurę sporej wielkości. Krew zaczęła powoli wyciekać z rany, a wrzask Karola był coraz bardziej donośny. Byłem na siebie wściekły, że zostawiłem go w takim stanie, ale na pewno ktoś go w końcu usłyszy i odpowiednio się nim zajmie. W tym czasie ja będę układać moje nowe, krótkie życie w innym miejscu.
Gdy już zostawiłem obóz daleko za sobą, stanąłem i odwróciłem się. Wtedy po raz ostatni widziałem swój dom, swoich przyjaciół i innych otaczających mnie ludzi. Nie pozwoliłem sobie na chwilę zwątpienia i podążyłem dalej ścieżką, prowadzącą w nieznany mi nowy, gorszy świat.