Category Archives: Rozdział VI

1. Podróż

   Dawno nie siedziałem za kierownicą terenowego auta. Ostatnio prowadziłem takie cacko, kiedy wraz z Sylwią, byliśmy na wakacjach w górach. Mieszkał tam brat mojego ojca. Pomimo iż nigdy nie zdołałem wyrobić prawa jazdy, wujek za każdym razem dawał mi pojeździć swoim Jeep’em. Teraz zapewne chodzi bez celu gdzieś w Sudetach, a jego samochód stoi w garażu, zbierając kurz i rdzę.
   Początkowo droga była dość wyboista. Kiedy jednak wjechałem na asfalt, komfort podróży był o wiele większy. Podczas wyprawy, mijaliśmy wiele opuszczonych pojazdów wypełnionych krwią. Zdarzyły się też takie, w których nadal znajdowali się martwi ludzie. Przejeżdżając obok, czułem ich wzrok, podążający za nami.
   Do miasta nie było daleko, a w baku znajdowało się sporo paliwa. Jeżeli po drodze nie trafimy na przykre niespodzianki, to na miejscu będziemy około godziny 18.
   Od czasu do czasu spoglądałem na siedzącą obok Angie. Miałem nadzieje, że lek, który jej dostarczyłem, pomoże i za chwilę się ocknie. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale częściej patrzyłem na nią, niż na drogę. Tak naprawdę została mi już tylko ona. Wszyscy inni, których znałem, nie żyją. Sylwia… Karol… Sara… Krzysiek… Kasia… Mich… Zaraz! Gdzie jest Michał!?
   Gwałtownie zahamowałem. Na szczęście pamiętałem o tym, by zapiąć Angie i siebie pasami bezpieczeństwa. Kiedy stanąłem w miejscu, z tyłu dobiegło stłumione „ałć”. Wyciągnąłem broń i celując w stronę tylnego siedzenie, dostrzegłem ruch, pod znajdującym się tam kocem. Ostrożnie, lecz stanowczo zdjąłem go i moim oczom ukazał się chłopiec.
   – Michał!
   – Gdzie my… ała moja głowa – cały czas masując się po głowie, z oczu dziecka wydobyć można było wiele pytań.
   – Nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że tu jesteś!
   – Gdzie jedziemy? – mówił tak, jakby moje słowa całkowicie do niego nie docierały – i gdzie jest Kasia?
   – Posłuchaj mnie – zacząłem niepewnym głosem – twoja siostra jest teraz w lepszym miejscu. Poszła spotkać się z waszą mamą, by wspólnie modlić się w twoim imieniu.
   – Ale… – nie zdążył dokończyć zdania. Łzy natychmiast pojawiły się na twarzy malca.
   – Nie płacz, proszę – nie byłem w stanie przebić się przez lament Michała.
   Płacz przerodził się w krzyk przerażenia, gdy do szyby samochodu zaczął dobijać się zombie. Nie było czasu na postój, za chwilę mogły zjawić się kolejne. Trzeba ruszać w dro… Było już za późno. Przed przednią maską, zdążyła zebrać się liczna grupa trupów. Przez rozpacz Michała, nie słyszałem jak podchodzili. wyliczyłem około 15-stu. Wystarczająco dużo, by normalny samochód nie miał jak się przez nich przebić. Już traciłem nadzieję, kiedy uświadomiłem sobie, że nie siedzę w zwykłym aucie, tylko w wojskowym pojeździe z napędem na cztery koła.
   – Trzymajcie się – powiedziałem to w stylu bohatera kiepskiego filmu akcji, szykującego się na ucieczkę przed policją.
   W wozie zapanowała cisza. Jedyny dźwięk, jaki był teraz w środku, to dźwięk dociskania gazu do dechy i gwałtownego ruszenia. Turbulencję były nieuniknione. Na zewnątrz, słychać było trzask łamanych kości. Scena nie należała do najprzyjemniejszych, ale czułem fascynację z tego, że tym razem nam się udało, bez żadnych większych problemów.
   Niestety ulga trwała krótko. Nagle doznałem dziwnego odrętwienia nóg. Niby nic strasznego, ale cały czas trzymałem stopę na gazie i nie mogłem jej zdjąć. Dobrze, że mogłem poruszać rękami i w miarę możliwości, skręcać pomiędzy przeszkodami, stworzonymi z opuszczonych pojazdów na drodze.
   Kierowałem w ten sposób, z każdą sekundą nabierając prędkości. Obraz zaczął mi się zlewać, a skala na prędkościomierzu sięgała już 140 km/h. Po dwóch minutach takiej jazdy, całe odrętwienie ze mnie zeszło. Niestety było już za późno. Przed nami wyrosła wielka ciężarówka. Jedyna szansa istniała w próbie wyminięcia pojazdu. Refleks miałem całkiem dobry, więc w porę obróciłem kierownicę w lewo. Wykonując manewr, wszystko poszło tak, jak być powinno, ale niestety tył auta uderzył w TIR’a i dachowanie było nieuniknione.
   Moment zderzenia wyhamował auto którym jechaliśmy, ale nie zmienia to faktu, że wykonaliśmy dwa i pół obrotu, lądując na końcu kołami do góry.
   Wszystko było niewyraźne i zataczało okręgi wokół własnej osi. Siedziałem tak przypięty z nogami ku niebu, a ręce swobodnie mi zwisały, dotykając dachu auta.
   Wydawało mi się, że mija wieczność, że to właśnie tutaj przyjdzie mi doczekać się śmierci.
   Poczułem jednak, że ktoś majstruje mi przy pasie. Pomimo stanu, w którym byłem , wiedziałem, że to się dzieje naprawdę. Udało się. Pas ustąpił, a ja wypadłem z siedzenia. Momentalnie mnie to obudziło. Jednocześnie ktoś chwycił mnie za ramię i wyciągnął z tego, co zostało z wojskowego samochodu terenowego. Świat się jeszcze kręcił, ale wyraźnie widziałem twarz zbawcy. A raczej zbawczyni. Nie był to nikt inny, jak Angie.

2. Powrót Do Świata Żywych

   – Ty żyjesz! – nie zważając na okoliczności, przytuliłem ją tak mocno, jak tylko mogłem.
– Michał nie żyje… – to właśnie były pierwsze słowa, jakie wypowiedziała Angie.
Mój uścisk zelżał. Odsunąłem się i popatrzyłem jej w oczy. Cały czas nie wyglądała dobrze, ale przynajmniej mogła być tutaj, a nie w świecie snów.
– Co się dokładnie stało? Pamiętam tylko jak… byłam na dole… i… jezu, co się wtedy ze mną stało?
– Jak się poznaliśmy, zapomniałaś wspomnieć, że masz cukrzycę i brak Ci leków.
– No tak…
– Dobra, nie pora na to. Jest zbyt niebezpiecznie by prowadzić jaką kolwie… – Nie zdążyłem dokończyć zdania. Atak mdłości zaatakował znienacka. Upadłem na kolana i zwymiotowałem krwią – bo niczym innym już nie miałem jak.
– Ty chyba też o czymś nie powiedziałeś? – Stała nade mną, obserwując całe zajście. Od śmierci Krzyśka, zniknęła stara, uczuciowa Angie. Na jej miejscu pojawił się cień człowieka, którym była. Nic dziwnego. Kiedy rano straciłem Sylwie, miałem dokładnie to samo.
– Masz rację. Musimy pogadać, ale najpierw znajdźmy bardziej przytulne miejsce – mówiąc to, wycierałem rękawem krew, jaka mi została w okolicach ust.
– Jakiś pomysł?
Okolica wyglądała całkiem niewinnie. Niestety nie mogliśmy być tego pewni. Nie raz w takich miejscach ginęli ludzie podczas polowań. Trzeba być czujnym 24 godziny na dobę, niezależnie od miejsca, w którym się obecnie znajdowało. Umarli mogli uderzyć, zawsze i wszędzie, niezależnie od pory dnia.
– Chyba musimy iść pieszo do miasta. Po drodze nie ma nic, gdzie moglibyśmy się zatrzymać, poza tym… – Tutaj się zawahałem.
– Ile mamy czasu? – nie czekając na kontynuację, Angie zadała pytanie.
– Z każdą godziną jest trudniej. Mam częste ataki mdłości, skurcze mięśni, parę razy prawie zemdlałem i jeszcze…
– Odpowiedź mi na pytanie – Jej ton był przerażający.
– Jakieś 14 godzin.
– Wystarczy – mówiąc to, Angie ruszyła przed siebie. Nie spodziewałem się, że pomoże mi wstać, ale myślałem, że chociaż na mnie poczeka.
Kiedy już nie miałem nic do zwrócenia, wstałem i podbiegłem do niej, by nie zostać w tyle.
– Poczekaj! – nie mogłem sobie pozwolić na szybki bieg, byłem wykończony.
W jednej chwili stanęła i powoli się odwróciła w moim kierunku. Czułem, że jej oczy strzelają ogniem.
– Posłuchaj mnie uważnie. Wiem co ci dolega. Kiedyś z Krzyśkiem spotkaliśmy osobę, która miała dokładnie to samo. Miałam nadzieje, że się mylę w diagnozie, ale niestety to prawda. Z jednej strony jestem na ciebie wściekła, bo przyczyniłeś się do śmierci mojego brata. Jednak wiem, że gdyby nie infekcja, uratowałbyś go. Chcę ci pomóc, bo w jakimś stopni mi na tobie zależy. Dotrzyjmy tam jak najszybciej, by mieć ten problem z głowy.
Nie spodziewałem się usłyszeć tego od niej. Stałem tak wmurowany. Nie wiedziałem co powiedzieć. Wydawało mi się, że znienawidziła mnie za to wszystko. Myliłem się, ale cholernie się z tego cieszyłem. Mimo, iż zewnętrznie nie było tego po mnie widać, w środku czułem ulgę i pierwszy raz od początku podróży spadł ze mnie pewien ciężar.
– Kto to był?
– Teraz to chyba mało istotne. Czasu mamy coraz mniej, a ja nie mam zamiaru cię nosić. Niedługo nawet oddychanie będzie sprawiało ci trudność.
Najwidoczniej ten ktoś nie miał szczęścia, z odnalezieniem leku.
– Od kiedy wiesz?
– Ostatecznie przekonałam się, wtedy przy ognisku. Nikt tak nie boi się ognia, jak trup czy osoba zainfekowana.
– Faktycznie. Zawsze ogień kojarzył mi się z czymś dobrym. Wtedy jak na niego popatrzyłem… to było przerażające, chyba nawet bardziej niż wysokość, której się boje od zawsze.
– Nikt nigdy nie próbował ich zrozumieć. A nawet jeżeli tak, to pewnie teraz błąka się razem z nimi.
– Nikt? Nawet ty?
– Każdy ma swoje zdanie na ten temat. Jedni uważają, że to są nadal ludzie i próbują im pomóc za wszelką cenę. Inni natomiast już dawno się pogodzili, że nadszedł koniec świata. Teorii jest tyle, ile ludzi na ziemi.
Pomyślałem sobie o tych wszystkich nieszczęśnikach, którzy przechodzili dokładnie to samo co ja. Już wiem na czym ma polegać moja misja. Muszę zdobyć lek i pomóc ludziom. Może brzmiało to jak scenariusz tandetnego horroru kategorii B, ale wierzyłem w to. Wierzyłem do póki ona była obok.
– Boje się być jednym z nich.
– Spokojnie – odwróciła się w moją stronę obdarzając mnie uśmiechem – damy radę.

3. Labirynt Martwych

   Całą droga była zawalona wrakami samochodów. Nawet gdyby nasz pojazd nie rozbiłby się wcześniej, to i tak teraz musielibyśmy go porzucić.
   – Widzisz ich? – Angie wskazała grupkę trupów, znajdujących się jakieś 200m od nas.
   – O kurwa… ciężko będzie ich ominąć.
   W tym momencie blask w oczach Angie świadczył o tym, że ma pewien pomysł. Nie pytałem o co chodzi. Byłem w stanie jej w pełni zaufać.
   – Módl się, by w jednym z tych wraków było dość benzyny by wypełnić to – w tym momencie Angie wyjęła z plecaka szklaną butelkę – wiedziałam, że mi się to jeszcze przyda.
   Najciszej jak tylko mogliśmy, podeszliśmy do powywracanych aut. Wszędzie było szkło, przez co nasza zdolność bezgłośnego poruszania się była nieco zmniejszona. Najwidoczniej zombiaki zajęte były konsumowaniem jakiegoś nieszczęśnika.
   – Dobra, tamten po prawej wygląda na najmniej naruszonego, możesz go sprawdzić? Masz tutaj rurkę do odciągnięcia paliwa – Otrzymałem od Angie gumową rurkę. Miała jakieś 50cm długości – ja zostanę tutaj i cały czas będę osłaniać twoje tyły.
   Wprawdzie nigdy tego nie robiłem, ale to nie mogło być tak trudne. Podczołgiwałem się pod niebieskiego Forda, cały czas starając się omijać roztrzaskane szyby na ziemi. Samochód był nowy, więc by móc otworzyć wlew paliwa, najpierw musiałem uruchomić specjalną wajchę przy przednim siedzeniu. Wyjrzałem delikatnie ponad auto, by nie mieć nieprzyjemnej niespodzianki, ale widziałem, że Angie cały czas ma na mnie oko. Patrząc w jej stronę uśmiechnąłem się i kontynuowałem akcje. Nie zdążyłem nawet zobaczyć czy odwzajemniła uśmiech. W porównaniu z innymi, ten model zachował się naprawdę dobrze. Liczba stłuczeń, zadrapań i śladów krwi była znikoma. Chwyciłem za klamkę, ale drzwi były zamknięte. Spróbowałem jeszcze raz, tym razem trochę mocniej i stało się to czego obawiałem się najbardziej… alarm zaczął wyć jak szalony. Zakląłem w myślach i spojrzałem na Angie. Od razu wiedziałem, że niebawem będziemy mieć spore towarzystwo.
   – Cholernie zmieniłeś nasz plan. Masz coś w zanadrzu?
   W mojej głowie była kompletna pustka. Patrzyłem tylko, jak znana już nam grupka trupów, zbliża się do wywołanego przeze mnie hałasu. Dostrzegłem, że nie tylko one nas usłyszały. Coraz głośniejsza rozpacz zmarłych, nabierała siły z każdej strony. Wyglądało na to, że jesteśmy w niezłych opałach.
   – Musimy poruszać się po tych wszystkich samochodach przed sobą.
   – Dasz radę w tym stanie?
   – A mamy inne wyjście? Są coraz bliżej, a tylko tam możemy je zgubić.
   Bałem się, że podczas ucieczki mogę zasłabnąć. Moje mięśnie mogą odmówić posłuszeństwa, lub coś innego, co i tak zakończy mój żywot.
   – Dobra, nie ma co czekać, ruszajmy!
   Tak oto zaczęliśmy podążać „martwym labiryntem” stworzonym przez rozbite i powywracane auta. Po drodze czekało nas wiele niespodzianek, jak ślepe zaułki, lub pojedyncze trupy. Poruszaliśmy się tak szybko, jak to tylko było możliwe. Starliśmy się unikać strzałów, by nie zwołać więcej zombie. Poza tym w tym momencie, każdy nabój był na wagę złota.
   Powoli robiło się mniej pojazdów i coraz bardziej widać było dalszą drogę. Jednak nauczyłem się, że w obecnym świecie nic nie jest tak kolorowe, jak by się mogło wydawać. Ani ja, ani Angie nie zauważyliśmy trupa, czającego się za jednym z samochodów, który był obok nas. Zanim cokolwiek zrobiliśmy, jego zęby zatopiły się w ramieniu Angie. Nawet, kiedy wystrzeliłem pocisk w jego kierunku, to jeszcze przez dwie sekundy trzymał się ramienia. Dopiero po tym czasie upadł ponownie martwy.
   Mocno trzymając ranę, spojrzała w moją stronę i powiedziała.
   – Od teraz jesteśmy w tej samej drużynie.
   Z każdą sekundą bladła coraz bardziej. W tym momencie znalezienie leku, było bardziej konieczne niż kiedykolwiek.

4. Pogoń

   W tym momencie nikt nie rozumiał mnie lepiej niż ona. Gdy ją poznałem bałem się powiedzieć o infekcji. Teraz sama musi z nią walczyć. Może nie do końca, ponieważ byłem obok. Tak czy inaczej trzeba było działać.
   – Ja nie wiem co…
   – Nic nie mów. Zamiast użalać się nad sobą, po prostu chodźmy – pomimo całej sytuacji, Angie była bardzo spokojna.
   Zegarek wskazywał 18:24. Powoli zaczynałem widzieć podwójne, niczym osoba po dużej ilości alkoholu. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem jakikolwiek „procent” w ustach. Ludzie przestali go pić, by cały czas być trzeźwo myślącymi. Raz słyszałem, jak grupka gówniarzy zaszyła się daleko od obozu z butelką gorzały. Trupy szybko ich odnalazły Z sześciu osób, pozostała tylko jedna.
   Tęsknie za audycją Alexa i tymi wszystkimi wiadomościami ze świata. Ciekawi mnie jednak, skąd on brał te informację, skoro sam nie mógł podróżować? Mam nadzieje, że będę miał okazję się tego dowiedzieć.
   Z daleka widzieliśmy już zarys miasta, a to oznaczało, że zbliżaliśmy się powoli do celu. Ciepło wewnątrz mnie mogło oznaczać ekscytację, albo objaw infekcji. Stawiałem na to pierwsze.
   – Wiesz jak dalej iść? – Słowa Angie przerwały ciszę, która towarzyszyła nam od pewnego momentu.
   – Jeżeli wirus nie dojdzie do mózgu i nie skasuje mi pamięci, to trafię bez problemu.
   – To dobrze. Chyba nie byłoby czasu na szukanie celu. Warszawa jest spora, a czasu  coraz mniej.
   – Masz rację.
   Wypowiedzenie jakiegokolwiek słowa, zaczynało sprawiać mi lekkie problemy. Jednak zaczynałem się przyzwyczajać. To co początkowo było nierealne, stało się codziennością. Nie minął jeszcze jeden dzień, a ja czułem, jakbym żył z wirusem od lat.
   – Jesteśmy przy granicy z miastem, a ja nie widziałam żadnego zombiaka, odkąd pojawiło się to – palcem wskazała miejsce ugryzienia.
   – Faktycznie coś tu pusto.
   – Nie podoba mi się to.
   Dobrze, że teraz jest lato. Gdyby była inna pora roku, zapewne o tej godzinie powoli zaczynałoby się ściemniać. Przed nami jeszcze kawałek drogi, a po ciemku byłoby zdecydowanie trudniej.
   – Nawet powietrze wydaje się czystsze.
   – Dobra, na następnym skrzyżowaniu musimy skręcić w prawo.
   Nie usłyszałem żadnej odpowiedzi. Angie stała się czujniejsza niż zwykle. Zerkała w każdy możliwy kąt. Prawdę mówiąc, powinniśmy się cieszyć, że nie ma tu trupów, ale skoro tak jest, to znaczy, że ktoś musiał się ich pozbyć.
   Kiedy w grę wchodzą budynki, może to oznaczać ukryte kryjówki ocalałych, a ci nie zawsze są pomocni – o czym nie raz mogliśmy się przekonać.
   Zbliżaliśmy się do momentu, w którym mieliśmy skręcić, ale wystarczyło, że wyszliśmy lekko za budynek, by z powrotem się za niego cofnąć.
   Wychyliliśmy się i naszym oczom ukazała dziewczyna, otoczona przez jakichś ludzi. Nie wyglądali na martwych. Najwidoczniej byli to obecni mieszkańcy okolicy. Kobieta, do której się zbliżali, wyglądała na przerażoną. Musiała się zgubić i wpaść na tych gości. Scenariuszy jest wiele, ale finał praktycznie zawsze taki sam – przynajmniej jeżeli chodzi o płeć piękną.
   – Pomocy! Niech mi ktoś… Ej wy tam! Proszę pomóżcie mi!
   Momentalnie po tych słowach, cała zgraja bandytów odwróciła się w naszym kierunku. Zakląłem pod nosem, bo teraz wiedzieli gdzie jesteśmy i wątpię by puścili nas bez żadnego problemu.
   – Łapcie ich!
   W jednym momencie pięciu facetów ruszyło w naszą stronę. Nie było czasu na zastanowienia. Trzeba było uciekać.
   Na szczęście mieliśmy przewagę odległości o jakieś 100m. Złą wiadomością był jednak fakt, że my byliśmy zainfekowani, a oni nie. Mogło to bardzo przeszkadzać w ucieczce.
   Biegliśmy w kierunku, z którego przyszliśmy i od razu skręciliśmy w mniejszą uliczkę po lewej stronie, mając nadzieje, że będzie tam coś, co pomoże nam się ukryć. Adrenalina uwolniła się w moim organizmie, dlatego nie miałem problemów z bieganiem. Gdyby tak się nie stało, zapewne dołączyłbym do tamtej dziewczyny.
   Pod żadnym pozorem nie przerywaliśmy ucieczki.
   – Po prawej!
   Angie pierwsza zauważyła drzwi, które prawdopodobnie były tylnym wyjściem jakieś knajpy. Nie wahając się ani sekundy, z impetem wpadliśmy do środka – na całe szczęście drzwi nie były zamknięte.
   Pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy, niegdyś było magazynem. Teraz każda półka świeciła pustkami. Wątpię by w jakimkolwiek miejscu w okolicy, została chociaż jedna puszka, czy inna rzecz, niezbędna do przetrwania.
   – Tam!
   Tym razem ja zauważyłem dalsze przejście. Zanim jednak tam się udaliśmy, przewróciliśmy najbliższą szafkę tak, by uniemożliwiła dostanie się do środka. Jako iż nie było na niej nic, ważyła niewiele i bez trudu udało nam się ją ruszyć. Kiedy drzwi się otworzyły, spadający mebel od razu je zamknął. Słychać było upadek jednego z nich, co bardzo nas ucieszyło. Niestety w głowie cały czas miałem myśl, że skoro oni tutaj żyją, znają każdy budynek jak własną kieszeń. W takim wypadku nigdzie nie byliśmy bezpieczni i było kwestą czasu, by dostali się do nas.

5. Miejsce Spoczynku

   Wraz z Angie byliśmy krok od paranoi. Wszędzie było tak cicho, że słyszałem dźwięk poruszającej się własnej klatki piersiowej, podczas oddychania. Byliśmy na przegranej pozycji, bo atak mógł nastąpić w każdej chwili. Wystarczyłoby mrugnąć, a moje bezwładne ciało osuwałoby się na ścianie, pozostawiając tylko plamę z krwi.
   – Co robimy?
   To już nie był szept. To był bardziej ruch warg.
   – Nie wiem.
   Każdy krok mógł być tym ostatnim. W mojej głowie, cały czas powstawały scenariusze tego, co za chwilę może się wydarzyć. Żaden z nich nie zakładał, że przeżyjemy.
   – Słabo mi.
   Popatrzyłem na Angie. Była bardziej blada niż ja, a przecież miałem nad nią przewagę czasu walki z infekcją. Nie mogła teraz zemdleć.
   – Muszę się czegoś napić.
   Nie był to dobry moment na piknik, ale faktycznie trzeba było coś znaleźć i to prędko, zanim będzie za późno.
   Powoli wyszliśmy drzwiami z magazynu. Naszym oczom ukazał się wąski korytarz. Dokładnie przed nami było wejście na salę, zabezpieczone drzwiczkami rodem z westernowej knajpy. Natomiast po lewej, ewidentnie musiała być kuchnia. Nie było tu żadnych okien, ani możliwości przejścia z zewnątrz do środka. Trochę mnie to uspokoiło, bo przynajmniej teraz mogliśmy być stosunkowo bezpieczni.
   – Myślisz, że nadal nas szukają?
   – Sądzę, że tacy jak oni, nie przepuszczą tutaj nikogo żywego.
   Zapadła chwila ciszy. Najwidoczniej oboje zastanawialiśmy się nad tym, do czego zdolni są ci ludzie. Gdyby była taka możliwość, to spytalibyśmy kobiety, która chcąc ratować siebie, skazała nas na ucieczkę. Prawdopodobnie leży teraz martwa tam, gdzie ją ostatnio widzieliśmy.
   – Mimo to uważasz, że…
   Potworny huk dobiegł jakby nad nami. Był to piętrowy budynek, więc musieli dostać się tutaj jakimś oknem na górze. Teraz już byliśmy pewni, że są w środku.
   – Czemu weszli tamtędy, a nie jakimś normalnym wejściem?
   – To ich teren. Wiedzą jak się tutaj poruszać i pewnie to jest najbezpieczniejsze rozwiązanie.
    – Kurde…
    Mało powiedziane… Nie czułem się tak zagrożony od momentu, w którym spotkałem dowódcę. Fakt faktem było to niedawno, ale w obecnych okolicznościach, pojęcie czasu było bardzo względne.
   – Chodźmy do kuchni.
   Jak powiedziałem, tak zrobiliśmy. Każdy krok stawialiśmy z jak największą precyzją, by nie było nic słychać. Zarzuciłem sobie ramię Angie, chcąc pomóc jej w sprawnym przemieszczaniu się. Sam nie byłem pełni sił, ale czułem się zdecydowanie lepiej, niż ona. Może to, iż wcześniej była w pewnego rodzaju śpiączce, sprawiło, że jej organizm gorzej radził sobie z wirusem niż mój. Wychodzi na to, że czas do przemiany, w dużej mierze zależy od tego, w jakim stanie jest osoba przed ugryzieniem. Miałem tyle szczęścia – chociaż brzmi to dość irracjonalnie – bycia zarażonym po przespanej nocy, a Angie… no cóż, głodna, zmęczona i psychicznie osłabiona przez stratę brata. W połączeniu musiało być to naprawdę nieciekawe.
   Kiedy minęliśmy próg pomieszczenia, będącego miejscem przyrządzania obiadów dla ówczesnych gości, okazało się, że trafiliśmy na ślepy zaułek. Poza urządzeniami, typowymi dla takiego miejsca, były tu tylko drzwi do kanciapy, w której musieli przechowywać różnego rodzaju warzywa. Z zawieszoną na mnie Angie, udałem się właśnie tam. Czułem, że jest to z góry skazane na porażkę, ale czy miałem jakieś inne wyjście? Może jakimś cudem nie zauważyliby nas tutaj.
   Chwiejnym krokiem stanąłem przed drzwiami, zastanawiając się, czy aby na pewno nie ma innej możliwości. Kiedy uznałem, że tylko to nam pozostaje, nacisnąłem lekko klamkę. Ze środka doszedł do mnie nieprzyjemny zapach. Zanim mogłem go dokładniej sprecyzować, ktoś za mną kopnął mnie na tyle mocno, bym wpadł do wnętrza.
   Usłyszałem dźwięk przekręcanego w zamku klucza i śmiech co najmniej trzech mężczyzn. To była pułapka, a sądząc po zawartości pomieszczenia, nie tylko my daliśmy się przechytrzyć.
   Nie zważając na nic, podbiegłem do drzwi i zacząłem uderzać w nie z całej siły. Byłem wściekły, że dałem się zrobić jak dziecko.
   – Wypuśćcie nas!
   – Daj spokój, to nie ma sen…
   Angie nie dokończyła zdania, ponieważ odruch wymiotny był o wiele silniejszy. Jak się okazało, swąd, który poczułem wcześniej, należał do rozrzuconych wszędzie części ludzkich organów. Wszystko było podgniłe i wydobywało niesamowity smród. Nic dziwnego, że Angie wymiotowała. Mi też zaczynało się zbierać, ale nie było to tak silne.
   Miałem pustkę w głowie. Dopiero teraz zauważyłem, że mój zegarek pękł i nie można było odczytać godziny. Oznaczało to, że nie wiedziałem ile już tu siedzimy. Na oko minęło dwadzieścia minut, kiedy zamek ponownie wydał dźwięk. Ktoś był po drugiej stronie i je otwierał.

6. Tylne Wyjście

   Serce waliło jak szalone. Kto mógł być po drugiej stronie? Może wrócili się, by jednak skończyć nasze męki? To wydawało się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
   Czas zwolnił. Drzwi otwierały się w nieskończoność. Ich zgrzyt przelatywał z jednej części głowy do drugiej. To nie miało końca.
   Osoba stojąca po drugiej stronie, sprawiła mi wielką radość. W końcu los się do mnie uśmiechnął, a raczej zrobiła to twarz młodej dziewczyny, z którą nie tak dawno się widziałem.
   – Gośka!? Co ty tu robisz!? – ekscytacja w moim głosie, niosła się po cały pokoju.
   – Bądź ciszej – jej głos był ledwo słyszalny nawet dla mnie, a przecież stałem obok – nie wiem czy już wyszli.
   – Co ty tu robisz? – opanowałem radość i zniżyłem częstotliwość głosu do minimum.
   – To nie ma teraz znaczenia. Chodźmy zanim… – zamilkła, kiedy jej oczom ukazała się Angie – to pewnie ta twoja przyjaciółka? Wygląda na to, że jest dużo lepiej.
   – A ty to…? – Wycierając resztki wymiocin, podeszła do nas.
   – To jest Małgośka, dzięki niej zdobyłem magiczne jabłko, które wybudziło cię ze snu, królewno.
   – Miło mi cię poznać – Małgośka jako pierwsza wyciągnęła dłoń.
   – Przed chwilą wymiotowałam, chyba obejdzie się bez tego.
   Po tych słowach Gośka automatycznie schowała wyciągniętą wcześniej rękę.
   – Może i masz rację – prawdopodobnie była nieco zniesmaczona, ale nie było po niej tego widać.
   Nastała niezręczna cisza, ktoś musiał ją przerwać i wychodziło na to, że tym kimś musiałem być ja.
   – Pogadamy i lepiej się poznamy, jak stąd uciekniemy. Jak tutaj weszłaś?
   – Chodźcie za mną.
   Czułem, że mogę jej zaufać, dlatego od razu ruszyłem. Angie zajęło to dwie sekundy dłużej.
   Kiedy ostrożnie wychodziliśmy z kuchni, okazało się, że Gośka weszła tu zupełnie inną drogą. Zamiast iść w prawo, poszliśmy w lewo. Odchyliliśmy drzwiczki prowadzące na salę, i spokojnym krokiem, weszliśmy do niej. Schody, które były tuż przy wejściu, wyjaśniały jak nasi prześladowcy znaleźli się na dolnym piętrze.
   – Pochylcie się i miejcie oczy szeroko otwarte.
   Tak też zrobiliśmy. Szliśmy mijając kolejne stoliki, które pokryte były różnego rodzaju zadrapaniami, oraz sporą ilością wyschniętej krwi. Będąc w obozie nie myślałem, że kiedykolwiek powrócę do miasta. Starałem się omijać takie miejsca szerokim łukiem. Przeznaczenie chciało jednak inaczej. Zostałem wystawiony na próbę, w której nagrodą jest moje życie – te bez wirusa.
   Będąc w tym pomieszczeniu, nie przeraża mnie fakt, że w każdej chwili mogą nas złapać i z powrotem zamknąć w tej dziupli. Nie rusza mnie nawet to, że cały czas krążą żywe trupy, chcące pożreć nas wszystkich. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ludzkość nigdy nie będzie taka sama.
   – Dobra, to tam – palec Gośki wskazał jedną z ławek.
   – O czym ty mówisz?
   – Zobaczysz, a teraz szybko…
   Nim dokończyła zdanie, hałas z góry dotarł do naszych uszu.
   – Kurwa, są tutaj…
   Nie zastanawiając się dłużej, wszyscy schowaliśmy się za najbliższym stolikiem. Lekko wychyliłem głowę, by móc wszystko zobaczyć.
   Tym razem zamiast pięciu facetów, było ich tylko trzech. Zapewne profilaktycznie poszli sprawdzić co z nami. Zdziwią się, że nas tam niema, tylko w tym czasie musimy stąd wiać. Kiedy minęli próg, mieliśmy jakieś dziesięć sekund na działanie.
   – Szybko! – Ponagliła Gośka, cały czas nie podnosząc głosu.
   Ruszyliśmy w kierunku, wcześniej wskazanego przez nią. Wychodziło na to, że nasze wyjście, jest za tym fotelem.
   – Coraz mniej czasu, Dawid daj mi swój pistolet, zatrzymam ich.
   Nie wahając się nawet przez sekundę, wyjąłem glocka i rzuciłem go do Angie. Zadaniem moim i Gośki, było stworzenie drogi ucieczki.
   – Kurwa! Gdzie oni są?! – to był wyraźny znak, że skończył nam się czas. A dopiero zaczęliśmy odsuwać wszystko to, co stanowiła przeszkodę dla naszego wyjścia. Miałem nadzieję, że Angie da radę ich unieszkodliwić na dłużej.
   – Szybciej, zaraz tu będą – Pierwszy strzał padł z naszej strony, znaczyć to mogło tyle, że mieliśmy przewagę poprzez zaskoczenie. Nie wiem jak długo to się utrzyma i tym bardziej nie wiem ile naboi zostało w moim magazynku.
   – Są tutaj!
   Dziura stawała się coraz bardziej wyraźna. Jak na razie przecisnąć się mogło przez nią tylko dziecko, więc pchaliśmy dalej. Czułem ja krew odpływa mi z mięśni. Stawałem się coraz słabszy, ale nie poddawałem się tak łatwo. Myśl o tym, co mogli nam zrobić po złapaniu, była wystarczająco motywująca. Nawet nie chodziło tutaj o mnie, ale Angie… a teraz i  Gośka… nie mogłem ich zawieść… musiałem…
   – Jest! Angie szybko!
   Jednym zwinnym ruchem, Angie odwróciła się, jednocześnie unikając nadlatujących pocisków. Wiele z nich było blisko, ale żaden nie trafił. Robiąc wślizg rodem z kina akcji z normalnego świata, Angie już byłą na zewnątrz. Następna poszła Gośka, a na końcu ja. Strzały nie ustawały, tylko widzieliśmy dziury po wystrzelonych nabojach za nami.
   – Uciekamy!
   Tak o to po raz kolejny uciekliśmy od zagrożenia… i to nie ze strony zombie, a ze strony ludzi. Ta myśl coraz bardziej mnie dołowała.