Category Archives: Rozdział IV

1. Odbicie

   Słychać było tylko ciszę. Każdy z nas był wykończony i potrzebował chwili odpoczynku. Siedzieliśmy tak bez słowa, aż oddech stał się spokojniejszy.
   Miejsce, w którym obecnie się znajdowaliśmy, przypominało zwykłą wiejską chatkę w starym stylu. Prawdopodobnie mieszkał tu myśliwy. Wszędzie na ścianach widniały trofea w postaci poroży czy głów zwierząt. Nigdy tego nie popierałem, do czasu, aż sam zacząłem polować. Tylko ja robiłem to by przeżyć. Nie sprawiało mi to radości, ale w obecnych czasach, panowało prawo jungli – zabij, albo zostaniesz zabity.
   Na zewnątrz nie było nikogo słychać. Wszystkie trupy zniknęły, pozostawiając po sobie tylko odór śmierci. Szafa przy drzwiach wyglądała stabilnie, więc mogliśmy pozostać tutaj chwile. Na więcej nie mogłem sobie pozwolić.
   Byliśmy oddaleni od miasta jakieś 30 km. Przy odrobinie szczęścia, cała droga zajęła by nam nie więcej niż 5 godzin. Zważając na fakt, że zostałem pogryziony ok. 7 rano, a na zegarku była godzina 14, na miejscu bylibyśmy wieczorem. Może udało by mi się pójść spać bez tego przeklętego wirusa. Jak na 7 godzinną infekcję, czułem się całkiem dobrze, poza napadami ciepła, oraz drętwieniem dłoni. Najwidoczniej pierwsze godziny były najgorsze. Zobaczymy co będzie dalej.
   – Dobra Dawid, teraz powiedz mi, co to kurwa miało znaczyć!? Jesteś jakąś pieprzoną wróżką!? Skąd wiedziałeś o tym miejscu, skoro mówiłeś, że nie zapuszczaliście się tutaj z obozu? – wiedziałem, że w końcu usłyszę to pytanie i wcale mnie nie dziwi, że zadał je akurat Krzysiek.
   Na samą myśl o głosie Sylwii, zakręciło mi się w głowie. Cały czas, słyszałem delikatne echo jej słów, odbijających się na dnie mojego umysłu. Wiedziałem, że jest martwa, ale skąd wiedziała o tym miejscu? I o jaką misję jej chodziło? Kolejne pytania bez odpowiedzi, zaczynało mnie to męczyć. Pierwszy raz od dłuższego czasu, zamierzałem powiedzieć prawdę.
   – Miałem przeczucie – powoli zacząłem, nie spuszczając Krzyśka z oczu – w pewnym momencie usłyszałem głos, który kazał mi tu skręcić. Brzmi to niewiarygodnie, zwłaszcza, że należał do mojej nieżyjącej dziewczyny – widziałem, jak z każdym słowem, wzrok Krzyśka stawał się coraz bardziej otępiały – możecie mi nie wierzyć, ale to właśnie dzięki niej jesteśmy tutaj bezpieczni.
   Nie usłyszałem żadnego komentarza z niczyich ust. Problem w tym, że nie wiedziałem czy to dobrze, czy źle. Chyba wybrałem zły moment na wyzwolenie swojego sumienia z kolejnego kłamstwa. Głos martwej dziewczyny, który z niewyjaśnionych przyczyn ratuje nam życie? Aż trudno mi było sobie wyobrazić, co oni teraz o mnie myślą.
   – Nie ważne jak, ważne, że żyjemy – nagłe słowa Angie, wyrwały Krzyśka ze stanu odrętwienia – Wypadało byśmy się tutaj rozejrzeli, może jest coś co nam się przyda.
   Bez zbędnych przemówień, każdy zaczął przeszukiwać pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy. Nawet dzieciaki były skłonne nam pomóc.
   Wiele szafek z wieloma szufladami, ale w większości nic nie było. Ktoś kto był tu wcześniej najwidoczniej wszystko ze sobą zabrał. Udało nam się znaleźć sześć opakowań chusteczek higienicznych, cztery dodatkowe baterie, trochę plastikowych sztućców i najcenniejszy łup – dobrze zaopatrzoną apteczkę. Najwyższy czas, by w końcu założyć opatrunek. Tym razem żaden trup nie stanie mi na przeszkodzie. Przeprosiłem wszystkich i poszedłem do łazienki. Jak na wiejską chatę, łazienka była dość nowoczesna. Pralka stojąca w kącie, dość duży prysznic i wielkie lustro nad umywalką. W końcu miałem okazję zobaczyć swoje odbicie. Zbladłem, a oczy miałem podkrążone. Zmieniłem się, ale jeszcze nie tak bardzo, by widać było po mnie skutki infekcji. Założyłem opatrunek. Przedtem musiałem oczyścić ranę z ziemi, która dostała mi się podczas szarpaniny z umarłymi.
   Kiedy wychodziłem z łazienki, widać było schody prowadzące na drugie piętro. Jedynym źródłem światła, jakie tam docierało, było okno, mieszczące się na szczycie schodów. Przez chwilę stałem tak i patrzyłem właśnie tam, kiedy nagle zauważyłem, że w szybie mignęło coś na kształt człowieka. Nie wiedziałem, czy to się stało na prawdę, ponieważ zniknęło tak szybko jak się pojawiło.
   Po chwili zobaczyłem, że w moją stronę idzie Krzysiek. Pewnie wtedy, kiedy byłem w łazience, wraz z siostrą, usłyszeli coś na górze i postanowili to sprawdzić. Nie myliłem się.

2. Bliska Krew

    Skrzypienie schodów towarzyszyło nam, podczas wchodzenia na górę. Może wtargnęliśmy na czyjeś terytorium i teraz ten ktoś będzie się bronić? Tak czy inaczej mieliśmy broń w gotowości.
   Kiedy dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazały się drzwi po obu stronach. Te po prawej były lekko uchylone. Znikąd nie dochodził choćby najcichszy szmer. Było to niepokojące, ponieważ mogła to być pułapka. Ruchem głowy wskazałem Krzyśkowi kierunek, skąd wcześniej mógł wydobywać się hałas. Najwidoczniej oboje byliśmy tego samego zdania, bo pokazał mi ten sam gest.
   Stanęliśmy na wprost od wejścia, gdy poczuliśmy niesamowity smród. Świadczyć to mogło tylko o tym, że ktoś jest w środku i na pewno nie był to ktoś żywy. Po niedawnej ucieczce przed całą hordą trupów, miałem ich serdecznie dość, lecz trzeba to obyło sprawdzić, byśmy mogli się czuć bezpieczniej.
   Serce biło mi coraz mocniej. Kto, lub co mogło tam być? Nie było czasu na dyskusje, trzeba było działać. Chwytając za klamkę próbowałem otworzyć drzwi, redukując dźwięk do absolutnego minimum. Krzysiek cały czas stał z przygotowaną bronią do wystrzału. Nagle coś z dużą siłą uderzyło w drzwi, odpychając mnie do tyłu. Nie zdążyłem zarejestrować co to dokładnie było. Ocknąłem się i zobaczyłem, że nieznany stwór trzyma Krzyśka. Co to kurwa jest!? Nie jest to ani człowiek ani zombie. Nie czas na wpisywanie nowo odkrytego gatunku do listy zagrożeń, tylko trzeba pomóc towarzyszowi. Bez wahania podniosłem broń i wycelowałem w to “coś”. Wystarczyło pociągnąć za spust, lecz nic się nie stało. Stałem jak wryty, patrząc jak bestia dobiera się do Krzyśka. Właśnie teraz po całym moim ciele przeszedł dreszcz, powodujący paraliż każdego mięśnia. Czułem się jak manekin na tandetnej sklepowej wystawie. Z całych sił próbowałem zwalczyć blokadę. Każda próba zakończyła się niepowodzeniem. Mogłem tylko obserwować rozwój wydarzeń.
   – Pomóż mi! Rozjeb mu łeb!
   Słowa Krzyśka, docierały do mnie jak przez mgłę.
   – Strzelaj kurw…
   W jednej chwili moja dusza odłączyła się od ciała. Cały czas śledziłem całe zajście, lecz nie z miejsca, w którym przed chwilą byłem. Stałem się duchem, niemogącym wpłynąć na rozwój sytuacji. Dopiero gdy krew trysnęła na szybę, wróciłem na ziemię. Otworzyłem oczy i od razu wypaliłem w stwora, który kierował się w moją stronę. Kula przeszyła jego głowę i całe wnętrze czaszki, znalazło się na ścianie. Niestety było już za późno, by ta kula uratowała Krzyśka przed zagrożeniem. Jego ciało osunęło się bezwładnie na ziemię. Człowiek, który uratował mi życie raptem parę godzin temu, leżał teraz na podłodze z wielką dziurą w szyi. Cały teren pokryła jego krew i kawałki mózgu z głowy bestii.
   To wirus tak na mnie zadziałał? Pozbawił mnie szans, uratowania nowego przyjaciela? A może to było zupełnie co innego? Teraz to nie miało znaczenia. Brat Angie leżał martwy i to była wyłącznie moja wina. Nie byłem w stanie postawić się wirusowi, okazał się silniejszy. Kolejne stracone życie, przez tą jebaną infekcję. Najpierw Sylwia, potem Sara, a teraz Krzysiek. Ten świat pochłonął zdecydowanie za dużo cennych istnień. Usłyszałem nadbiegającą Angie z dołu. Jej krzyk był nie do opisania.

3. Wiara

   Oba ciała leżały teraz na ziemi. Jedno z nich należało do Krzyśka a drugie… no właśnie, kim lub czym było to coś, co przyczyniło się do kolejnych cierpień Angie? Na kształt przypominało człowieka, ale nie mogło nim być. Zwykły człowiek nie jest w stanie zrobić tego, co dokonał ten stwór. Jego ruchy nie były naturalne, a siła z jaką otworzył drzwi, też była daleka od ludzkiej. Na rękach i twarzy miał wyraźnie odznaczone żyły. Strój, w jaki był odziany sugerował, że był to lekarz, lub ktoś, którego zawód wymagał kitla.
   Otarłem twarz z resztek krwi napastnika, kiedy ujrzałem klęczącą Angie przy ciele brata. Od bardzo dawna nie widziałem tak poruszającego i smutnego widoku. Codziennie ktoś tracił bliską osobę, ale widok tak zrozpaczonej dziewczyny sprawił, że na twarzy pojawiła mi się łza. Krzysiek był wspaniałym człowiekiem, lecz na planie śmierci jest każdy z nas, bez żadnych wyjątków.
   Musiałem upewnić się, czy z pokoju nie wybiegnie coś jeszcze, ale nie mogłem zostawić Angie w takim stanie. Czuje, że poczucie winy wykończy mnie szybciej niż wirus.
   Powoli podszedłem do niej i ukucnąłem obok. Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć.
   – Angie… Ja… Na prawdę mi przykro.
   Była tak pogrążona śmiercią brata, że chyba mnie nie słyszała.
   – Gdyby nie on, to ja leżałbym tu martwy. Zawdzięczam mu życie.
   Nadal nie było żadnej reakcji.
   – Nie wiem co powiedzieć, by ukoić twój ból.
   – Nie mam już nikogo dla kogo miałabym żyć – Mówiąc to podniosła wzrok na mnie. Błękit jej oczu aż lśnił od łez.
   Nie mogłem patrzeć jak cierpi, zwłaszcza, że to była moja wina.
   – Co teraz zrobimy? Czuje się taka bezsilna bez Krzyśka. On był moim oparciem w całym otaczającym nas świecie. Byłam przy nim taka silna, a teraz? Jedyne o czym myślę to śmierć, by móc spotkać jego i wszystkich tych, którzy dawno odeszli.
   Kolejna łza a za nią następna i następna. Nie mogłem tego powstrzymać. Od tak dawna nie towarzyszyły mi żadne uczucia, poza miłością do Sylwii, że teraz nie wiem co mam zrobić.
   – Obecny świat nie zna litości, Krzysiek oddał życie, byś ty mogła walczyć w jego imieniu. Założę się, że teraz patrzy na nas i trzyma kciuki byś dotrwała do końca. Za dużo osiągnęłaś, by teraz tak po prostu się poddać.
   Lekki uśmiech nadziei pojawił się na jej twarzy. Nie mamy, a raczej nie mam czasu na to, by tkwić w jednym miejscu. Choć wiedziałem, że ona teraz go bardzo potrzebuje.
   – Posłuchaj mnie uważnie, wiem co czujesz, bo sam rano straciłem bardzo bliską osobę, ale musimy trzymać się razem. Nie wolno nam patrzeć w przeszłość. Musimy żyć przyszłością, tylko wtedy mamy szansę przeżyć w tym jebanym świecie. Potrzebuje twojej pomocy bo sam nie dam rady.
   Przez chwile patrzyliśmy na siebie w absolutnej ciszy. Najwidoczniej rozumieliśmy się bez słów, ponieważ oboje w tym samym czasie wstaliśmy.
   – Gotowa?
   – Gotowa!
   Ucieszyłem się, że wróciła stara Angie. Ciałem Krzyśka zajmiemy się za chwile. Najpierw trzeba było sprawdzić, co jest w pokoju, z którego wybiegło stworzenie.

4. List

   Mrok wypełniający pokój, budził we mnie strach. W powietrzu nadal wisiał smród, należący do martwego stwora. Jedna część mnie, chciała poznać wnętrze pomieszczenia. Druga natomiast nalegała, by wybiec stąd i schować się wraz z dziećmi na dole. Postanowiłem zostać.
    Wszystkie okna w środku były zasłonięte grubymi kocami. Ktoś bardzo nie chciał, by dostało się tu jakiekolwiek światło ze świata zewnętrznego. Nawet górna lampa została zbita, i wyrwana. Zostało po niej tylko kilka kabli wystających z sufitu, oraz porozbijane szkło na podłodze.
   Jedyne co mogło pozbawić to miejsce ciemności, była świeca na biurku. Poza tym jednym meblem, wszystkie inne były wywrócone i zniszczone. Ogólnie panował tu chaos.
   Cały czas nie padło ani jedno słowo od Angie. Mimika jej twarzy, również nie ulegała zmianie. Wyraźnie było widać, że była wściekła na cały świat za to, co się stało z jej bratem. Nie chciałem podejmować żadnej rozmowy, ponieważ czułem się winny. Oboje po cichu sprawdzaliśmy pokój w poszukiwaniu czegoś, co by wyjaśniało istnienie stwora, lub innej przydatnej rzeczy. Niestety poza zniszczonymi książkami, nie znalazłem nic cennego. Kiedy Angie przeszukiwała regały przy oknach, ja postanowiłem podejść do biurka. Widniało na nim sporo zapisanych kartek. Wziąłem jedną do ręki, lecz przez panujący tu mrok, nie mogłem przeczytać ani jednego zdania. W poszukiwaniu zapałek, czy też zapalniczki, zajrzałem do każdej kieszeni w spodniach. Nic takiego nie znalazłem. Bałem się spytać Angie, czy posiada jakiekolwiek źródło ognia, więc z kartą w ręku podszedłem do frontowych drzwi. Starałem się nie patrzeć na oba ciała leżące przed wejściem. W końcu światło było wystarczające, bym mógł przeczytać zawartość notatki.
   „Tak bardzo się boje. Czuje, że przestaje panować nad wirusem. Mutacja następuje zbyt szybko. Oni mieli rację. Moja teoria jest błędna. Czemu ich nie posłuchałem i nie uciekłem z nimi? Muszę zająć czymś umysł by nie zwariować… Światło zaczyna mnie drażnić. Zasłoniłem wszystkie okna i pozbyłem się tej cholernej lampy. Nie wiem co się ze mną dzieje. Potrzebuje snu, lecz gdy się położę to już nie wstanę jako ja… Badania mojej krwi wskazują, że ten cholerny wirus uodpornił się na antidotum. Zużyłem już ostatnią fiolkę i tylko przedłużam to, co jest nieuniknione… Kocham Cię Ewo, już niedługo będziemy razem”
   Po przeczytaniu tego, na ręku pojawiła mi się gęsia skórka. O czym on do cholery mówił? Jaka mutacja? Czy stwór leżący zaledwie 4 metry ode mnie, był kiedyś człowiekiem, który napisał ten list? U dołu strony widać było wyraźne ślady krwi. Nie wiedziałem, czy pokazać go Angie. Nadal unikała mnie wzrokiem i tylko słychać było dźwięk otwieranych szafek i szuflad. Nie chciałem jej przerywać, ale uznałem, że musi to przeczytać.
   – Angie! – krzyknąłem, a ona nawet nie zareagowała – Angie! Musisz to…
   – Nic nie muszę! – jej wrzask aż mnie zamurował – a ty się lepiej do mnie nie zbliżaj.
   Widać wyczuła moją winę w całej tej sytuacji, tylko jak? Może podejrzewa u mnie infekcję? Coraz bardziej czułem się pozbawiony sił witalnych. Po chwili zorientowałem się, że „profesorek” – jak pozwoliłem sobie nazwać autora notatki – wspomniał coś o antidotum. Pomimo reakcji Angie, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Nadzieja wróciła. Antidotum istnieje! Cały problem polegał na tym, gdzie go szukać.

5. Wzrok Z Poza Grobu

   – Angie! Angie! Spójrz co znalazłam!
   – Nie to ja znalazłem!
   Krzyk dzieciaków słychać było nawet na górze. Pierwszy raz odkąd je spotkaliśmy, usłyszałem ekscytację w ich głosach. Przez tą całą sytuację, prawie o nich zapomniałem.
   Angie rzuciła książkę, którą trzymała w ręku i szybkim krokiem poszła w stronę schodów. Wychodząc z pokoju, nie próbowała mnie ominąć. Potraktowała mnie jak powietrze. Najwidoczniej sobie na to zasłużyłem. Schowałem list do kieszeni spodni i również poszedłem zobaczyć, co udało się znaleźć rodzeństwu.
   Kiedy byłem na dole, Kasia trzymała w dłoni dość sporych rozmiarów klucz. Angie uważnie oglądała znalezisko. Wszystkie drzwi w tym domu, miały zupełnie inne zamki. Nie przypominam sobie, by do którychkolwiek pasował. Chyba takie samo wrażenie odniosła klękająca przy dzieciach kobieta.
   – Bardzo ładny, gdzie go znalazłaś?
   – To ja go znalazłem! – Z niezadowolenia krzyknął Michał, stający za siostrą.
   – Dobrze już, nie kłóćcie się.
   Cały czas słychać było smutek towarzyszący wypowiedziom Angie.
   – Czy ty…. ty płakałaś?
   Już z mniejszym entuzjazmem w głosie spytała dziewczynka. Nie odpowiadając nic, Angie wzięła w objęcia dwoje dzieciaków i bardzo mocno je ściskała. Na sam widok poczułem, że jestem sam. Byłem od nich inny i tylko ja to wiedziałem, a teraz i czułem. Wyglądali jak zżyta rodzina, do której nigdy nie dołączę. Najpierw pozbawiłem dzieci ojca, a teraz siostrę brata. Buzujący gniew wypełnił mnie całkowicie. Nie zauważyłem nawet, kiedy zrobiło mi się niedobrze. Poczułem, że natychmiast muszę zwrócić nadmiar treści żołądkowych.
   Szybkim ruchem otworzyłem drzwi do łazienki, wbiegłem jak szalony i od razu pochyliłem się nad ubikacją. To nie były wymioty tylko czysta krew… gęsta i czerwona, a miejscami nawet czarna. Bałem się tego widoku. Coraz bardziej traciłem nadzieje, na wyzdrowienie. Wszystkie symptomy infekcji, następowały w mniejszych odstępach czasowych. To mogło źle wróżyć mojej przyszłości. Wstając spojrzałem w lustro, było lekko brudne, lecz dało się zobaczyć swoje odbicie.
   Moje oczy! Co się z nimi stało!? Nie mogłem uwierzyć. By upewnić się, że nie mam złudzeń, przyjrzałem się dokładniej. Niestety to nie było złudzenie, tylko prawda. Cała tęczówka wypełniona była czarnymi kropkami, a całość zachodziła lekka mgła. Powoli przypominałem jednego z umarłych. Aspekty fizyczne stawały się coraz bardziej zauważalne. Byłem cały blady a teraz i to… Co będzie dalej?
   – Angie! Zobacz! Tym razem to ja znalazłem!
   Kolejne znalezisko i to w przeciągu 5 minut? Byłbym dumny gdyby nie fakt, że znajduje się nad kiblem i z każdym kaszlnięciem wypluwam krew.
   Jedyne co dalej słyszałem, to ciche rozmowy Angie z rodzeństwem, oraz coś, co przypominało dźwięk przesuwanej szafy. Po co mieliby przesuwać szafę? Chciałem się tego dowiedzieć, lecz na chwilę obecną miałem inne zmartwienie. Nie mogłem się podnieść, do czasu, kiedy wszyscy troje zaczęli krzyczeć. Towarzyszył im dźwięk rozbijanej szyby. Znaczyć to mogło tylko jedno… mamy nieproszonych gości.

6. Wybór Należy Do Ciebie

   Przeklęte trupy jednak nas odnalazły. Prawdopodobnie krzyki dzieci ich tu przywlekły. Mimo iż poruszają się powolnie, słuch mają dobry niczym sokoły.
   Stojąc w drzwiach łazienki, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie damy rady powstrzymać nadchodzącego zagrożenia. Jest ich zbyt wielu. Nie starczy na wszystkich naboi – nawet gdyby każdy trafiał w głowę. A po drugie już wiem, z jakiego powodu szafa została odsunięta. Za jej ciężarem pojawiły się stare drzwi. Czemu ktoś je ukrył? Jedno było pewne, klucz był właśnie do nich.
   Nie trzeba było wiele czasu, by Angie uporała się z zamkiem. Zombie były coraz bliżej. Wyciągając pistolet, strzeliła do dwóch najbliższych, po czym ponaglała dzieci, by weszły do środka.
   Z wnętrza wydobywała się ciemność, ale nie było innego wyjścia. Trupy opanowały salon, uniemożliwiając wydostanie się tą samą drogą, którą się tu dostaliśmy. Powoli szedłem w ich stronę, kiedy zobaczyłem, że…
   – Ej! Poczekajcie na mnie!
   Nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy dzieci przekroczyły próg, drzwi zamknęły się zanim do nich dotarłem.
   Zostawili mnie… Zostałem już całkiem sam… Po raz kolejny, patrzę śmierci prosto w twarz.
   Stojąc tak trzy metry od tajemniczego wejścia, zastanawiam się czy to jest kara za grzechy. W końcu zostałem osądzony za kłamstwa, jakie wydobywały się z moich ust. Kłamstwa, które przyczyniły się do śmierci niewinnych ludzi. Sara… Krzysiek… oni niczym nie zawinili, by być teraz po drugiej stronie. To moja wina, i to ja poniosę konsekwencję.
   Pierwszy z trupów złapał mnie za rękę. Mocny uścisk, obudził we mnie strach przed śmiercią. Zbyt daleko doszedłem, by teraz tak po prostu umrzeć. Nie poddam się bez walki!
   – Puszczaj mnie, ty zasrany zombiaku!
   Wyciągnąłem pistolet i zamachnąwszy się, za pomocą rączki pistoletu, przyprawiłem trupa o dziurę w głowie. Kiedy padł, wycelowałem w następnego. Strzał uniósł się echem w pomieszczeniu. Plask upadających zwłok, pośród całego zamieszania, był ledwo słyszalny. Reszta napastników była zbyt daleko, by móc mnie teraz powstrzymać. Pora działać.
   Rzuciłem się do ucieczki w kierunku schodów – to pierwsze przyszło mi do głowy. Przeskakiwałem co drugi schodek, by jak najszybciej być na górze. Kiedy już się tutaj znalazłem, spojrzałem przez okno, by sprawdzić, czy uda mi się przeżyć upadek. Biorąc pod uwagę mój obecny stan zdrowia i wysokość jaka dzieliła mnie do ziemi, mógłbym sobie złamać nogę, lub od razu się zabić. Wolałem nie ryzykować.
   W parę sekund musiałem zbadać teren i wybrać drogę ucieczki. Poza pomieszczeniem, w którym znalazłem list, były jeszcze jedne drzwi. Znajdowały się na oko pięć metrów ode mnie. Miałem cichą nadzieje, że znajdę tam coś, co pozwoli mi przetrwać. Umarlaki znajdowały się już przy pierwszym schodku. Kończył mi się czas. Biegiem ruszyłem w kierunku drugiego pokoju.
   W środku znajdowało się łóżko, dwie szafki nocne, oraz wielka szafa na ubrania. Właśnie odkryłem sypialnie, w której prawdopodobnie czeka mnie koniec. Nie było drogi ucieczki. Zmieniłem magazynek w pistolecie na nowy, oraz zamknąłem drzwi, w których znajdował się klucz. Przekręciłem go dwukrotnie, usiadłem na łóżku i wycelowałem w stronę wejścia. Wiedziałem, że umrę ale nie chciałem odchodzić bez walki. Wciąż pamiętam, że w mojej kieszeni tkwi nabój, przeznaczony dla mnie. W najgorszym razie, będę musiał go użyć.
   Odgłos kroków na korytarzu był coraz głośniejszy. Z trudem udało mi się przełknąć ślinę. Ręce mi drżały, a krew uderzała do głowy. Znowu chciało mi się wymiotować, lecz już nie miałem czym. Palec na spuście zaciskał się mimowolnie. Nie mogłem tego opanować. Z oczu popłynęła mi łza na myśl, że zawiodłem Sylwie. Cały czas byłem pogrążony w możliwościach, w których teraz umrę, kiedy poczułem potworny wybuch w okolicach domu. Coś jakby granat czy nawet pocisk czołgu. Był tak wyraźny, że cały dom aż się zatrząsnął.
   Najwidoczniej wypędziło to wszystkie trupy, znajdujące się wewnątrz budynku. Słyszałem jak odgłosy zmarłych oddalają się od pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Były wyraźnie czułe na zmiany w otaczającym ich świecie. Każdy, nawet najcichszy dźwięk, zwabiał ich w jedno miejsce.
   Kolejny raz udało mi się przeżyć za sprawą towarzyszącemu mi szczęściu.
   Mimo iż Angie wraz z dziećmi zostawili mnie na pastwę tych stworzeń, miałem nadzieje, że im też nic nie jest.
   Odczekałem parę minut, aż za drzwiami zapanowała kompletna cisza. Z okna znajdującego się w sypialni, nie dostrzegłem przyczyny hałasu. Musiałem to sprawdzić. W tych czasach nie można było być obojętnym. Może to są żołnierze, którzy nas… mnie uratują. Równie dobrze mogą to być bandyci, którym udało się zdobyć silne ładunki wybuchowe.
   Nie tracąc czujności, wyjrzałem przez drzwi. Pusto. Ani jednej żywej – a raczej nieżywej – duszy. Znowu byłem na szczycie schodów. Z tutejszego okna również nic nie było widać. Kto nieświadomie mnie uratował? Zszedłem na dół. Poza czterema ciałami na podłodze, nie było nikogo innego.
   Kierowałem się w stronę okna. Może tutaj uda mi się coś dostrzec. Nawet nie zdążyłem do niego podejść, gdy z wcześniej odkrytych drzwi wybiegła Kasia. Była przerażona i zalana łzami. Zobaczywszy mnie, od razu podbiegła. Chwytając mnie za rękę, ciągnęła mnie w stronę pomieszczenia, z którego właśnie wyszła.
   – Angie ma kłopoty, musisz jej pomóc!
   Myślałem, że najgorsze za mną. Jak widać, po raz kolejny się myliłem.