Category Archives: Rozdział VII

1. Co Trzy Głowy To Nie Jedna

   – Co ty tu robisz?
– Pomyślałam, że będziecie potrzebować pomocy, a te okolice znam jak własną kieszeń. Poza tym… – w tym momencie urwała na chwilę, a na jej twarzy pojawił się uśmiech – miałam ochotę na odrobinę przygód.
– No to u nas ich nie brakuje – mówiąc to, Angie wydawała się dość wesoła.
– A tobie co się stało? – wzrok Gośki utkwił na ramieniu Angie, z którego cały czas leciała krew.
Zanim cokolwiek odpowiedziała, najpierw uniosła głowę i spojrzała na mnie. Nie musieliśmy nic mówić, by porozumieć się w tej chwili.
– To jest przyczyna naszych nieustających przygód – powiedziałem, podwijając rękaw koszuli – tak samo jak to – wskazałem własną ranę.
– Czy to…
– Tak.
Na chwilę nastała grobowa cisza. Mina Gośki była nieco zaskoczona, ale na pewno nie przerażona.
– Nadal chcesz z nami wyruszyć w drogę?
Jej wzrok padał raz na mnie, raz na Angie i tak w kółko. Widziałem, że waha się przed podjęciem decyzji. W sumie nie było czemu się dziwić. Kto normalny od tak zgodzi się na podróż z dwiema zainfekowanymi osobami? Na pewno nikt normalny.
– Sama nie wiem… Ale chyba musi być ktoś, kto w razie potrzeby przerwie waszą przemianę w to – wyprostowała rękę i wskazała na dwa trupy podążające w naszym kierunku.
– No to witaj w drużynie zainfekowanych – tym razem to ja się uśmiechnąłem i podałem swój pistolet Gośce. Bez zastanowienia wzięła go i odwzajemniła uśmiech.
Wystarczyły dwa strzały, by pozbyć się zagrożenia. Najwidoczniej mieszkając z Alexem dużo się nauczyła o przetrwaniu w dzisiejszym świecie.
– Dobra wiejmy stąd. Wątpię by to były jedyne umarlaki w okolicy.
Teraz nasza drużyna powiększyła się jedną osobę. Bardzo mnie to ucieszyło. Zawsze byłem osobą lubiącą towarzystwo innych. Typ samotnika był mi zupełnie obcy. Mam nadzieje, że nie popełniliśmy błędu.
Po trzydziestu minutach podróży, Angie znowu dostała ataków nudności. Sam pamiętam początki infekcji. A teraz? Chyba moje ciało zaczynało ją akceptować.
Zatrzymaliśmy się i postanowiliśmy coś zjeść. Ostatni posiłek jedliśmy chyba jeszcze z Krzyśkiem. Na samą myśl, przypomniałem sobie nasze ostatnie spotkanie. To wszystko co mówił… znowu poczułem jak wszystko we mnie wrze. Pomimo to nie straciłem apetytu i nie dałem po sobie tego poznać.
– Zabrałam ze sobą parę dobroci – otwierając plecak, naszym oczom ukazał się widok wielu puszek z fasolką oraz mielonką – prawdziwe rarytasy końca świata.
Angie od razu zbladła i poszła wymiotować.
– Kiedy została pogryziona?
Spojrzałem na zegarek, ale zapomniałem, że przestał działać.
– A którą mamy godzinę?
– Jest 18:53.
– No to jakieś trzy godziny temu
– I ile trwa zanim…
– Zanim się przemieni? Normalny człowiek potrzebuje około 24 godzin. W jej przypadku myślę, że potrwa to nie dłużej niż 12.
– A ty?
Na samą myśl, że zaraz minie połowa doby z infekcją, zrobiło mi się lekko słabo i też poczułem zbliżające się mdłości. Na szczęście udało mi się to powstrzymać i starałem się odpowiedzieć nie wzbudzając podejrzeń.
– Za parę minut będzie dwunasta godzina.
Przez jej ciało przeszedł dreszcz. Nie wiedziała co powiedzieć. Na szczęście nie poruszyła tematu rozpoczęcia zakażenia. Nie miałem ochoty teraz o tym mówić.
– Myślicie, że uda wam się znaleźć lekarstwo na ten syf?
Podniosłem głowę by spojrzeć w niebo. W okolicach mojego mózgu słyszałem jedno słowo powtarzające się echem.
– Nadzieja – zamknąłem oczy by wsłuchać się w swój głos – nadzieja to jedyna co nam pozostało. Wiem, że istnieje – ponownie skierowałem wzrok na Gośkę – widziałem je na własne oczy.
Przytaknęła na znak, że wszystko rozumie. Nie potrzebowałem słów otuchy, ani zbędnego gadania o tym, że na pewno się znajdzie. Wiedziałem, że tak się stanie. To była kwestia czasu. Niestety mieliśmy go coraz mniej.
W końcu z krzaków wyłoniła się Angie. Była cała zielona, ale mimo to wyglądała dobrze.
– Przystawkę mam za sobą, co jemy na główne?
Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Po chwili znowu spojrzałem na niebo i zamykając oczy, czułem jak wypełnia mnie siła, płynąca z nadziei.

2. Mechaniczna Niespodzianka

   Ugasiliśmy ognisko i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Musieliśmy wielokrotnie zatrzymywać się po drodze, ponieważ Angie cały czas wymiotowała. Sama jednak twierdziła, że czuje się dobrze.
– A co będzie jak dotrzemy na miejsce? Tak po prostu wejdziemy, weźmiemy lekarstwo i już? – ciszę przerwało pytanie Angie.
– Nie wiem. Naprawdę nie wiem – nie kłamałem mówiąc te słowa. Naprawdę nie wiedziałem co zrobić, jak już będziemy na miejscu. Tak bardzo myślałem o leku, że zapomniałem o tym jak go zdobyć.
Popatrzyliśmy po sobie. Widać było, że żadne z nas nie ma żadnego planu B. Tak więc skazani jesteśmy na los. Nasze życie zależy teraz już nie tylko od czasu, ale również od przeznaczenia. Nikt nie wiedział, że takie czasy nadejdą i większość ludzi przestała mieć nadzieje. Ale może to jest właśnie to? Może jednak warto jest wierzyć, w lepsze jutro? Jasne, jest ono zasłonięte czarnymi barwami, ale po każdym deszczu przecież jest tęcza.
– Nie ma sensu teraz się tym zadręczać, jak już będziemy na miejscu, to wtedy zobaczymy.
Widać było po twarzach dziewczyn, że nie do końca są zgodne z moim rozumowaniem. Jednak nie powiedzą teraz „nie” i wyruszą w inną stronę. Teraz mnie i Angie łączy coś większego. Coś co sprawia, że poniekąd jesteśmy na siebie skazani. To te pieprzone ugryzienia, które z każdą chwilą dają o sobie znać. Może i trzymałem się lepiej, ale nie znaczyło to, że czułem się dobrze. Teraz i mnie dopadł atak mdłości. Szybko pobiegłem do krzaków, by zwrócić resztkę obiadu.
Nie zastanawiałem się, czy w drodze spotkam jakiegoś zombiaka. Nie obchodziło mnie też to, czy odgłosy wymiotowania, przyciągnął towarzystwo. Chciałem mieć to za sobą i ruszać dalej. W tym wypadku po prostu okrążyłem krzak, znajdujący się po prawej stronie drogi. Nie musiałem mówić dziewczynom gdzie idę – zwłaszcza Angie. Kiedy w końcu ominąłem przeszkodę, od razu nudności minęły. To co zobaczyłem, totalnie mnie sparaliżowało.
– Dziewczyny! Chodźcie tu!
Nie słyszałem, by domagały się wyjaśnień. Nie krzyczałbym, gdyby nie napotkał jakiegoś umarlaka, lub nie znalazłbym czegoś, godnego uwagi całej drużyny. Nie minęły cztery sekundy, a Angie wraz z Gośką stały obok mnie wmurowane.
– To… helikopter… jakim cudem on tutaj…
Tylko tyle udało się wypowiedzieć Gośce. Zgadzałem się z nią w stu procentach. Co do jasnej cholery robił zwykły helikopter, w takim miejscu? Zrozumiałbym, gdyby to był jakiś wojskowy transportowiec powietrzny. Ale to? Na dodatek na drzwiach miał przyklejoną nazwę jednej ze stacji telewizyjnej, która zaledwie parę lat temu, była głównym źródłem informacji.
– Czy ktoś tam jest?
– Nikogo nie widzę.
Nie wyglądał na zaniedbanego, a trawa wokół niego sprawiała wrażenie „przewróconej”.
– Ktoś musiał niedawno wylądować.
– Ale chyba byśmy słyszeli?
– Najwidoczniej wylądował na tyle dawno, byśmy jednak go nie usłyszeli.
Dziwne. Naprawdę dziwne. Ludzie przemieszczający się takim transportem, mają chyba największą szansę przetrwania. Jednak znalezienie paliwa do takiego cacka, musiało być kłopotliwe. W starych filmach bohaterowie często szybowali w przestworzach, by znaleźć ostatnich żyjących ludzi. Może ci tutaj, właśnie takich poszukiwali. Czy tym razem opłaca się ryzykować? Gdybym nie zaryzykował wcześniej, to nie spotkałbym Gośki, która później ocaliła mnie i Angie. Ale innym razem skończyło się to źle. Mój potok myśli przerwała Angie.
– To co robimy? Zapoznamy się, czy spadamy?
Nie wiedziałem co powiedzieć. Cały czas nie byłem pewien, na kogo możemy natrafić. Jednak gdyby udało nam się podlecieć do szpitala, zaoszczędzilibyśmy wiele czasu. Dzięki temu moglibyśmy opracować skuteczniejszy plan zdobycia leku. Jednak jeżeli byśmy natrafili na ludzi pokroju tych z miasta… wtedy naszym przeznaczeniem będzie życie po śmierci.
– Dobra, kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.
Tym oto akcentem, Gośka podjęła za nas decyzję. Spojrzeliśmy po sobie z Angie i ruszyliśmy za nią. Cieszyłem się, że tym razem to nie ja muszę wykonać pierwszy krok. Jednak oby był słuszny.

3. Plan Do Celu (cz.1)

   Zbliżaliśmy się wolno, przemyślając wcześniej każdy ruch. Nie chcieliśmy wywołać zbędnego hałasu. Często ludzie opróżniali swoje magazynki, kiedy tylko usłyszeli nawet najcichszy dźwięk. Oczywiście w wielu wypadkach było to słuszne, bo przedwcześnie pozbyli się zagrożenia. Jednak w jeszcze większej ilości zdarzeń, kończyło się to postrzałem towarzysza, lub pozbycie się drogocennej amunicji na liść, albo wiatr. Nie stanowiliśmy zagrożenia, ale nikt poza nami tak nie myślał. Dlatego na każdym kroku trzeba być ostrożnym.
   – W okolicy nie ma nawet jednego trupa. Myślicie, że pozbyli się wszystkich?
– Na to wygląda. Jednak nie widzę nawet pozostałości po nich.
Faktycznie nigdzie nie było nic, co mogło świadczyć o ataku zombie, lub jakichś rabusiów. Podszedłem do samego kadłuba i dotknąłem miejsca, w którym ma silnik. Był jeszcze ciepły, więc nie mogli przylecieć dawniej, niż ok. dwóch godzin temu.
   – Jeżeli zobaczycie jakikolwiek ruch, od razu mówcie.
   – Jakikolwiek?
   – Tak
   – To chyba on też się liczy?
   Nagle zza maszyny wyszedł jeden z trupów. Wyglądał na dość świeżego. Wyraźny ślad ugryzienia na szyi dalej krwawił. Nie można było zbyt długo zwlekać, więc wyciągnęliśmy nóż. Cały czas trzymając go w gotowości, czekaliśmy na odpowiedni moment, w którym dało by radę bez problemu przebić mu oczodół i znajdujący się dalej mózg.
   – Lepiej stójcie tam, gdzie stoicie.
   Głos za nami musiał należeć to mężczyzny. Wyraźny był też odgłos przeładowania. Sugerowało to fakt, że tak jak i my, on również był uzbrojony.
   – Teraz podnieście ręce tak, bym je widział.
– Ale tu jest…
   – Rób co mówię! – w tym momencie padł strzał niedaleko naszych nóg – ja nie żartuje!
   Faktycznie nie żartował, dziura w ziemi była widoczna i w każdej chwili, mogła to być jedna z naszych głów. Podnieśliśmy obie ręce, w których mieliśmy ostrza. Pistolet cały czas był za moim paskiem, ale w takich chwilach lepiej było się opanować.
   – Odsuńcie się od niego powoli tak, by nikomu nie stała się krzywka.
   Nikomu!? Nawet jemu!? Cóż… mogło to świadczyć tylko jedno. Trup jest świeżo powstałym przyjacielem naszego prześladowcy, a ten jeszcze nie pogodził się z jego utratą. Było to smutne i niezbyt bezpieczne. Niemniej jednak w moim przypadku było podobnie. Jak pewnie u każdego ocalałego, który spotkał kogoś bliskiego. Właśnie to zabijało ludzi na początku epidemii. Nie strach, a litość nad stworami, które bez problemu sięgały zębami swoje ofiary. Kiedy ludzie nauczyli się, że nie można im pomóc, było za późno.
   Każde z nas odsuwało się do tyłu powoli, lecz na tyle szybko, by móc uciec umarlakowi. Nie chciałem wpaść na gościa z tyłu, ale prawdopodobnie, przesuwał się on z nami. Chciałem przemówić mu do rozsądku, że trup przed nami nie jest i nie będzie już jego przyjacielem. Jednak w takich sytuacjach, człowiek nie postępuje rozsądnie. Pogrążony jest w rozpaczy, co powoduje, że jego czyny kierowane są emocjami. W każdej chwili mógł wystrzelić, tak naprawdę bez przyczyny. Wystarczyłby najmniejszy pretekst.
   Cofaliśmy się krok po kroku, kiedy w pewnym momencie Angie – która była na początku – straciła panowanie nad kończynami i najnormalniej w świecie upadła. Trup znalazł się tuż nad nią i pomimo, iż i tak jest zainfekowana, kolejne ugryzienia na pewno nie wpłyną na nią dobrze.
   Nie zastanawiałem się długo. Pobiegłem w jej stronę i odruchowo wbiłem nóż, w głowę zombie. W końcu jak przystało na kogoś zmarłego, padł i już więcej się nie poruszył. Dopiero teraz dotarły do mnie możliwe konsekwencję mojego impulsywnego działania. Poczułem zimną stal pistoletu przy głowie. To już kolejne takie uczucie dzisiaj. Jednak nie bałem się tego, co ma się stać. Odwróciłem się w stronę celującego we mnie mężczyzny, tak, by lufa była na moim czole.
   – Mówiłem, że macie się nie ruszać!
   – Jeżeli chcesz to strzelaj, ale on już był martwy i nie mogłem pozwolić, by moja przyjaciółka do niego dołączyła.
   Przez chwilę wpatrywaliśmy się sobie w oczy. To był prawdziwy pojedynek. Sprawdzian wytrwałości człowieka. Na moje szczęście, nie ja byłem tym pokonanym.
   W pewnym momencie poczułem ulgę, płynącą z opuszczenia broni. Widać było, że nie stać go na zabicie drugiego człowieka. Nie był typem zabójcy.
   – Ja… nie mogłem się pogodzić, że odszedł – z pod opuszczonej głowy mężczyzny, usłyszałem słowa płynące przez rozpacz – to był mój najlepszy kumpel, był dla mnie jak brat… a teraz?
   – Uwierz mi, że wiem co to stracić kogoś bliskiego. Od dzisiejszego ranka straciłem 4 takie osoby.
   Nagle jego wzrok, z powrotem spoczął na mnie. Tym razem na jego twarz zagościło współczucie.
   – Naprawdę mi przykro. Przepraszam za to – ruchem ręki wskazał na pistolet – ale po prostu nie wiadomo na kogo można trafić. Wy wydajecie się w porządku. Jestem Marek – w tym momencie wyciągnął rękę, by pomóc wstać Angie.
   – Ja jestem Dawid. Te Panie tutaj to Angie i Gośka. Miło nam cię poznać.
   W końcu zeszło napięcie, które przed chwilą mogło rozwalić niejedną górę. Chwilę porozmawialiśmy na temat tego, jak się tutaj znaleźliśmy. Bałem się wspominać o infekcji mojej, czy Angie, dlatego ten temat został przez nas pominięty.
   Jak się okazało, Marek pracował kiedyś jako pilot śmigłowca telewizyjnego. Wraz z zabitym przeze mnie przyjacielem – w postaci zombie – przemierzali Polskę w poszukiwaniu jakieś cywilizacji.
   – Stanęliśmy tu na moment, ponieważ w pobliżu jest stacja paliw. Musimy uzupełnić braki, które coraz bardziej dają o sobie znać, a to jedyne miejsce, w którym mogliśmy wylądować. Niestety podczas drogi, Piotrka przyatakował jakiś trup. Pogryzł go tak mocno, że w parę sekund wykrwawił się na śmierć. Sprawca już dawno leży z postrzelonym łbem, ale nie mogłem strzelił w mojego przyjaciela.
   – Nie musisz się tłumaczyć. Ja musiałam postrzelić własną matkę, wiec wiem, jakie to musiało być trudne – Gośka próbowała pocieszyć Marka, lecz nie do końca jej się to udało.
   – Tylko ty dałaś radę, ja nie. Nie czuje się uczciwy wobec jego. Jeszcze prawie zabiłem ciebie, za to, że mnie wyręczyłeś. Powinienem ci dziękować, a nie przykładać spluwę do głowy. Wybacz.
   – Nie musisz przepraszać. Na całe szczęście nikt nie wyszedł stąd martwy… dosłownie.
   Uśmiech rozwiał smutek na twarzy Marka, lecz było to lekko wymuszone. Nie trwał on długo, ponieważ spojrzał na Angie i zauważył, że ma ona strużkę krwi na ustach.
   – Co ci się stało? Masz krew na ustach. O tutaj – pokazał miejsce krwi, tylko na swojej twarzy, jakby miała być lustrzanym odbiciem.
   Najprawdopodobniej Angie po raz kolejny zwymiotowała, tylko w tym etapie infekcji, nie miała już czego zwracać, więc pozostała żółć i krew. Trzeba było szybko coś wymyślić. Jako iż poniekąd musiałem korzystać z tej zdolności przez ostatni czas, nie miałem z tym żadnego problemu.
   – Odwiedziliśmy jeden sklep po drodze. Znaleźliśmy tam coś do jedzenia, co niekoniecznie spodobało się żołądkowi Angie. Rzyga już tak przez całą podróż.
   – Chyba mam coś na takie rzeczy. Poczekajcie chwilę.
   Ruszył do swojej maszyny, podczas gdy z dziewczynami patrzeliśmy po sobie. Nie wiedzieliśmy co przyniesie, ale wierzyliśmy, że wszelkie złe zamiary dawno zniknęły.
   – O tutaj jest! – zawołał do nas – to na pewno poprawi twój stan, z resztą nasz również.
   W dłoni trzymał szklaną butelkę z czymś, co przypominało wodę. Nie miało etykiety, by wiedzieć co to, ale wystarczyło, że odkręcił korek.
   – Bardzo dobra, polska wódka! Zostało mi trochę, więc śmiało weź łyka. To jest lekarstwo na każdą dolegliwość fizyczną, jak i psychiczną.
   Angie bez wahania chwyciła trunek od Marka. Przechyliła butelkę do góry i wzięła sporego łyka. Kiedy podała ją Gośce, wykrzywiła się jak każdy po łyku czystej.
   – Jezu, nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam w ustach coś z procentem. Teraz pamiętam dlaczego, ale to ohydne.
   Marek głośno się zaśmiał i ponaglał, by każde z nas wzięło łyka. Po Gośce byłem ja, a na końcu – jako gospodarz – Marek. Najmniej się wykrzywił, ale widać było po nim, że nigdy sobie nie żałował. Miał około 36 lat, a wyglądał na 45-50. Dla niektórych czas nie jest łaskawy. Zresztą teraz chyba dla nikogo nie jest.
   – Gdzie teraz podążacie?
   – Cóż… my… kierowaliśmy się w stronę tego ośrodka od chorób zakaźnych w Warszawie.
   Ze spokojem przyjął tą informację, lecz jego wzrok stał się pytający.
   – Potrzebujemy tam się dostać. Słyszeliśmy, że mogą być tam ludzie, którzy zechcą pomóc wszystkim tym, którzy się tam zjawią.
   – Może udałoby mi się was tam zawieść, ale nie mam wystarczająco paliwa nawet, by wzlecieć w powietrze. Pomóżcie mi, a udam się z wami do tego szpitala.
   Najpierw musieliśmy zdobyć paliwo, by potem bezpiecznie przedostać się do naszego celu. Ten układ jak najbardziej mi się podobał.

4. Plan Do Celu (cz.2)

   – Daleko do tej stacji?
   – Jakieś dwa kilometry.
   – A czy ten twój helikopter, nie potrzebuje specjalnego paliwa?
   – Tak się składa, że po tej całej pieprzonej apokalipsie, wraz z Piotrkiem przerobiliśmy to cacko, na coś, co bardziej się przystosuje do obecnych warunków. Wystarczy zwykła benzyna, jak do samochodu.
   – Naprawdę sprytnie – przyznać muszę, że dobrze to przemyśleli, bo niby gdzie teraz znaleźliby specjalne paliwo do helikoptera? Większość pewnie jest w posiadaniu wojska, a reszta została już zużyta przez ludzi pokroju Marka.
   Zanim wyruszyliśmy w drogę, zabraliśmy ze sobą parę pustych kanistrów, by spokojnie móc uzupełnić braki. Dwa niosłem ja, kolejne dwa Marek i ostatni jeden Gośka. Angie cały czas nie czułą się dobrze. Starała się nie wymiotować, by Marek nie zaczął czegoś podejrzewać. O dziwo szło jej całkiem nieźle. Zwymiotowała tylko raz, ale zasłoniła się potrzebą fizjologiczną.
   Poniekąd czułem przypływ ekscytacji. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to w końcu będę miał okazję przelecieć się helikopterem. Będąc dzieciakiem zawsze chciałem to zrobić. Szkoda tylko, że moje marzenia przyszło spełniać w tych czasach.
   – Dobra, powoli się zbliżamy do stacji. Bądźcie uważni, bo wątpię by odbyło się bez towarzystwa.
   Faktycznie na drodze stało parę trupów. Nie było ich wielu, ale nie mogliśmy narzekać na ich brak. Trzeba to było zrobić dość szybko, jednocześnie uważając na każdym kroku. Takie zadania nie były łatwe, ale po ich osiągnięciu miało się prawdziwą frajdę. Zwłaszcza wtedy, kiedy nikt na tym nie ucierpi.
   – Jakiś plan? – spytałem Marka – robiłeś to już kiedyś?
   – Jasne, że tak, ale daj mi chwilę bym o tym pomyślał – tak też zrobiliśmy, przez dłuższy moment panowała absolutna cisza, jednak nie trwałą ona wiecznie – dobra już mam. Ty Angie zostaniesz tutaj i będziesz robić za obserwatora. Ktoś się zbliży to weźmiesz ten kamień i rzucisz w tamtym kierunku. Ty Gosiu, będziesz musiała posłużyć jako wabik. Wierzę, że jesteś na tyle szybka, by nie da się złapać przez te stwory. Natomiast ja i Dawid pobiegniemy do celu i zdobędziemy to, co nam potrzeba. Wszyscy wiedzą co mają robić? – każdy z nas przytaknął głową – no to do dzieła!
   Jako pierwsza wybiegła Gośka, krzycząc wiele wulgaryzmów, odnoszących się do ich matek i wieli innych rzeczy. My we trójkę czekaliśmy, aż droga stanie się w miarę czysta. Trzeba było liczyć się z faktem, że nie obejdzie się bez noża, dlatego ja go trzymałem w jednej ręce, a w drugiej dwa kanistry. Marek miał resztę i wszyscy czekaliśmy na odpowiednią chwilę.
   – Dobra! Teraz!
   Faktycznie moment, który Marek wybrał, był bardzo dobry. Praktycznie nikt nie stał nam na drodze. Spokojnie mogliśmy ruszyć, nie obawiając się tłumów trupów. Przemknęliśmy się najszybciej i najciszej jak tylko byliśmy w stanie, aż trafiliśmy do dystrybutora paliwa. Nie była to duża stacja, więc były tylko dwa, ale wystarczyło, byśmy mogli nalewać jednocześnie. Już byliśmy w 1/3 drogi, kiedy Marek powiedział.
   – Dobra, ja sobie tutaj dam radę, a ty poleć do sklepu i zobacz czy nie ma czegoś, co by się nam przydało.
   Nie był to głupi pomysł. Rzuciłem mu jeden pusty pojemnik jaki miałem i pobiegłem do środka. Wyglądało na to, że ktoś tu wcześniej był, ale zabierał wszystko w wielkim pośpiechu. Sporo rzeczy leżało na podłodze i tylko niewiele z nich było na pułkach. Na szczęście cały czas miałem plecak, więc spakowałem wszystko co się nadawało. Batoniki, chipsy, wodę butelkowaną, baterie, maszynki do golenia, jakieś tabletki przeciwbólowe, trochę słodkich napojów i dwa piwa. Ostatnia rzecz była idealną nagrodą za przeprowadzoną akcje.
   Wyszedłem więc ze sklepu z prawie pełnym plecakiem. Marek był w połowie napełniania przedostatniego kanistra – najwidoczniej paliwa nie wystarczy na wypełnienie wszystkich – i już miał go zakręcać. Zobaczył jednak, że jeden z trupów zaczyna do niego podchodzić. Marek nie wyglądał na zaskoczonego, szybko wyjął nóż i pozbył się zagrożenia. Po całej sytuacji w końcu zakręcił pojemnik i wziął tyle, ile był w stanie udźwignąć. Resztę wziąłem ja i podążyliśmy w stronę Angie, która cały czas była w krzakach. Jednak pozostawał jeden problem. Gośka tak dobrze odciągnęła zagrożenie, że sama zniknęła gdzieś bez śladu. We troje staraliśmy wypatrzeć gdzie mogła pobiec, lecz jednak okazało się to niezbyt skuteczne. Wołanie odpadało – ponieważ mogło ściągnąć niepotrzebne towarzystwo – więc postanowiliśmy poczekać, aż sama postanowi wrócić.
   Nie mogliśmy być w jednym miejscu zbyt długo, bo trupy zaczynały być jakby bardziej żywe – pomijając fakt absurdalności tego porównania. Najwidoczniej wyczuwały, że ktoś jest w pobliżu i wcale nie jest martwy. Ciekawe jaki miały na to sposób. Jednak nie to było ważne. Ważniejszy był fakt, że cały czas nie było śladu po Gośce.
   – Jezu. Oby jej się nic nie stało.
   – Spokojnie – zapewniłem – to twarda babka.
   – Miejmy nadzieje.
   Mijała tak już piąta minuta, a my coraz bardziej czuliśmy się niepewnie ze strony zombie. Lada moment, a zorientują się, że tu jesteśmy. W tym samym momencie, usłyszeliśmy głos Gośki z daleka i jej nadciągające kroki. Wszyscy wypuściliśmy powietrze z ulgą.
   – A nie mówiłem.
   Jak się okazało nie biegła do nas, tylko uciekała przed gigantyczną hordą, jaka ją goniła. Wychyliliśmy się wskazując naszą pozycję. Od razu skierowała się w naszą stronę krzycząc.
   – Czas na plan B – po chwili dodała – wiejemy!
   Nie zastanawialiśmy się długo nad tym. Po prostu zaczęliśmy biec w stronę helikoptera. Musieliśmy do niego dobiec, wlać paliwo i odlecieć na czas. Nie brzmiało to korzystnie dla nas.

5. Lądowanie Śmierci

   – Widzisz tu coś?
   – Znowu nic.
   – Ciągle to samo, wszędzie tylko te trupy. Żadnej cywilizacji.
   – Niema co płakać nad rozlanym mlekiem. Lecimy dalej.
   Piotrek zawsze wiedział co powiedzieć w danej chwili. Dlatego, wraz z Markiem, stanowili zgrany zespół. Jeden robił za mózg, drugi za ręce.
   – Oho ho – Marek zastukał w licznik na konsoli – Nie chcę cię martwić, ale powoli kończy nam się paliwo.
   – Jakiś pomysł? Jesteśmy na totalnym zadupiu. Nie ma gdzie wylądować.
   – Czekaj. Kiedy minęliśmy Warszawę?
   – Jakieś 20 minut temu. Czemu pytasz?
   – Świetnie – wydawało by się, że Marek mówi sam do siebie – zapnij pasy, bo będzie ostra jazda.
   Piotrek był przyzwyczajony do zachowania przyjaciela. Niejednokrotnie mówił coś do siebie, a potem nagle wykonywał ruch. Chyba tak starał się zwalczyć strach, przed całym obecnym światem.
   – O to tutaj! – palec Marka wskazał polanę, do której leciał – możesz tego nie pamiętać, ale kiedyś byliśmy tu z ekipą. Jakiś debil wywołał pożar, tak wielki, że niemal spalił całą wioskę. Oczywiście przylecieliśmy jako pierwsi i wszystko nagraliśmy – powiedział wszystko na jednym wdechu, po czym westchnął – tęsknie za tą robotą.
   – Ja też przyjacielu… ja też.
   Marek nie poprzestał na tej historii.
   – Niedaleko stąd jest stacja benzynowa. Pamiętam, że byliśmy wtedy tak głodni, że poszliśmy tam na te obskurne hot-dogi za grosze. Teraz dałbym wszystko, by znowu móc go spróbować.
   Nastała chwila ciszy. Oboje jakby patrzyli w przeszłość.
   – Cały czas nie mogę uwierzyć, że tylko nam się udało – całą nostalgię przerwał Piotrek – to cud, że nam się wtedy udało.
   Marek odpowiedział kiwnięciem głową. Wielokrotnie wspominali atak zombie, na magazyn w którym się chowali. Wystarczyła chwila nieuwagi, by jeden z umarłych, pogryzł kamerzystę. Kręcili wtedy reportaż o rzekomym zmartwychwstaniu ludzi. Nie mieli pojęcia z czym tak naprawdę mają do czynienia.
   – Jeden trup, a pozbawił życia dziesięciu osób.
   – Nie gadajmy już o tym. Nie przepadam za wspominaniem tamtego dnia.
   Minęły dwa lata, a mimo to, nie potrafili o tym zapomnieć. Każdej nocy, kiedy zapadali w sen, budził ich ten sam koszmar – przyjaciele dobierali się do nich, wyjadając wszystkie wnętrzności. Krzyk za każdym razem towarzyszył przy pobudce.
   Coraz bardziej zbliżali się do miejsca lądowania. Było wystarczająco obszerne, by bez problemu móc postawić maszynę. Coraz bliżej, aż w końcu helikopter usiadł. Śmigło obracało się coraz wolniej. W końcu całkowicie stanęło w miejscu. To był znak, że pora wyjść się rozejrzeć.
   – Mam nadzieje, że hałas nie przyciągnie tu nikogo.
   – Za każdym razem ta sama śpiewka. Nie dowiemy się, do póki nie wyjdziemy.
   Uśmiech pojawił się na twarzy Marka. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że tak bardzo doceni towarzystwo Piotrka. Przed całym tym piekłem, tak naprawdę nie byli przyjaciółmi. Ciężko też było nazwać ich znajomymi. Byli po prostu kolegami z pracy. Teraz nie wyobrażali sobie dalszego bytu, bez siebie nawzajem.
   Wyskoczyli z kabiny niemal jednocześnie. Ich zgranie było godne podziwu. Mieli jednak czas, by to wszystko wyćwiczyć. Od razu po wyjściu, Piotrek rzucił się do tylnych drzwi, a Marek wyciągnął pistolet i osłaniał przyjaciela. W pobliżu nie poruszył się nawet jeden krzaczek, co nieco uspokoiło Marka. Wiedział, że nie oznacza to braku zagrożenia, więc nie opuścił broni nawet o centymetr.
   Za drzwiami, które otworzył Piotrek, znajdował się cały ekwipunek, jaki posiadali. Były tam ubrania, koce, jedzenie, lekarstwa, woda, namiot, karimaty, latarki, jednym słowem wszystko. Gdyby to stracili, oznaczałoby to śmierć.
   – Który plecak wziąć?
   – Ten większy, możemy znaleźć sporo rzeczy.
   – A kanistry?
   – Jeszcze nie. Rozejrzymy się, a dopiero potem je zabierzemy.
   – Ok.
   Piotrek szybkim ruchem zamknął drzwi, podał plecak Markowi i sam wyciągnął broń.
   – Gdzie idziemy?
   – Tam – Marek ruchem ręki, wskazał lekko wydeptaną ścieżkę, pomiędzy krzakami – jeżeli pamięć mnie nie myli, to właśnie tam trzeba się udać.
   – Oby twoja pamięć była lepsza, niż umiejętności pilotowania.
   – Bardzo śmieszne. Niema czasu na te twoje denne dowcipy. Idziemy.
   Piotrek poruszył ręką w ten sam sposób, w którym mężczyzna przepuszcza kobietę przez drzwi – Panie przodem.
   – Oby w końcu jakiś trup zamknął ci gębę.
   Ruszyli. Szli w zwartym szyku. Marek obserwował przód i drogę, a Piotrek tył i boki. Zanim wyłonił się pierwszy budynek, musieli pokonać około dwóch kilometrów. W końcu stanęli i popatrzyli na hordy nieumarłych.
   – Sporo ich.
   – Słuszna uwaga. Jak tam zamierzamy… – głos zbliżającego się pojazdu, przerwał dyskusję – ktoś jedzie!
   Padli na ziemie, obserwując rozwój wydarzeń. Im oczom ukazał się wojskowy pojazd. Zatrzymał się dokładnie na stacji benzynowej, na którą właśnie mieli się udać.
   – Że też udało im się zwiać! To niemożliwe!
   – No! I przy tym zabili dowódcę… Ej Młody! Leć uzupełnić bak!
   Nagle z wozu wysiadł chuderlawy chłopak. Ubrany był w wojskowe ciuchy, a na głowie miał krzywo założoną czapkę z daszkiem.
   – Ruchy, ruchy! Musimy szybko dostać się do bazy! – Głos dobiegał z okna kierowcy. Widać było tylko wystający łokieć.
   – Myślisz, że mają pokojowe zamiary? – z ust Marka wydobył się ledwo słyszalny szept.
   – Wątpię. Nie oglądałeś filmów o zombie? Ci wojskowi, to zawsze są kurwy.
   – Tym razem to nie film.
   – Wole jednak nie ryzykować. Ważne jest to, że stacja działa i możemy uzupełnić kanistry.
   Marek przytaknął.
   Zanim odjechali, minęło 10 minut. W końcu mogli wstać i udać się z powrotem do śmigłowca. W drodze powrotnej, obaj zastanawiali się, o czym mówili wojskowi. Jedyne co udało im się jeszcze usłyszeć, to coś o jakieś małej dziewczynce. Wszystko wydawało się bez sensu.
   – Ciekawe o kim mówili.
   – Może w okolicy grasuje jakiś szalony pedofil morderca?
   Po raz pierwszy od wielu dni, szczerze się uśmiali. Dokładnie w tym momencie, w krzakach usłyszeli szelest. Niestety było już za późno.
   – Aaaaaaa! Zostaw mnie! – krzyk Piotrka był bardzo wyraźny. Zombie wbił zęby w jego twarz, a następnie w szyje – uciekaj!
   Marek stał w miejscu jak wryty i patrzył na śmierć przyjaciela. Szok sprawił, że nie podniósł nawet pistoletu, by go ratować. Wzrok miał daleki od rzeczywistości. Kiedy w końcu się otrząsnął, Piotrek leżał już martwy na ziemi. Krew pokrywała całe jego ciało.
   Przypływ furii sprawił, że Marek wpakował niemal cały magazynek, w posilającego się trupa. Jego głowa zamieniła się w rozłupany arbuz. Cząstki mózgu, oblepiły znajdujące się obok drzewo. Widok był makabryczny, jednak nie robiło to na Marku wrażenia. Cały czas wpatrywał się w zwłoki Piotrka.
   Nie mogąc uwierzyć w to co się stało, ruszył w stronę helikoptera. Miał nadzieje, że jeżeli szybko znajdzie odpowiednie lekarstwa, ocali Piotrka. Kiedy otworzył drzwi od maszyny, usłyszał odgłosy ludzkich rozmów. Były coraz wyraźniejsze.

6. Ponowne Spotkanie

   – Już niedaleko!
Przebiegliśmy prawie połowę drogi. Gośka już nas dogoniła.
– Kurwa jak ich dużo!
Nikt z nas nie zamierzał się odwracać. Sam zapach zgnilizny był nie do wytrzymania. Ich widok, podążający za nami, byłby ostatnim gwoździem do trumny.
Pomimo całej sytuacji, spojrzałem na niebo. Słońce coraz bardziej się chowało za horyzontem. Mniej, więcej za jakieś 2 godziny, miała nastać ciemność. Do tego czasu musimy znaleźć się w laboratorium.
Główna zasada przeżycia, brzmi: Wieczorem, ani w nocy, nie należy zapuszczać się w głąb lasu. Tylko nielicznym uda się przeżyć.
Zawsze postępowałem zgodnie z tą regułą. Pewnie dlatego cały czas żyłem, chodź teraz nie można tego było tak nazwać.
Biegnąć poczułem drętwienie w prawej nodze. Krew przestała tam dochodzić. Coraz trudniej było mi postawić kolejny krok. Kończyna stawała się ciężka, aż w końcu całkowicie odmówiła posłuszeństwa.
– Dawid!
Wszyscy się zatrzymali, by ocenić sytuację. Angie jako pierwsza rzuciła się w moją stronę. Zaraz za nią była Gośka, która wcześniej rozkazała Markowi biec do maszyny. Jako jedyny wiedział, jak nalać paliwo. Dwa kanistry powinny mu starczyć, by móc stąd uciec. Resztę możemy dolać, w bezpieczniejszym miejscu.
   Niestety podczas upadku, jeden z baniaków, który niosłem, pękł, wylewając całą substancję na ziemie. Ostry zapach benzyny, dotarł do moich nozdrzy. Zawsze lubiłem ten zapach, ale nie tym razem. Każda kropla była na wagę złota. Ciekawe czemu w tej chwili martwiłem się bardziej o paliwo, niż o własne życie.
– Dawid! Co ci jest!?
– Nie mogę… nie mogę wstać… moja noga.
Czułem jak moje struny głosowe, pokrywają się trucizną. Wirus nie oszczędzał nawet tej części ciała. Czułem się coraz słabszy. Efekt, który miałem podczas prowadzenia samochodu, powrócił z trzykrotnie większą siłą. Teraz nie tylko nogi miałem sparaliżowane, ale też rękę, tułów i kawałek twarzy. Prawdę mówiąc łatwiej mi było powiedzieć, czym mogę ruszać.
– Błagam musisz wstać! Zaraz tu będą!
– Nie… nie mogę… musi…musicie uciekać.
– Bez ciebie się nie ruszymy! – obok Angie, pojawiła się Gośka – ty mu pomóż, a ja troszkę się zabawie – mówiąc to, wyciągnęła pistolet i ruszyła w kierunku zbliżającej się hordy.
– Proszę nie teraz. Jesteśmy tak blisko. Nie możesz tak po prostu umrzeć. Jesteś silniejszy niż ten pieprzony wirus! – z każdym słowem podnosiła głos – to ty sprawisz, że ludzie usłyszą o lekarstwie! To ty jesteś lekarstwem!
Zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, dostrzegłem Sylwie, stojącą obok Angie. Cały świat zamilkł. Widziałem tylko, jak Angie porusza ustami. Nic się nie liczyło. Teraz byłem tylko ja i moja ukochana.
– Ona ma rację. To ty jesteś lekarstwem – powiedziała delikatnym głosem – To właśnie twoja misja Dawidzie. Musisz teraz wstać i udać się do Warszawy. Pokaż światu, jak wyleczyć infekcje.
Po tych słowach, pochyliła się i pocałowała mnie prostu w usta. Czułem jej ciepło i smak. Nie chciałem by to minęło. Kiedy jednak mój umysł wrócił do stanu rzeczywistości, zobaczyłem, że tak naprawdę to Angie mnie całowała. Mimo wszystko, nie chciałem tego przerwać.
W momencie, w którym odsunęła się od mojej twarzy, nie mieliśmy chwili, by się nią nacieszyć. Krzyk Gośki był bardzo głośny.
– Angie pomóż mi!
Spojrzała w kierunki wołania o pomoc. Nie zastanawiała się długo. Od razu wstała i pobiegła.
„To ty jesteś lekarstwem”
   „To właśnie twoja misja Dawidzie”
„Pokaż światu, jak wyleczyć infekcje”
Wszystkie z tych słów przewijały się przez moją głowę. Plątały się między sobą. Mimo wszystko stanowiły jedność. Nie wierzyłem, że mi się uda, ale tak się stało. Paraliż minął szybciej, niż kiedykolwiek dotąd. Mogłem wstać i pomóc dziewczynom.
Nie wahając się dłużej, wyciągnąłem pistolet i wymierzyłem w pierwszego zombie. Wystarczył jeden strzał, by padł i nie powrócił. Kolejnych trzech podzieliło jego los. Torowałem sobie drogę, by wesprzeć Angie i Gośkę. Kiedy już byłem w stanie je zobaczyć, zorientowałem się, że są otoczone.
– Tutaj!
Obie odwróciły się w tym samym momencie. Widać było uśmiech na ich twarzach. Powoli zmierzały w moją stronę, kiedy jeden z trupów chwycił Gośkę za nogę. Jak już znalazła się na ziemi, od razu przeczołgał się na nią, chcąc posilić się jej wnętrznościami. Gośka nie była jedną z tych, co poddadzą się bez walki. Uderzała z całych sił, by pozbyć się zagrożenia. Wydawałoby się, że już jest po niej, ale celne oko Angie przestrzeliło stworowi głowę. Od razu podbiegłem do niej i jednym ruchem podniosłem z ziemi.
– Nic ci nie jest?
– Bywało gorzej – w tym momencie puściła do mnie oczko – ważne, że tobie się poprawiło.
Twarda była z niej babka.
– Długo jeszcze? Bak prawie pełny! – To był znak od Marka, że możemy ruszać.
   Byliśmy wykończeni, ale mimo to biegliśmy przed siebie. Zombiaki zostawały w tyle. Z każdym krokiem, zyskiwaliśmy czas.
   – Wszyscy cali? – Spytał Marek, uruchamiając silniki.
   – Tak! Ruszaj! – musieliśmy krzyczeć, by cokolwiek usłyszeć.
   – Zapnijcie pasy! Czeka nas niezła jazda!
   Wydawałoby się, że Marek całkowicie zapomniał o otaczających nas trupach. Teraz był w swoim świecie i nikt nie miał do niego wstępu.

7. Tak Blisko, A Tak Daleko

   Ląd oddalał się coraz bardziej. Wszystkie trupy, które nas wcześniej goniły, wyglądały jak mrówki. W tej chwili nie byłoby problemu z ich rozgnieceniem. Każde drzewo machało do nas w rytmie wiatru. Powoli woń rozkładu odchodziła w niepamięć.
   – Tutaj na górze, świat wygląda zupełnie inaczej – Angie cały czas patrzyła przez okno.
   – Masz racje – rzekł Marek znad steru – dlatego tak kocham… kochałem tą robotę.
– Nic dziwnego.
– Jezu jak wysoko – totalnie zapomniałem o tym, że mam lęk wysokości.
– Co się stało? – zapytała Angie, z bardzo wymownym spojrzeniem.
– Zawsze bałem się wysokości. Nawet jak leciałem samolotem, to nigdy nie patrzyłem za okno.
– Dziwne… myślałam, że w tym świecie, jedynym lękiem ludzkości, są zmarli.
– Też tak myślałem, aż do teraz.
Widziałem, jak Angie wypuszcza powietrze. Najwidoczniej obawiała się co Marek by zrobił, gdyby się dowiedział o naszej infekcji. Uznaliśmy, że lepiej będzie, jak nie będziemy o tym wspominać. Gośka najwidoczniej domyśliła się, dlatego jeszcze nas nie wydała.
Pierwszy raz od rana, poczułem się zmęczony. Byłem w stanie zasnąć tu i teraz. Robiłem co w mojej mocy, by nie zamknąć oczu. Czułem, jakby cały czas ktoś na nie kład kamienie, nie pozwalając mi ich ponownie otworzyć.
   – Nie wiem jak w tym hałasie można spać.
– Najwidoczniej bardzo tego potrzebował. Wiele przeszedł.
– A co konkretnie mu się przydarzyło?
– Dzisiaj rano stracił swoją ukochaną i ona… eee… nadal nie może się otrząsnąć.
– Wiem co czuje. Moja zmarła wiele lat temu, na raka mózgu. Ciężko było patrzeć, jak odchodzi w potwornych męczarniach.
– Przykro mi.
– Dzięki. On miał na tyle szczęścia – jeżeli można tak powiedzieć – że jego odeszła w tych czasach. Jakoś chyba łatwiej przyzwyczaić się do śmierci, kiedy jest jej od cholery.
– Nie sądzę – rozmowa dziewczyn z Markiem mnie obudziła.
– Ow… nie wiedziałem, że nie śpisz… wybacz.
– Nic się nie stało – trochę skłamałem – i tak nie mam czasu na opłakiwanie jej – tutaj akurat miałem rację – długo spałem?
– Nie tak bardzo – wtrąciła się Gośka – niecałą godzinę. Padłeś jak kłoda. Nie obudziło cię nawet lądowanie.
   – Lądowanie? Po co lądowaliśmy?
– Z dwóch przyczyn – odezwał się Marek – Po pierwsze trzeba było uzupełnić paliwo. Po drugie cholernie chciało mi się lać.
Angie aż zachichotała, a wraz z nią Gośka. Nawet u mnie pojawił się lekki uśmiech. Powoli docierało do mnie, że to koniec naszej męki. Niebawem dostaniemy się do laboratorium, w którym jest lek. Oczywiście, nie brałem teraz możliwości niepowodzenia misji. Musiało się udać. Czułem to.
   – Kurwa… widzicie to? – Moją ekscytację, przerwało pytanie Marka.
– Co to takiego?
– Wydaje się, że to… o kurwa.
Zbliżaliśmy się do miasta. Oznaczało to wpierw przelecenie, nad podmiejskimi osiedlami. Na jednym z dachów budynku, stało jakieś szczęść osób, w tym dziecko. Wiedziałem, że to nieludzkie, ale nie mogliśmy marnować na nich czasu. Musieliśmy lecieć dalej. Czasu było coraz mniej.
– Co robimy? Do celu pozostało nam nieco ponad 20 minut.
– Musimy im pomóc!
   – Nie możemy – wszyscy spojrzeli na mnie – boli mnie serce mówiąc to, ale nie możemy.
– Dlaczego!? – Gośka aż krzyknęła ze zdziwienia na moje słowa.
– A jak chcesz to zrobić? Przecież nie zmieszczą się tutaj nawet dwie dodatkowe osoby, nie mówiąc o sześciu.
   Wszyscy popatrzyli w ziemie. Wiedzieli, że mam racje, ale nikt nie chciał jej przyznać.
   – Naprawdę nic nie możemy zrobić?
Popatrzyłem w oczy Gośce. Ucieszyło mnie, że nie widać w niej żadnej mgły. Nie wiem w jakim stanie były teraz moje gałki oczne. Jak je wcześniej widziałem, to aż sam się wystraszyłem. Teraz mogło być już tylko gorzej.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Uprzedziło mnie to, co się właśnie wydarzyło na dachu. Tam gdzie stali ludzie, pojawiło się około 30 zombie. Nie byłem w stanie ich policzyć.
   – Już po nich – to była jedyna rzecz, jaką udało mi się powiedzieć.
Było to potworne, ale cieszyłem się, że tak się stało. Nie musiałem wymyślać nic, by lecieć dalej. Oczywiście widok tego, co trupy robiły z ich ciałami, było jeszcze bardziej koszmarne. Krew nagle zalała całą powierzchnię dachu. Wyglądało tak, jakby ktoś go świeżo pomalował.
   Nikt z nas nie skomentował tej sytuacji. Marek skierował maszynę z powrotem na wcześniejszy kurs. Dziewczyny nie mogły oderwać wzroku, z odbywającej się rzeźni. Kiedy sam tam spojrzałem, akurat jeden z trupów wgryzał się w szyję małej dziewczynki. Przypominała mi Kasię, ale ta miała krótsze włosy. Obie umarły przez te cholerne umarlaki. Nienawidziłem siebie za to. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
– Dobra, jesteśmy niedaleko celu – dopiero to obudziło nas z przygnębienia, jakie wywarło na nas wcześniejsze wydarzenie.
   – Jak możesz to wyląduj gdzieś tutaj.
– Nie rozumiem… nie lepiej wylądować przy samym wejściu?
– Widzisz – musiałem szybko wymyślić jakieś kłamstwo – mogą odebrać nas za bandytów i od razu zestrzelić helikopter.
– Myślisz, że byliby do tego zdolni?
– W tym świecie? Jak najbardziej.
Do wyładowania nikt nie odezwał się już słowem. Przyszło nam postawić maszynę na parkingu jakiegoś marketu. Na pieszo mieliśmy do przejścia, jakieś 2km.
   – Tutaj powietrze jest zupełnie inne. Takie bardziej świeże.
   – Ja tam nic nowego nie czuje – mówiąc to, Marek bacznie przyglądał się Gośce. Chyba tylko ja to zauważyłem, bo żadna z dziewczyn, nie zwróciła mu uwagi.
   – Dobra, trzeba udać się tam…
   Wystrzał. Ciało Gośki runęło na ziemię. Dym ulatywał z lufy Marka. To on strzelił jej prosto w głowę. Krew prysnęła w naszym kierunku, pokrywając nas szczątkami mózgu.
   – Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale zauważyłem u niej pogryzienie. Musiał ktoś ją dziabnąć kiedy uciekaliśmy. Nie chcę by podzieliła losy Piotrka.
   Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Uświadomiłem sobie, że pod żadnym pozorem, nie możemy powiedzieć Markowi o naszej infekcji. Mógłby postąpić tak samo z nami.
   – Ruszajmy – tylko tyle przeszło mi przez gardło.