Category Archives: Rozdział V

1. Pod Ziemią

   Cały czas podążałem w coraz to większą ciemność. Myślałem, że za chwilę dotrę do wnętrza ziemi. Schody były strome i miejscami brakowało fragmentu, co mogło mieć niezbyt ciekawe skutki. Kasia najwidoczniej nie przejmowała się tym ani trochę. Dzielnie pokonywała drogę bez najmniejszego zawahania. Musiało wydarzyć się coś na prawdę złego. Mocno trzymała mnie za rękę. Od czasu do czasu, słychać było tylko jej płacz, lecz starała się go ukryć.
   Kiedy wydawało się, że podróż nie ma końca, pojawiło się światło. Wraz z nim, ujrzałem pomieszczenie pokryte kafelkami, przypominające te ze szpitala.
   Dość wąski korytarz prowadził do drzwi, nad którymi migała żarówka. Scena przypominała jeden z horrorów, które za czasów normalnego świata, lubiłem oglądać.
   Nie miałem czasu dokładniej się przyjrzeć śladom na ścianach, ponieważ dziewczynka ciągnęła mnie w stronę drzwi.
   – Pospieszmy się!
   Nie zważając na nic, oboje wtargnęliśmy do środka. Będąc na miejscu, dostrzegłem Michałka, a przy nim leżącą Angie. Była nieprzytomna. Od razu podbiegłem do niej, by zobaczyć czy nic jej nie jest. Nie miała na sobie pogryzienia, ani żadnej rany – w widocznym miejscu – która mogłaby zagrozić jej życiu. Prawdopodobnie zemdlała, tylko dlaczego?
   – Hej Angie! Obudź się!
   Absolutnie nie było z jej strony żadnej reakcji. Potrząsanie, a nawet poklepywanie po twarzy nie wybudziło jej. To musiało być coś poważniejszego.
   – Co tu się stało? – spytałem nie odrywając spojrzenia od twarzy kobiety.
   – Ja… nie jestem pewna… szła i nagle upadła – powiedziała Kasia, łapiąc oddech.
   – Nic jej nie zrobiliśmy!
   W tym momencie spojrzałem na chłopca. Jak mógł coś takiego powiedzieć? Byliby zdolni w tym wieku skrzywdzić człowieka? Wiedziałem, że obecny świat nie ma reguł, ale nigdy nie mogłem sobie wyobrazić czegoś takiego.
   Nie było czasu na to, by urządzać dzieciom lekcję człowieczeństwa. Angie leżała i nie dawała znaku życia. Pochyliłem się by sprawdzić czy oddycha i od razu wyczułem znajomy zapach. Był cholernie charakterystyczny, lecz przez chwilę nie mogłem sobie przypomnieć, co to takiego. Po chwili namysłu, olśniło mnie – Aceton. To mogło znaczyć tylko jedno.
   – O nie… – nawet nie wiedziałem, że powiedziałem to głośno.
   – Co się stało!? – chórkiem dzieci wręcz wykrzyczały pytanie.
   – Mamy poważny problem – przez głowę przelatywało mi wiele pytań. Dlaczego nic nam nie powiedziała? Przecież to może ją zabić! Skąd teraz weźmiemy lek?
   – Angie prawdopodobnie ma objaw nieleczonej cukrzycy, jeżeli nie dostanie zastrzyku z glukagonu*… może umrzeć – Pomimo ogromnego strachu, powiedziałem to z wielkim spokojem.
   – To nie może być to… ona nie może umrzeć! Na pewno się pomyliłeś i zaraz się obudzi! – w oczach Kasi zaczęły gromadzić się łzy.
   – Uwierz mi, że chciałbym się mylić. Niestety wiem o tej chorobie więcej niż bym chciał.
   – Skąd? – poczułem dłoń Michała, spoczywającą na moim ramieniu.
   – Widzisz… – spojrzałem w oczy chłopcu – mój ojciec na to umarł. W pewnym momencie nie mieliśmy pieniędzy, by pozwolić sobie na zakup insuliny dla niego. Zażywał jej coraz mniej, aż w końcu całkowicie przestał. Po paru dniach nastąpiła śpiączka, a zaraz później śmierć… Z matką mogliśmy tylko na to patrzeć – podniosłem rękę i poczochrałem Michała po włosach – byłem mniej więcej w twoim wieku jak to się stało. Od tamtego czasu, nie mogę zapomnieć o tym zapachu. Dlatego jestem pewny, że Angie ma to samo. Musimy znaleźć dla niej lek, zanim będzie za późno.
   Nagle poczułem uścisk z obu stron. Oba dzieciaki przytuliły mnie z całej siły. W końcu poczułem, że nie jestem sam. Bardzo tego potrzebowałem.
   – Przepraszamy.
   – Za co?
   – Angie mówiła, że jesteś zły i nie możemy z tobą rozmawiać, bo nas skrzywdzisz.
   Mówiąc to, nawet nie zdawały sobie sprawy, ile racji miała Angie. Nie chcę nikogo skrzywdzić, a tym bardziej jej. Zrobię wszystko, by wróciła do życia. Zapomniałem przez chwilę o infekcji, na szczęście nie dawała o sobie znać. Mogłem objąć dzieciaki bez wysiłku.
   – Ona chce waszego dobra, tak jak i ja. Zapomnijmy o tym co było i skupmy się na zadaniu.
   Dzieci niczym żołnierze ustawiły się w szeregu przede mną.
   – Powiedz co mamy robić! – Postawa rodzeństwa, była godna podziwu.
   – Jest gdzieś w pobliżu jakaś apteka, lub miejsce, gdzie znajdują się leki? – Nigdy nie zapuszczaliśmy się z oddziałem tak daleko, bym wiedział czy coś takiego się tutaj znajduję.
   – Niedaleko stąd jest nasze rodzinne miasteczko, mieszkaliśmy tam zanim ci bandyci nas porwali.
   – Była tam jedna z większych aptek w okolicy.
   – Daleko do niej?
   – Pewnie jakiś kilometr.
   – Cudownie – spojrzałem na zegarek. Była godzina 15. Minęło osiem godzin od rozpoczęcia infekcji, a czuje się jakby minął co najmniej miesiąc. Nie było chwili do stracenia.
   – Zostańcie tutaj, a ja udam się do tej apteki i przyniosę lekarstwo – mówiąc to, żałowałem, że nie będzie tam antidotum dla mnie. Musiałem na chwilę o nim zapomnieć. Angie miała o wiele mniej czasu niż ja.

* Kiedy poziom glukozy we krwi jest bardzo niski pacjent może stracić przytomność. W takim momencie należy mu podać glukogen. Hormon ten działa w wątrobie, gdzie powoduje uwolnienie zapasów glukozy. Od momentu jego podania do pojawienia się efektu należy odczekać około 15 minut. (źródło: www.cukrzyca.wieszjak.polki.pl)

2. Poszukiwania Czas Zacząć

   Najtrudniej jest wykonać pierwszy krok. Myśl o tym, że musisz zostawić coś za sobą, często nie kończy się dobrze. Już drugi raz musiałem tego doświadczyć i to jednego dnia. Nie tracąc ani chwili dłużej, ruszyłem w podróż, by uratować Angie.
   Wychodząc z domku, upewniłem się, że nic mi nie grozi ze strony trupów, ani nikogo innego. Piękna pogoda prawdopodobnie sprzyja polowaniom w obozie. Ciekawe jak sobie radzą beze mnie… Zresztą to już nie było dla mnie ważne.
   Przyłożyłem dłoń do czoła, by upewnić się, że nie mam gorączki. Zazwyczaj przy wzroście temperatury, towarzyszyły mi nagłe przypływy ciepła. Dokładnie tak było i tym razem, lecz na oko nie mogłem mieć więcej niż 37 stopni. Na szczęście zostawiłem dzieciom wszystko to, co było mi zbędne w tej podróży. Cały ciężki osprzęt, oraz pożywienie. Miałem praktycznie pusty plecak, ponieważ poza glukagenem, na pewno przyda nam się parę innych drobiazgów. Pocieszał mnie fakt, że apteka powinna być przyzwoicie wyposażona. Nigdy wcześniej nie byliśmy w tej okolicy, a najbliższy znany nam obóz, znajduje się przeszło 100 km od nas. Jeżeli nie ma tu nieproszonych gości, to wszystko powinno być na swoim miejscu.
   Starałem się iść poboczem, by nie dać się zauważyć przez nikogo. Sytuacja sprzed paru godzin, kiedy samochód dowódcy przekroczył obszar poszukiwań, dał mi wiele do myślenia. Reguły się zmieniły, a ja musiałem ich doświadczyć na własnej skórze.
   Kiedy granice lasu powoli zaczynały się kończyć, ujrzałem tabliczkę oznaczającą początek miasta. Nie byłem w stanie jej rozczytać. Cała zniszczona, pokryta rdzą i brudem. Martwiły mnie tylko ślady po kulach. Obawiałem się najgorszego, ale mimo to szedłem przed siebie. Czułem się winny tego co się stało z Angie. Gdybym od początku mówił prawdę, pewnie wszystko potoczyłby się inaczej, a Krzysiek byłby wśród nas.
   Nie zwalniając marszu, cały czas mijałem porzucone samochody, lub różnego rodzaju rzeczy, świadczące o obecności człowieka. Wszędzie walały się plecaki, ubrania, potłuczone naczynia, mapy. Nic z tych rzeczy nie nadawało się do ponownego użycia. Z przyzwyczajenia zaglądałem również do wnętrza każdego pojazdu. W tym wszystkim, najgorszy był widok zakrwawionych i poszarpanych dziecięcych fotelików. Zawsze powodował u mnie smutek i przerażenie. Takie niemowlę było łatwym celem dla umarlaków. Pomimo iż zawsze chciałem mieć dzieci, ten świat nauczył mnie, że jest to zbyt ryzykowne, zwłaszcza dla matki. Dodatkowo teraz nie było żadnej kobiety, z którą mógłbym o tym myśleć.
   Kiedy uznałem, że w samochodach również nie ma nic interesującego, przyspieszyłem kroku. Czas nieubłaganie nas gonił. Życie Angie zależało ode mnie.
   Po dotarciu na miejsce, ujrzałem obraz zagłady. Dawno nie byłem w mieście. Zapomniałem jak bardzo nie lubię tych miejsc. Nie bez powodu zaciągnąłem się do myśliwych, zamiast ekipy poszukiwawczej. Widok opuszczonych i zniszczonych budynków mieszkalnych, pobudzał we mnie lęk. Zawsze tak wyobrażałem sobie koniec wszystkiego, a teraz musiałem na to patrzeć. Gdzieniegdzie szwendały się trupy, ale wystarczyło zachować ciszę i spokój, by przejść niezauważonym.
   Kasia powiedziała, że apteka znajduje się jakieś 80 metrów na wschód od ratusza. Rozglądałem się w poszukiwaniu budynku, opisanego wcześniej przez dziewczynkę. Podobno był bardzo charakterystyczny, aczkolwiek nic takiego jeszcze nie widziałem. Moim oczom ukazał się tylko kościół, jakiś market, sklep obuwniczy i… Jest! Jak na złość, akurat tam musiało być najwięcej umarlaków.
   Podszedłem trochę bliżej, by opracować plan działania. Trochę dalej dostrzegłem budynek z wielkim białym krzyżem – mój cel. Faktycznie jak na tutejszą aptekę, była całkiem spora. Jednak wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby nie te cholerne trupy. Nie miałem tyle kul by każdego odstrzelić, a bałem się próbować walki nożem, zważając na mój obecny stan. Trzeba było chwilę pomyśleć.
   Miałem pomysł, lecz potrzebowałem do tego czegoś wytrzymałego i niezbyt ciężkiego. Na szczęście nie było o to trudno, ponieważ wszędzie walał się gruz. Chwyciłem jeden odłamek (prawdopodobnie ściany budynku) i rzuciłem go w kierunku okna ratusza. Odgłos tłuczonej szyby, odniósł sukces. Wszystkie zombie w okolicy zainteresowały się hałasem i swoim powolnym krokiem, zmierzały do źródła. Po chwili droga stała otworem i bezproblemowo, mogłem przedostać się do apteki. Widziałem już drzwi wejściowe. Jak w każdej takiej placówce, po obu stronach widniały wielkie szyby. Ta, obok której przechodziłem, była wybita. Zatrzymałem się tuż przed nią. Przez chwilę miałem wrażenie, że słyszę kogoś w środku i to wcale nie zombie. Rozmowy ludzi stały się wyraźniejsze. Prawdopodobnie stali za regałami, dlatego nie udało mi się nikogo dostrzec. Nie chciałem by ktokolwiek przeszkodził mi w misji, dlatego schowałem się za jednym z samochodów, chcąc poczekać, aż znajdujący się w środku osobnicy, wyjdą.
   Nie chciałem ryzykować kontaktu z nimi, bo w tych czasach, zdecydowanie częściej spotykało się wrogo nastawionych ludzi, niż tych dobrych. Wszystko szło dobrze, do czasu aż poczułem zimną stal przy gardle.
   – Dla własnego dobra, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów.

3. Tuż Za Rogiem

   Zimno bijące od ostrza, wywołało u mnie dreszcz na całym ciele. Wystarczył jeden ruch, bym popadł w sen, z którego nigdy się nie obudzę. Nie lękałem się tego. Tak naprawdę, to mogło być najlepsze co mogło mnie dzisiaj spotkać. Instynkt przetrwania był jednak silniejszy.
   – Czego tu szukasz?
   Głos dobiegający zza moich pleców, należał do mężczyzny. Słuchać było, że jest bardziej przestraszony niż ja.
   – Przybyłem tutaj by uratować moją przyjaciółkę. Jak nie zdobędę leku, to umrze – pomimo sytuacji, głos miałem dość spokojny.
   – Oddaj broń.
   Kątem oka spojrzałem na pistolet trzymany w dłoni. Nigdy nie przypuszczałem, że pozbycie się go, może uratować mi życie. Jednak postanowiłem, że dobrowolnie go zwrócę. Nie chciałem kłopotów. Wystawiłem glocka tak, by nieznajomy mógł mi go odebrać.
   – Mądra decyzja – kiedy już schował mój pistolet do kieszeni, zawołał resztę swojej grupy – Ej ludzie! Chodźcie tutaj!
   Bałem się, że nie tylko usłyszą go towarzysze, ale też spora grupka nieumarłych.
   Z apteki wyszło 3 mężczyzn i 1 kobieta. Wszyscy wyglądali maksymalnie na 28 lat, poza jednym gościem. To właśnie on podszedł do nas jako pierwszy i ruchem ręki strzelił mojego prześladowcę po głowie.
   – Zgłupiałeś!? Jeszcze nas usłyszą.
   – Ale ja…
   – Teraz musimy się stąd ewakuować, zanim przybędą tamci.
   – Nie przyjdą tak szybko – pomimo noża przy gardle, postanowiłem zabrać głos – są zajęci stłuczoną szybą w ratuszu.
   – A więc to byłeś ty… kim w ogóle jesteś i co tu robisz?
   W wypowiedzi wyprzedził mnie chłopak trzymający ostrze.
   – Jakiś typek potrzebuje leków dla swojej paniusi.
   – Nie ciebie pytałem bęcwale –  po raz kolejny wymierzył cios – a więc kim jesteś?
   – Nazywam się Dawid i niedaleko stąd leży moja przyjaciółka, która prawdopodobnie od wielu dni nie brała insuliny, której bardzo potrzebuje. Teraz jest w śpiączce.
   Wszyscy popatrzyli po sobie, a następnie z powrotem na mnie.
   – Pewnie cię nie ucieszy fakt, że w tej aptece już nic takiego nie znajdziesz – słysząc te słowa, wpadłem w lekką panikę. W myślach widziałem jak Angie nigdy się nie budzi. Na szczęście ciągnął dalej – ale wiem gdzie możesz dostać trochę. Mój brat ma zapas w swojej domowej chłodziarce. Również jest cukrzykiem i nie powinien mieć nic przeciwko, by podzielić się z twoją przyjaciółką – jak to dziwnie zabrzmiało… Tak naprawdę znaliśmy się z Angie od paru godzin, a już nazwałem ją przyjaciółką. Nigdy w życiu nie pomyślałbym o tym, że w tak krótkim czasie, mogę powiedzieć o kimś w ten sposób. Czasy się zmieniły i poglądy ludzi też – Tak w ogóle, to jestem Patryk – odwrócił się i po kolei zaczął przedstawił pozostałą część grupy – Ten tutaj to mój syn Piotrek, obok niego stoi mój siostrzeniec Adam, a ta ślicznotka to Małgośka. Natomiast osobnik stojący nad tobą to Mateusz, ale wszyscy mu mówimy „Mały”
   W tym czasie śmiech przeszył wszystkich, znajdujących za mówcą.
   – Miałeś mnie tak nie nazywać! – Dopiero po dłuższej chwili, udało się cokolwiek odpowiedzieć Patrykowi.
   – Wiem, wiem, ale nie mogłem się powstrzymać – tak go to rozbawiło, że musiał dłonią wytrzeć łzy ze śmiechu – Dobra, teraz bez żartów. Oddaj mi ten nóż, a ty Dawid wstawaj – jedną ręką zabrał Mateuszowi ostrze, a drugą pomógł mi wstać.
   Wstając z ziemi, usłyszałem skrzeki nieumarłych zza rogu. Najwidoczniej zorientowali się, że źródłem hałasu był kamyk. Najprawdopodobniej teraz wyczuli coś bardziej interesującego – nas.
   – Dobra ludzie, brać plecaki i wracamy – następnie zwrócił się bezpośrednio do mnie – Idź za nami, a na pewno się nie zgubisz. Tylko pamiętaj o jednym, za wszelką cenę nie daj się im ugryźć.
   Prawdopodobnie to, co przed chwilą powiedział starszy mężczyzna, byłoby śmieszne, gdyby aż tak bardzo mnie nie dotyczyło. Wymusiłem w sobie lekki uśmiech i poszedłem za nimi.
   Po jakiś dziesięciu minutach spaceru, dotarliśmy do budynku położonego na obrzeżach miasta. Wokół nie było ani jednego zombie, pomimo iż okolica, nie była ukryta pośród drzew, jak domek, w którym leżała Angie w towarzystwie dzieciaków.
   Wchodząc przez główne drzwi, ujrzałem najzwyklejszy przedpokój, który dalej prowadził do kolejnych trzech pomieszczeń. Wszyscy udali się do pierwszego po lewej stronie, więc podążyłem ich śladem. Był to duży pokój, w którym na pojedynczym fotelu, siedział mężczyzna podparty kulami. Na oko był w wieku brata, ale bardziej przypominał człowieka, który wiele w życiu przeszedł. Blizny na rękach i twarzy, a dodatkowo brak prawej nogi. Musiało go spotkać coś bardzo nieprzyjemnego.
   – Już wróciliście? Szybko… o widzę, że nie jesteście sami.
   Gdzieś już słyszałem ten głos, był mi bardziej bliski niż jakikolwiek inny. Nie mogłem sobie przypomnieć, do kogo on należał. Postanowiłem wyciągnąć rękę jako pierwszy.
   – Witaj, jestem Dawid.
   – Witaj Dawidzie, miło mi cię poznać. Ja nazywam się Alex – kiedy usłyszałem to imię, wszystko stało się jasne.

4. Celebryta Apokalipsy

   – To naprawdę ty? Ten Alex? – cały czas trzymając jego rękę, nie mogłem opanować ekscytacji.
   – We własnej osobie – uśmiech na jego twarzy wyraźnie mówił, że już niejednokrotnie spotkał się z takim entuzjazmem u nowo poznanej osoby – jak widzę, wiesz o mnie sporo. Może teraz ty powiesz coś o sobie?
   Pomimo szczerych chęci, nie mogłem powiedzieć ani słowa. Możliwość poznania takiej osoby w tym świecie, jest czymś nierealnym. Pamiętam jak za czasów normalnego życia, marzyłem, by osobiście spotkać sławnego muzyka lub pisarza. Zapewne dzisiaj gdybym ich spotkał, zmuszony byłbym strzelić im w głowę, ale wtedy… Można powiedzieć, że Alex to taki celebryta apokalipsy.
   –  Niedaleko stąd leży moja przyjaciółka, która potrzebuje glukagenu. Zapadła w śpiączkę i jest na skraju pomiędzy życiem a śmiercią. Twój brat powiedział mi, że macie zapas i nie byłoby problemu z udostępnieniem mi kilku buteleczek.
   – Faktycznie mamy lekki zapas – tutaj urwał, jakby zastanawiał się czy dać mi lekarstwo, czy odesłać z pustymi rękami – nie wyglądasz jakbyś kłamał, więc jestem skłonny uwierzyć w twoją historię. Jak daleko leży…
   – Angelika, ale mówimy do niej Angie.
   – Czyli nie jesteście sami?
   – Dokładnie. Przyszło nam spotkać po drodze dwójkę dzieci w wieku 9 i 11 lat. Rodzeństwo.
   – I zostawiłeś je tam na pastwę losu?
   – Nie miałem wyboru. Ta misja była zbyt niebezpieczna by zabierać je ze sobą. Poza tym są bezpieczne w piwnicy domu, w którym schowaliśmy się przed umarłymi.
   – Dobra, to nie przeciągajmy tego. Pozwól za mną, a dam ci potrzebne leki.
   Pomimo braku nogi, Alex poruszał się całkiem sprawnie. Wystarczyła mu jedna kula, by móc przemieszczać się z normalną prędkością.
   Obaj skierowaliśmy się w stronę drzwi, znajdujących się po przeciwnej stronie pokoju niż te, którymi weszliśmy.
   Pomieszczenie przypominało coś na wzór zaplecza jakiegoś sklepu. Znajdowały się tutaj przeróżne przedmioty. Począwszy od artykułów spożywczych, przez broń, aż do części samochodowych. Było tu wszystko, co nie potrzebowało specjalistycznych metod magazynowania. Wyjątek stanowiła lodówka, na samym końcu wąskiego przejścia. Kiedy Alex otwierał drzwiczki i wyciągał po kolei buteleczki, zadał mi pytanie, które aż mną wstrząsnęło.
   – Dobra, to jak dawno cię pogryźli?
   Skąd on o tym wiedział? Przecież rana nie była widoczna, a mój obecny stan przypominał wiele schorzeń, jak np. niedożywienie, lub przemęczenie.
   – Ale skąd… jak…
   – Myślisz, że jestem ślepy? Od razu po tobie widać, że w twoich żyłach krąży wirus. Zostało ci 24 godziny życia, jeżeli będziesz mieć odrobinę szczęścia.
   – Ale jak… skąd ty to wiesz?
   – Oczy. To one świadczą o naszej czystości przed wirusem. Myślisz, że dlaczego umarli mają zamglone gałki oczne?
   A więc to oto w tym chodzi… Z każdą minutą ten człowiek zadziwiał mnie coraz bardziej. Widać, że wiele przeszedł i zapewne walczył z niejednym nieumarłym. Ale skąd on mógł wiedzieć tyle o wirusie? Chyba że…
   – Miałeś już do czynienia z wirusem?
   Bez słowa, Alex podciągnął koszulkę i pokazał ślady ludzkich zębów w okolicach żeber.
   – Stąd, że sam przez to przechodziłem. To teraz powiedz, kiedy ciebie ugryźli?
   – Ok 7 rano – skoro ugryźli go i teraz normalnie może przede mną stać, nie chcąc mnie zjeść, to znaczy, że musi istnieć antywirus.
   – Muszę przyznać, że trzymasz się całkiem dobrze, jak na 9 godzinę infekcji.
   – Jest na to lek? Masz go? – nie zdając sobie sprawy, mój głos był coraz mocniejszy.
   – Oczywiście, że jest. Opracowano go jakiś rok po ogólnoświatowej zagładzie. Mam znajomego w ekipie badawczej i to właśnie on zdobył dla mnie jedną dawkę. Niestety nie mam więcej i z lekiem jest pewien problem – mówiąc to spojrzał na swoją brakującą nogę – działa tylko raz. Jeżeli te skurwysyny ugryzą cię ponownie, to on nie zadziała. Pewnie się domyślasz dlaczego nie mam nogi?
   – Dlaczego tylko raz?
   – Odpowiedź nie do końca jest zrozumiała dla takiego ciemniaka jak ja – krótki uśmiech zawitał na twarz Alexa – z tego co pamiętam, ma to coś wspólnego z pewnym rodzajem bakterii, która niweluje działanie wirusa. Jest ona dosyć słaba, więc ludzki organizm szybko uczy się jak z nią walczyć. Dziwne prawda? Nasz organizm sam zwalcza to, co tak naprawdę mogłoby uratować ludzkość.
   Faktycznie brzmiało to dość irracjonalnie, ale grunt, że jest nadzieja.
   Nagle poczułem mocne zawroty głowy. Czułem, że zaraz znowu stracę przytomność.
   – Muszę usiąś… – nie dałem rady dokończyć, atak mdłości był zbyt silny. Szybko wybiegłem za budynek i zwymiotowałem. Coraz większy problem polegał na tym, że nie za bardzo miałem czym. Wytarłem usta i na ręku pojawiła mi się krew. Było coraz gorzej. Czułem się słabszy. Bałem się dalszego rozwoju sytuacji. Wtem na ramieniu poczułem dłoń. Była to Małgośka. Młoda i piękna patrzyła na mnie z wyrazem współczucia.
   – Nic ci nie jest? Nie wyglądasz najlepiej. Jak chcesz to możesz u nas odpocząć, odstąpię ci moje łóżko.
   Gdyby nie mój obecny stan, na pewno skorzystałbym z oferty, zaproponowanej przez tą ślicznotkę. Niestety czas nie był po mojej stronie i szybko musiałem wracać do Angie i kontynuować moją podróż po antywirusa.
   – Niestety nie może u nas zostać. Jego przyjaciółka potrzebuje tego – w tym momencie Alex wyciągnął przed siebie mój plecak – są tam potrzebne ci leki i mały liścik na drogę, oraz trochę pożywienia i duża butelka wody. Idź już bo każda sekunda jest na wagę złota.
   Miałem ogromne szczęście, że trafiłem na takich ludzi. Praktycznie od początku powstania obozu, nie spotkałem nikogo, kto byłby tak pomocny jak oni.
   – Nie wiem jak wam dziękować. Jesteście wspaniali.
   – Nie ma o czym mówić. I pamiętaj, by jutro rano włączyć radio.
   – Na pewno nie zapomnę, jeszcze raz dziękuje – podszedłem do niego i wyciągnąłem rękę na pożegnanie – do zobaczenia i do usłyszenia.
   Z uśmiechem na twarzy dodał od siebie.
   – Nie wątpię w to.

5. Powtórny Początek

   „Zaoszczędzisz czas, kiedy udasz się drogą S8 na północ od domku, do którego zmierzasz. Pozdrów przyjaciółkę i dobrze zajmuj się dzieciakami. Pamiętaj, że jak zdobędziesz lek, u nas jest dużo miejsca, by przyjąć i was 
Alex.”
   Coraz szybciej traciłem siły. Bez problemu udało mi się przedostać w jedną stronę, natomiast droga powrotna była o wiele trudniejsza. Już po 5 minutach podróży, musiałem zrobić chwilę przerwy.Potworna ilość potu, spływała ze mnie jak z rwistego, górskiego strumienia. Nie nadążałem nawet, by to wszystko z siebie wytrzeć. Byłem dopiero w połowie drogi do miasta, w którym spotkałem Patryka i resztę. Bogu dzięki za brak jakichkolwiek oznak umarłych w okolicy. W obecnej sytuacji, nie byłbym w stanie obronić się nawet przed jednym. Gorączka stopniowo się powiększała. Czułem się jak wrak człowieka, którym jeszcze byłem wczoraj.
   Siedziałem tak modląc się, by osłabienie szybko minęło. Wcześniej takie ataki zdarzały się rzadko i trwały niewiele ponad minutę, może dwie. Sugerując się zegarkiem, odpoczywałem już od 10 min, a stan w żaden sposób się nie poprawiał. Mroczki przed oczami przybierały kształt niestworzonych rzeczy. Na pierwszy rzut oka, przypominały one komórki zwierząt, które oglądałem na lekcjach biologii przez mikroskop. Jednak po chwili wszystko tak wirowało, aż obraz tracił kolor, a ciemność zasłaniała wszystko.
   – Nawet nie waż się teraz zasypiać! – męski głos przebudził mnie na tyle, by jednak świat nabrał kształtów – jeżeli to zrobisz, już możesz pożegnać się z dzieciakami i moją siostrą.
   Jaką znowu „siostrą”? Gdy w pełni otworzyłem oczy, przede mną stał Krzysiek. Jakim cudem się tu znalazł? Przecież nie żył od dobrej godziny.
   – Zaskoczony, że mnie widzisz? Pomyśl sobie, jaki ja byłem zaskoczony, kiedy mnie zostawiłeś na pastwę tego stwora!
   Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Język był zbyt ciężki. Z moich ust wypłynął tylko niezrozumiały bełkot.
   – Od początku wiedziałem, że coś z tobą nie tak. Gdyby nie moja siostra wtedy, twoje ciało gniłoby teraz, jedzone przez umarłych. Ona uratowała ci życie, a ty jej się tak odwdzięczasz? Jesteś niczym! Żałuje, że nie wpakowałem ci kulki w łeb, kiedy miałem ku temu okazję.
   – To… to ni… nie ta…tak jak myślisz.
   – A skąd ty wiesz co ja sobie myślę? Wyprowadzę cię z błędu. Nie jesteś nic wart! Poświęciłem życie dla takiego śmiecia jak ty! Słyszysz mnie!? Jesteś gównem!
   Dawno nie czułem takiej agresji jak w tej chwili. Chciałem wstać i pokazać mu, jak bardzo się myli. Niestety moje ciało nie było gotowe na taki wysiłek.
   – Może poszukam twojej mamusi, by się teraz tobą zajęła, co? A no tak, zapomniałem… pewnie jest teraz jednym z tych tutaj – ruchem ręki wskazał dwóch zbliżających się do mnie zombie – chętnie popatrzę tak, jak ty patrzyłeś wtedy.
   Oddzielało nas raptem 5 metrów, miałem mało czasu na podjęcie jakichkolwiek działań. W głębi miałem nadzieje, że w końcu infekcja pozwoli mi przeżyć jeszcze trochę. Niestety się na to nie zapowiadało. Z całych sił próbowałem wyciągnąć pistolet, lecz poruszanie ręką było trudniejsze, niż bym kiedykolwiek przypuszczał. Dystans gwałtownie się zmniejszał, a ja cały czas byłem w kropce, kiedy nagle… Ulga… Poczułem błogosławioną wolność. W tej chwili mogłem zdobyć każdy szczyt. Niestety nim bym mógł chociaż spróbować, dwa chodzące zwłoki, bardzo mi to uniemożliwiały. Z całych sił starałem przesunąć się w bok. Gdybym był bohaterem z filmów akcji, na pewno by mi się to udało, a następnie bezproblemowo unieszkodliwiłbym stwory i na koniec naplułbym w twarz Krzyśkowi. Niestety to był realny świat i nie zdążyłem się uchronić. Pierwszy z truposzy zdążył się na mnie uwalić. Na szczęście tylko jeden, ale nadal nie wyglądało to zbyt kolorowo. Obiema rękami trzymałem przeciwnika jak najdalej od odsłoniętych części ciała. Kątem oka ujrzałem dość niewielki, ale wystarczający kamień, który pomoże mi w unieszkodliwieniu napastnika. Musiałem to zrobić wyjątkowo szybko, bo długo nie wytrzymałbym, osłaniając się tylko jedną ręką. Nie było czasu na namysł. Drugi zombiak zbliżał się coraz bardziej. Pomyślałem sobie „albo teraz, albo nigdy”. Odepchnąłem zwłoki z całej siły i szybkim ruchem zdobyłem kamień, by następnie użyć go do rozbicia czaszki. Wystarczyły dwa uderzenia, by pozbyć się ciężaru, znajdującego się na mnie. Gdy został jeden przeciwnik, było już za późno.
   Po raz kolejny musiałem przez to przejść. Zęby stwora, zatopiły się w moim ramieniu. Czułem niewyobrażalny ból. Nie zastanawiając się dłużej, potężne uderzenie wylądowało centralnie w coś, co kiedyś było nosem człowieka. Następnie uderzyłem drugi raz, trzeci i czwarty, aż do momenty, kiedy została z niego wyłącznie mokra plama.
   Patrząc na świeżą ranę, usłyszałem oklaski. Przyciskając z całej siły dłoń do rany, kroki Krzyśka zmierzały w moją stronę.
   – Brawo. Jestem w szoku, że ci się udało… no może nie do końca, ale jednak wciąż możesz oddychać – aprobata ze strony zmarłego towarzysza, była nie do zniesienia – Już miałem położyć obok ciebie kwiatek, upamiętniający twoją „bohaterską” śmierć. Zaskoczyłeś mnie, ale jednak została ci mała pamiątka. Najpierw od własnej dziewczyny, a teraz od tego gościa… albo od gościówy… ciężko odróżnić jak są w takim stanie.
   Jego twarz zbliżyła się do mnie na tyle blisko, że poczułem jego oddech na policzku.
   – Dam ci ostatnią radę. Nie myśl sobie, że dlatego bo cię lubię. Pragnę twojej śmierci jak niczego innego na tym świecie, ale niestety nikt poza tobą, nie jest w stanie dostarczyć leków mojej siostrze. W tej chwili ruszaj dupę, bo za maksymalnie 2 do 3 minut, będziesz miał tutaj sporo towarzystwa.
   Miałem ochotę przyłożyć mu z całej siły, ale wiedziałem, że jego tak naprawdę tu nie ma. To mój umysł płatał mi figle. Z godziny na godzinę coraz bardziej realne. Poza tym, musiałem przyznać mu rację. Nie było czasu na użalanie się nad sobą. W końcu już wcześniej zostałem pogryziony, a ta rana nic nie zmieni.
   Wstałem i zarzuciłem sobie plecak na ramię. Przez niecałe 5 sekund wpatrywałem się w Krzyśka. Jego oczy już dawno pozbawione były duszy.
   Ze stanu osłupienia wyrwał mnie nieludzki dźwięk. Mogło to oznaczać tylko jedno. Towarzystwo, o którym mówiła zjawa w postaci brata Angie, zaczynało się zbiegać. To był mój czas na kontynuowanie podróży.
   Kiedy ruszyłem w drogę, obejrzałem się, by sprawdzić jak daleko znajdują się ode mnie zombie. Ich sylwetki były widocznie jakieś 200 metrów stąd. Poza nimi, ujrzałem machającego mi Krzyśka, lecz dosłownie po chwili zniknął. W końcu uwolniłem się od jego zagubionej duszy.
   Na całe szczęście dalej nie spotkałem nikogo, kto mógłby pokrzyżować moje plany. Drewniany domek był coraz bliżej. Nie odrywając dłoni od ramienia, niemal biegłem, by w końcu podać niezbędne leki Angie. Nie wiedziałem jak wyjaśnić nowo nabytą ranę, ale to nie było teraz ważne. Kiedy już się ocknie, wezmę ją w ramiona i powiem całą prawdę. Chcę zacząć od nowa z czystym sumieniem.
   Na wprost były drzwi. Otworzyłem je i wparowałem do środka, niczym wystrzelony z procy. Widok salonu był ostatnim widokiem, jaki zapamiętałem przed ciemnością.

6. Prawda

   Obudził mnie potworny ból głowy. Swoboda poruszania się była równa zeru. Byłem związany, a na oczach miałem opaskę. Ciemność i pulsowanie potylicy – to jedyne co teraz czułem.
   – Kogo my tu mamy? No proszę, nasz uciekinier.
   Głos jakby dobiegał z daleka. Musiała minąć chwila, by dotarł do mnie.
   – Zdejmijcie mu to.
   Czyjeś ręce ściągnęły ze mnie opaskę. Przez chwilę obraz był niewyraźny, ale gdy przyzwyczaiłem się już do światła, wszystko stało się jasne.
   – Teraz mnie poznajesz? Miło mi cię znowu widzieć Dawidzie.
   Dowódca obozu stał nade mną, niczym rzeźnik nad świnią. Jego twarz sugerowała, iż jest zadowolony, że mnie widzi.
   – Szukaliśmy ciebie cały boży dzień, a ty tak po prostu przyszedłeś tutaj. Los jednak nam sprzyja. Zapewne nie zdajesz sobie sprawy co to za miejsce?
   – Gdzie jest Angie!? – nie obchodziło mnie w tej chwili, gdzie jesteśmy i co tu się wyprawia. Najważniejsze dla mnie było odnaleźć moją przyjaciółkę.
   – Mówisz o tej tutaj? – odsuwając się, moim oczom ukazał się obraz związanej dziewczyny. Nadal była nieprzytomna.
   – Ona jest chora! Rozwiąż ją!
   – Tak wiem, wiem. A ty bohatersko poszedłeś w poszukiwaniu leków dla niej. Naprawdę wzruszające – szyderczym gestem, dowódca przetarł dłońmi po twarzy, jakby wycierał łzy – ona dla nas nic nie znaczy, ty teraz również.
   Nagle przy dowódcy, wyrosły dwie małe postacie. To była Kasia i Michał. Już wiedziałem skąd ich ojciec dowiedział się o chorobie Angie i o moim powrocie.
   – Jako iż poniekąd zawdzięczam tobie życie moich pociech, zanim cię zabije, opowiem ci trochę o tym miejscu. Maciek, zabierz dzieciaki na górę.
   Nieznajomy wszedł do pomieszczenia i wziął ze sobą rodzeństwo, prowadząc je za rękę. Wychodząc Kasia patrzyła mi prosto w oczy. Widziałem w nich współczucie oraz bezradność. Teraz to jednak nie miało znaczenia.
   – Widziałem, że spotkałeś się z dr. Edwardem na górze. Możesz tego nie wiedzieć, ale zabiłeś naukowca, który jest odpowiedzialny, za stworzenie lekarstwa na to całe gówno. Niestety przy badaniach sam się zaraził i no cóż… sam zresztą widziałeś co się z nim stało. Przy tworzeniu leku, niechcący sprawiliśmy, że wirus zmutował, przemieniając swoich nosicieli w bliżej nieokreślone monstra. Są silniejsze, szybsze niż te na zewnątrz. A teraz wstawaj, przejdziemy się.
   Jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi. Coraz ciężej mi było się poruszać, ale chyba do tej pory nic nie zauważył.
   – Sam wiesz, że nasz obóz został stworzony, jako pierwszy w tej okolicy. W całej Polsce są jeszcze takie trzy. Czym się one wyróżniają? No cóż. Istnieją tylko dlatego, że mamy wsparcie wojska. W innym przypadku, dawno by było po nas. Myślisz, że skąd mamy te wszystkie leki, naboje i pożywienie? Tylko 28 procent z tego wszystkiego, to zasługa ekip zaopatrzeniowych. Resztę dostarczają nam Polskie Siły Zbrojne.
   Cały czas szliśmy ciemnym korytarzem. Jedyne światło jakie nam towarzyszyło, to migające żarówki, znajdujące się w niektórych miejscach.
   – A co wy macie wspólnego z wojskiem?
   Dowódca stanął w miejscu. Odwrócił się i z uśmiechem na twarzy powiedział.
   – Spokojnie, wszystko w swoim czasie.
   – Dlaczego mi to wszystko mówisz, skoro i tak chcesz mnie zabić?
   – Powiedzmy, że spełniam twoje niewypowiedziane życzenie.
   Faktycznie cały czas mówiąc o tym wszystkim, coraz bardziej chciałem wiedzieć o co tutaj chodzi. Laboratorium w środku lasu i to powiązanie z wojskiem? Byłem zdezorientowany.
   – Jak już mówiłem, obóz, z którego uciekłeś to była forteca nie do zdobycia. Jedyny warunek był taki, byśmy zadbali o wynalezienie tego cholernego lekarstwa. Po wielu nieudanych próbach, w końcu się udało. Sęk w tym, że trzeba je podać osobie, która jeszcze się nie przemieniła. Nie działa również wielokrotnie, tylko jeden jedyny raz. Przypuśćmy, że jakiś zombiak cię teraz pogryzł, wstrzykuje ci to i po problemie.
   W ręku dowódcy znalazła się mała strzykawka, z dziwnie zabarwioną cieczą. To na pewno było to, czego szukałem od rana. Tylko jak mogłem je zdobyć? Wpadłem na pewien pomysł.
   – A co się stanie z niezarażoną osobą, której wstrzykniecie lek?
   – Na pewno nic dobrego. Przypuszczam, że taką osobę czeka dość powolna śmierć. Kiedy organizm nie jest zarażony, antywirus niszczy zdrowe komórki krwi, zamiast tych zainfekowanych.
   Skoro cały czas nie przyszło mu do głowy, że jestem zarażony, może uda mi się go przechytrzyć i zaproponować taką „śmierć” dla mnie. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie ten czas.
   Kiedy myślałem, że będziemy iść tak w nieskończoność, w końcu skręciliśmy w drzwi, znajdujące się po prawej stronie korytarza. Wcześniej będąc tutaj, nie pomyślałem, by przeszukać całe pomieszczenie. Nie było wtedy na to czasu.
   – Jak już pewnie wiesz, cały ośrodek służy nam do celów badawczych. Mamy tutaj wszystko, by zwalczyć tą cholerną apokalipsę. W tym celu służą nam oni.
   Całe pomieszczenie wypełniło światło. Akurat stałem przy szybie, za którą znajdowało się bardzo wielu umarłych. Z przyzwyczajenia odskoczyłem do tyłu, zwalając z biurka jakieś notatki.
   – Uważaj trochę, to jest cenniejsze niż całe twoje dotychczasowe życie. Na razie jesteś bezpieczny. Te szyby trzymają ich już tak od wielu miesięcy. Nie ma możliwości, by teraz pękły. To pancerne szkło – dowódca zapukał kilkakrotnie w materiał, oddzielający nas od truposzy – nic nam tu nie grozi.
   Kiedy poczułem pewną ulgę, przypatrzyłem się twarzom wykrzywiającym się w moim kierunku.
   – Przecież to ludzie z obozu!
   – Nie mylisz się. Potrzebowaliśmy wielu okazów do badań, a zdobycie ich poza obozem, było zbyt ryzykowne. Wstrzykiwaliśmy im wirusa, byśmy mogli przeprowadzać na nich różnego rodzaju eksperymenty naukowe. To dlatego przyjmowaliśmy tak wielu ocalałych do naszego obozowiska. Poniekąd przyczynili się oni, do stworzenia lepszego świata.
   – Wątpię by robili to z własnej woli. Wabiliście ludzi by potem skazać ich na to? Jesteście gorszymi potworami, niż wszystkie zombie razem wzięte.
   – Nazywaj to jak chcesz, robimy tylko to, co nam każą. Każdy chce przeżyć na swój sposób. Pozostając na wolności, ci ludzie tak czy inaczej byliby martwi. Tutaj przynajmniej dają nam jakiś pożytek.
   Już miałem oskarżyć dowódcę o wiele innych rzeczy, gdy w tłumie umarlaków, ujrzałem twarz Karola. To nie była iluzja. On naprawdę tam był.
   – Karol…
   – Zgadza się. Po twojej ucieczce, bardzo się zmienił. Oczywiście na niekorzyść dla nas. Musieliśmy znaleźć mu nowe zajęcie.
   – Wy skurwysyny! Jak mogliście mu to zrobić!?
   – Wszystko przez ciebie – chwilowa cisza wypełniła pokój – Chciał za tobą biec i ci powiedzieć o naszej małej tajemnicy. Trzeba go było odizolować od reszty ludzi, bo za dużo wiedział. Tak właśnie przyczyniłeś się do jego przemiany.
   Zatkało mnie. Czy naprawdę Karol o wszystkim wiedział i nic nie mówił? Przecież to co się działo w obozie, to czysty obłęd. Przez cały czas myślałem, że ci wszyscy ludzie umierali przy misjach zwiadowczych, lub zaopatrzeniowych. A tak naprawdę trafiali tutaj. Nic dziwnego, że ten teren został wykluczony z poszukiwań. Za dużo mogliśmy tutaj znaleźć.
   – Co się stało? Nagle przestaliśmy być tymi złymi? Tylko nie płacz, bo nie mam przy sobie chusteczek.
   Z trudem powstrzymywałem w sobie atak złości. Już nie tylko na dowódcę, ale i na siebie. Ze wszystkich bliskich mi osób, tylko Angie pozostała przy życiu. A i tak było to pod dużym znakiem zapytania. Nie mogłem pozwolić, by i ją spotkał taki los, jak Karola, Krzyśka czy Sarę. Ich wszystkich miałem na sumieniu. Kolejne imię na tej liście, doprowadziłoby mnie do wewnętrznego wyniszczenia.
   Rozglądałem się po pomieszczeniu. Szukałem czegoś, co pozwoli mi na wydostanie się z tej pułapki. Popatrzyłem na Karola i w myślach prosiłem, by pomógł mi i teraz. Jego ręka ześlizgnęła się z szyby i jakby wskazała mi przycisk, który się znajdował jakieś cztery metry ode mnie. Był niewielki, dlatego nie zauważyłem go wcześniej. Uśmiechnąłem się i wiedziałem co dalej robić.
   W pewnym momencie przestałem słuchać tego, co dowódca do mnie mówił. Musiałem się skupić, na wybraniu idealnego momentu, do zrealizowania mojego planu. Czas mijał nieubłaganie. Starałem się pomału przybliżyć do ściany, na której znajdował się guzik. Nie wiem czemu, ale byłem pewien, że służy on do otwarcia drzwi, w których było pełno trupów.
   Wyglądało na to, że ta chwila nigdy nie nastąpi. Moje obawy były jednak mylne. Dowódca w pewnym momencie odwrócił się do mnie plecami, by coś pokazać. Nie wahając się długo, po prostu podbiegłem do ściany, naciskając klawisz plecami. Miałem związane ręce, więc nie mogłem zrobić tego inaczej.
   Drzwi otworzyły się, wypuszczając na wolność umarłych. Dowódca był w szoku i zajęło mu chwilę, by uchwycić moment, w którym pierwszy z zombie ugryzł go w rękę. Potworny krzyk wydobył się z jego gardła. To był koniec tyrani na ludziach z obozu. Kiedy patrzyłem tak na całą scenerię, uświadomiłem sobie, że ja też jestem ich celem. Na całe szczęście miałem możliwość ucieczki z pokoju. Wybiegłem i kierowałem się w stronę pomieszczenia, w którym się obudziłem. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ale myśl o Angie dodawała mi siły.
   Pomimo chęci, nie mogłem biec tak szybko, jak chciałem. Powoli kręciło mi się w głowie, a cały obraz, zachodził mgłą. Nie poddawałem się jednak i poruszałem się dalej. W końcu dotarłem do miejsca – gdzie nadal związana – w kącie leżała Angie. Tak naprawdę nie mogłem nic zrobić, bo sam byłem skrępowany. Opadłem na kolana. Traciłem siły w zastraszającym tempie. Unosząc głowę, zobaczyłem dziewczynkę. To była Kasia. Nie wiem po co wróciła, ale była moją jedyną szansą.
   – Kasiu proszę cię, musisz mi pomóc. Rozwiąż mnie.
   – A gdzie jest tatuś?
   – Później ci wszystko wyjaśnię, niema czasu na tłumaczenie.
   Niezbyt ufnie, podeszła do mnie, wzięła nóż, który leżał na jednym ze stolików i z całej siły rozcinała więzy. Gdy poczułem ulgę, od razu zacząłem działać. Podbiegłem do plecaka i wyciągnąłem leki. Całe szczęście, nikt nie przeszukał go i wszystko było na miejscu. Nawet liścik od Alexa.
   Wziąłem jedną strzykawkę i od razu podałem ją Angie. Minęła chwila, aż wszystko spłynęło. Błagałem by otworzyła oczy i powiedziała cokolwiek. Cały czas było bez zmian. Leżała tak bez ruchu jak wtedy, gdy ją tutaj zostawiłem. Obawiałem się, że mogło być już za późno.
   Smród zgniłego mięsa, docierał do mnie coraz bardziej. Wiedziałem, że zaraz pojawią się ci, których uwolniłem i wcale nie chcieli okazać mi swojej wdzięczności. Nie mogłem dłużej czekać. Musiałem wydostać się stąd, zanim wraz z Angie i Kasią, zostaniemy pożywieniem dla trupów.

7. Cztery Koła

   Każde spojrzenie bijące od nadciągających trupów, sprawiało, że nie mogłem się skupić. Ich pustka przenikała mnie, niczym strzał z pistoletu. Fascynowało mnie to, a jednocześnie przerażało. Widziałem coś, czego nikt inny nie widział. Poczułem z nimi pewną więź, której nie mogłem opisać. Byli coraz bliżej i bliżej, a strach całkowicie mnie opuścił. Byłem w innym świecie.
   Musiała minąć spora chwila, nim dotarł do mnie wrzask Kasi. Czułem się jak świeżo wybudzony ze snu. Powróciły wszystkie myśl, a świat nabrał kształtów.
   – Obudź się! Dawid, słyszysz mnie!?
   Nie było czasu na odpowiedź. Wróg był coraz bliżej. Uniosłem nadal nieprzytomną Angie, zarzuciłem jej ramię na siebie i czym prędzej pognaliśmy w stronę schodów. Gdybym pozostał we wcześniejszym stanie odrobinę dłużej, już niemiałbym jak uciekać. Jakim cudem mogłem poczuć jakąkolwiek więź z tymi stworami? Teraz wydawało się to absurdalne, ale wtedy… wtedy to miało sens.
   – Kiedy wrócimy po tatę?
   Udawałem, że nie usłyszałem pytania. Jak mogłem jej wyjaśnić, że musiałem postąpić w ten sposób? Zapewne jest teraz na dole, wśród tej całej hordy.
   – Jak będziemy na górze, wszystko ci wyjaśnię – tylko tyle udało mi się powiedzieć. Najwidoczniej to wystarczyło, ponieważ nie padło już ani jedno słowo z ust Kasi.
   Będąc przed drzwiami, zorientowałem się, że przecież dowódca nie był tu sam. Do tej pory widziałem dwóch żołnierzy, ale nie oznaczało to, że nie może być ich więcej. Poczułem się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Nieważne, którą drogę bym wybrał, w obu czekała mnie ciężka próba.
   Odgłosy umarłych były coraz bliżej. Bardzo niwelowało to czas na podjęcie jakichkolwiek kroków. Po chwili wybrałem przekroczenie progu drzwi. Jeżeli i tak wybrałem śmierć, to przynajmniej od kul a nie pogryzień.
   Wyjąłem broń i modliłem się, by przy drzwiach nie stał żaden strażnik. Uwieszona na mnie Angie, bardzo ograniczała moje ruchy. W razie strzelaniny, nie będę w stanie odskoczyć na bok i ukryć się za najbliższym meblem. Nie było czasu. Pchnąłem klamkę i od razu uderzyło we mnie intensywne światło od słońca. W zasięgu wzroku nie ujrzałem nikogo. Wyglądało na to, że jestem bezpieczny – chwilowo.
   Nie tracąc czujności, wykonałem parę kroków przed siebie. Postanowiłem, że łatwiej mi będzie poruszać się bez Angie, więc położyłem ją na kanapie. Kiedy sprawdzę dom, będę w stanie określić dalszy plan działania. Mając obie ręce wolne, ujrzałem przed domem wojskowy pojazd terenowy, który widzieliśmy parę godzin temu w okolicy. Jako iż cały czas walczyłem z czasem, a najszybsza droga do miasta wiedzie drogą S8, do głowy wpadł mi pomysł. Musiałem tylko wymyślić jak zdobyć auto.
   Moje przemyślenia przerwały męskie głosy, dochodzące z piętra. Wyglądało na to, że nie byliśmy tu sami. Z tego co udało mi się usłyszeć, w domu było dwóch żołnierzy.
   – Jak w końcu uporamy się z tym gównem, wrócę do obozu i porządnie się upije.
   – Ja to chyba skoczę do burdelu. Widziałeś nową dostawę? Ta ruda jest niczego sobie.
   Kroki dobiegały ze schodów. Byli blisko, ale nie na tyle bym nie mógł się schować. Stanąłem przy ścianie z naładowanym pistoletem. Nie chciałem zużywać amunicji, ale jeżeli byłoby to konieczne, to nie miałem innego wyboru.
   – Ciekawe co dostaniemy za wykonanie tej gównianej roboty. Jeżeli znowu jakieś konserwy, to przysięgam, że wywalę to i… kurwa, kto to jest?
   Faktycznie było ich dwóch. Byli tak zajęci rozmową, że nie zauważyli mnie, stojącego przy ścianie. To był ich błąd. Nie zdążyli zareagować przed tym, jak otrzymali ogłuszający cios w tył głowy. Nie chciałem ich zabijać, bo wierzyłem, że są to dobrzy ludzie.
   Przeszukałem ich ciała i znalazłem to czego szukałem. Kluczyki do samochodu w kieszeni jednego z nich. Plan układał się wprost idealnie, ale zapomniałem o jednym szczególe. Mianowicie o małej dziewczynce, której uśmierciłem ojca. Rozejrzałem się za nią. Stała dokładnie przy mnie. Nie zauważyłem nawet, że schowała się wraz ze mną. Już miała zadać pytanie, lecz uprzedziłem ją, odzywając się pierwszy.
   – Posłuchaj mnie, twój tata jest na dole w pokoju, z którego udało mi się uciec. O mały włos, a umarłbym z jego ręki. Musiałem coś zrobić, bym jednak mógł żyć dalej. Bardzo mi przykro, ale jemu nie udało się uciec – mówiąc to było mi przykro, nie z powodu dowódcy, ale z powodu lekarstwa, które miał przy sobie. Muszę teraz znaleźć go w innym miejscu. Na całe szczęście wiedziałem gdzie szukać.
   – Czyli on…
   – Obawiam się, że tak.
   Po raz kolejny w oczach dziewczynki, zaczęły błyszczeć łzy. Wiem, że nie zrozumie tego, jak bardzo jej ojciec był zły, ale obiecałem sobie, że nie będę już kłamał. Za dużo osób przez to umarło. Cały ten moment przerwało potworne walenie w drzwi, z których niedawno wybiegliśmy. Przecież przez cały czas, te zombiaki szły w naszym kierunku. To była kwestia czasu, by dotarły do nas.
   Stare wejście do laboratorium, nie stanowiła trwałej barykady, na nadciągający tłum. Musieliśmy uciekać.
   – Słyszysz to? – ruchem ręki wskazałem miejsce, z którego dobiegał hałas – za chwilę pojawią się tu dziesiątki tych stworów. Jedynym wyjściem z tej sytuacji, jest samochód stający przed domem. Poszukamy bardziej bezpiecznego miejsca. Chodź ze mną.
   – Zabiłeś mojego tatę! Nienawidzę cię!
   W tym momencie Kasia odwróciła się i uciekła w stronę schodów.
   – Nie biegnij tam! Stój!
   Prawdopodobnie odgłos nadciągającego zagrożenia, częściowo zagłuszył mój krzyk. Chciałem pobiec za nią i ją uratować, lecz drzwi nie wytrzymały i do salonu wtargnęły zombie. Pierwsze z nich upadły na podłogę. Reszta nie zważając na to, parła do przodu. Jako pierwszy cel, obrały dwóch nieprzytomnych mężczyzn, kolejnym byliśmy my.
   Szybko podbiegłem do kanapy, na której spoczywała Angie i biorąc ją na ręce, pobiegłem w stronę wyjścia. Żaden ze stworów na szczęście nie zdołał nas złapać, ale było naprawdę blisko. Cudem wydostałem się z budynku. Nie było jednak czasu na odpoczynek. Potwornie zmęczony udałem się w kierunku samochodu.
   Drzwi od strony pasażera były otwarte. Postanowiłem właśnie tam usadzić Angie. Nie myśląc nad tym, czy ktoś będzie w środku, skierowałem się w tą stronę. Chwała bogu samochód był pusty. Posadziłem Angie na fotelu i od razu do mojej głowy dotarła pewna myśl. Przecież wtedy z samochodu wysiadło czterech żołnierzy. Jednym z nich był dowódca, dwóch kolejnych zostało przekąską dla umarłych, a co z ostatnim? Kierując się na miejsce kierowcy, w oddali ujrzałem ostatniego członka ekipy. Prawdopodobnie był na stronie, ponieważ właśnie zapinał pasek u spodni. Gdy mnie zobaczył, nie zadając pytań, wyciągnął pistolet i zaczął mierzyć w moją stronę. Pierwsza kula trafiła jakieś parę centymetrów od mojej głowy. Nie czekałem na to, aż wypali drugi nabój i szybko pognałem do samochodu. Druga i trzecia kula świsnęły obok mnie, ale żadna mnie nie dosięgła. Byłem już na swoim miejscu, włożyłem kluczyki do stacyjki i wcisnąłem gaz do dechy.
   W lusterku widziałem, jak żołnierz biegnie za wozem, ale nie był w stanie mnie dogonić. Wystrzelił jeszcze dwa naboje ale bez efektów. Gruba blacha pojazdu była przygotowana na takie warunki.
   Kiedy myślałem, że słyszałem już wiele strasznych rzeczy w obecnym życiu, to co usłyszałem teraz, było o wiele gorsze. Do moich uszu dobiegł krzyk małej dziewczynki.