Category Archives: Rozdział VIII

1. Agresja

   – Ktoś coś powie, czy będziemy całą drogę iść w ciszy? – głos Marka wyrwał nas z transu.
Wraz z Angie spojrzeliśmy na niego. Żadne z nas nic nie powiedziało. Byliśmy zbyt przybici tym dniem. Kiedy wszystko szło na pozór dobrze, Marek musiał zabić Gośkę. Mój umysł nie był w stanie znieść nic więcej. Kolejna śmierć, mogłaby oznaczać mój psychiczny koniec.
– Przecież przeprosiłem. Wiecie co się dzieje z tymi, którzy zostaną pogryzieni. Żyjecie na tyle długo, by przyzwyczaić się do tego widoku – chwila ciszy – Założę się, że musieliście zabić niejedną bliską wam osobę.
– Zamknij się – już nawet nie podnosząc głowy, Angie jako pierwsza z naszej dwójki się odezwała.
– Słucham? Co powiedziałaś?
– Zamknij kurwa ten ryj! – tym razem nie powstrzymała się. Jej głos był tak donośny, że zombie znajdujące się w pobliżu, zapewne już wiedziały gdzie jesteśmy.
Przez moment Marek zamarł w miejscu. Jego twarz była tak wykrzywiona ze zdziwienia, że wyglądał jak postać z obrazu „Krzyk” Van Gogha. Nie był nawet w stanie powiedzieć choć jednego słowa.
Odkąd poznałem Angie, nie widziałem jej tak wściekłej. Nawet w domku była mniej zdenerwowana niż teraz. Nie wiedziałem czy to ze zmęczenia, czy jedna z objawów infekcji. Żyły na ręku i twarzy, stały się bardziej widoczne. Pulsowały w przyspieszonym tempie. Krew się w niej gotowała… dosłownie.
Kątem oka dostrzegłem, jak jej dłoń powoli zmierza w kierunku pistoletu. Byłem pewien, że to wirus daje o sobie znać. Nagły przypływ agresji, musiał być jednym z ostatnich skutków przed ostateczną przemianą.
– Wyluzuj dobra? Wiesz, że to było konieczne. Gdybym tego nie zrobił, to mogła by cię ugryźć, a wtedy…
– Dość tego! – jednym ruchem wyciągnęła broń i przystawiła do głowy Marka – przysięgam, jak zaraz się nie zamkniesz, wystrzelę w ciebie cały jebany magazynek!
Tym razem, nawet ja się wystraszyłem. Nie wiedziałem do czego może być zdolna osoba zainfekowana. Bałem się, że nie żartuje z tym, co mówi.
– Angie proszę…
– Co ja kurwa mówiłam!? Zamknij mordę!
Musiałem zareagować, bo inaczej byłoby po Marku.
– Angie posłuchaj mnie. To nie jest dobry pomysł.
– Dawid błagam nie wtrącaj się. Widziałeś co on zrobił. Strzelił drugiemu człowiekowi i to bez skrupułów! Bez zawahania! Przez takich jak ty, ten świat wygląda jak wygląda!
– Ale ona była ugryzion…
– Nie była pierdolonym zombiakiem! – jej żyły pulsowały coraz szybciej – Żyła i oddychała jak ja, czy ty! Zabiłeś drugiego człowieka!
– Angie proszę – w tym momencie wycelowała lufę w moją stronę.
– Ty nie jesteś lepszy. Przez ciebie straciłam brata! Pamiętasz to jeszcze? – jej palec coraz bardziej drgał na spuście pistoletu – Gdyby nie ty, doszłabym z nim dzisiaj w bezpieczne miejsce. Śmiałabym się i cieszyła z tego, że przeżyliśmy kolejny dzień! Zrujnowałeś moje życie!
Zdecydowanie uderzyła w czuły punkt. Minął tygodnie, miesiące, a może nawet lata, kiedy wybaczę sobie to, co dzisiaj się wydarzyło. Straciłem ochotę na poszukiwanie leku. Może tak naprawdę infekcja ujawnia to, kim naprawdę jesteśmy? Skoro tak, to ja jestem mordercą. Dzisiaj z mojego powodu zginęło wielu ludzi, a w tym dwójka, bogu winnych dzieci.
Przykląkłem na kolanach i spuściłem głowę w dół. Na ziemi, systematycznie pojawiały się krople moich łez. Powoli powstawała mokra plama, zrodzona z bólu i cierpienia.
– Nie krępuj się, strzelaj – mówiłem cicho, lecz byłem pewny, że Angie jak i Marek, mnie słyszą – Zakończ to. Nie zostało mi wiele czasu, więc po co w ogóle się starać? Zasłużyłem na śmierć bardziej, niż ktokolwiek inny.
Nie widziałem nic, co działo się przede mną. Moją twarz pokrywały łzy i brudne włosy. W końcu nadszedł moment, w którym mój umysł nie wytrzymał. Zacząłem ryczeć jak małe dziecko. Przestałem ukrywać w sobie to, co trzymałem od rana. Nie bałem się słów, które wypowiedziałem. Chciałem, by wymierzyła we mnie pocisk, który mógł być alternatywnym lekarstwem. Poddałem się.
Ta chwila trwała wieczność. To wszystko przerwał głos Krzyśka.
– Jesteś coraz słabszy i to nie przez infekcje… o nie. Jesteś słabszy, bo jesteś nikim i zaczynasz to sobie uświadamiać. Zawsze nim byłeś, ale teraz słowo ciałem się stało – tutaj się zaśmiał – naprawdę jest mi szkoda tej twojej Sylwii. Spędziła tyle lat z takim gównem jak ty. Gdyby spotkała mnie w swoim życiu, na pewno byłaby szczęśliwsza i przede wszystkim… nadal by żyła.
Znowu on. Chyba muszę przyzwyczaić się do głosów w mojej głowie. Chociaż zdecydowanie wolałem te, które należały do Sylwii. Ona nie wywoływała we mnie agresji. Mimo wszystko, miał on rację. Poddałem się już po raz drugi. To był mój kolejny upadek. Przypominało mi to drogę krzyżowej Jezusa. On upadł trzy razy, jednak za każdym kolejnym wstawał i szedł dalej.
   Momentalnie podniosłem głowę. Angie praktycznie nie drgnęła. Jedyną zmianą były łzy w jej oczach. Widać było w nich wewnętrzną walkę. Była niezwykle zacięta.
   Powoli opuszczała broń. Po chwili mierzyła w mój brzuch, potem kolano, a następnie w ziemie. Szloch zaczynał był słyszalny.
– Ja… ja nie wiem co się ze mną stało. To nie byłam ja – momentalnie schowały się wszystkie żyły.
Wróciła. Po raz kolejny ją odzyskałem. Wstałem i chciałem podejść do niej. Powstrzymała mnie jednak ruchem ręki.
– Nie podchodź. Jeszcze nie czuje się sobą. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Nie odpowiedziałem jej. To była kwestia czasu, by już na dobre powstrzymała atak infekcji. W jej wypadku była to agresja. W moim paraliż. Najwidoczniej każdy zainfekowany, miał swoje własne skutki uboczne. Kiedy doszła do siebie, schowała broń i momentalnie przywarła do mnie z całej siły, cały czas płacząc.
– Przepraszam. Przepraszam za każde słowo, które wypowiedziałam. Nic z tego nie było prawdą. Proszę uwierz mi!
Delikatnie zacząłem głaskać jej włosy.
– Wierzę.
Spojrzałem na Marka. Widać było po nim, że miał wiele pytań, na które prawdopodobnie nigdy nie uzyska odpowiedzi.
– Co… co to do kurwy nędzy było?
Po raz kolejny nie zważaliśmy na jego słowa. Żadne z nas nie wypuściło drugiego z uścisku. Najwidoczniej byliśmy sobie bliżsi niż kiedykolwiek indziej. Powoli zaczynałem czuć do niej to, co czułem do Sylwii. Była kimś wyjątkowym. Chciałem się o tym przekonać, ale teraz trzeba było dokończyć misję. Zebrała się we mnie nadzieja, że i ja mam szansę na moje własne zmartwychwstanie. By tego dokonać, muszę odnaleźć lek. Bałem się jednak, że czeka mnie trzeci upadek.

2. Wejście

– Od kiedy… to macie?
– Ja od ok. 13 godzin. Angie, trochę krócej.
– Wierzycie w to, że będziecie zdrowi?
– Ten dzień sprawił, że jestem skłonny powiedzieć tak.
Z oczu Marka zaczynały lecieć łzy. Po chwili zasłonił twarz dłońmi. Pogrążony był w wielkim smutku.
– I gdyby nie ja, ona mogłaby dalej żyć?
– Przypuszczam, że tak – każda moja odpowiedź, pozbawiona była jakichkolwiek emocji.
To co powiedziałem, przybiło go jeszcze bardziej. Wiedziałem, że jest dobrym człowiekiem, który po prostu dokonał złego wyboru.
– Ja… naprawdę nie chciałem…
– Wiemy to – Angie już nie była wściekła, co najwyżej zirytowana – nie cofniemy czasu, nieważne jak byśmy tego chcieli. Czy możemy w końcu ruszać?
Marek wstał i otrząsnął się. Wytarł ręką mokrą twarz, udając człowieka, który nigdy w życiu nie widział łzy – Jestem gotowy.
– Zatem w drogę.
Budynek stawał się coraz większy. Pomimo panującej wszędzie apokalipsy, ten obszar był zadbany. Żadnej stłuczonej szyby. Żadnej krwi i ciała wokół. Jak gdyby nigdy nic się nie stało. Problem polegał na tym, że dostanie się tam było trudniejsze, niż się spodziewałem.

Cały teren otoczony był wysokim płotem – zapewne pod napięciem. Na samej górze był drut kolczasty. Co kilka metrów wisiała tabliczka z ostrzeżeniem „Teren Prywatny” lub „Wstęp Zabroniony”. Dość jasny przekaz, by się nie zbliżać. Oczywiście zamierzałem zrobić coś zupełnie odwrotnego – dostać się do środka.
– Kurwa. Tego się nie spodziewałam.
– Nie ma co tracić nadziei. Trzeba tylko znaleźć jakiś słaby punkt.
Każdy z nas szczegółowo się rozglądał. Wszędzie panowała cisza. Spojrzałem w prawo i dostrzegłem park, w którym po raz pierwszy słyszałem o powstaniu tego kolosa. Teraz wyglądał gorzej, niż gdy widziałem go ostatnim razem. Wspomnienia wracały. Zanim jednak odpłynąłem w ich stronę, dotarł do mnie głos Angie.
– O tam!
Wraz z Markiem wytężyliśmy wzrok w stronę, którą wskazała Angie.
– No tam!
– Budka strażnicza.
– No właśnie – na twarzy Angie pojawił się uśmiech, jakby planowała coś nikczemnego.
– Chyba powinniśmy ich unikać, a nie iść w ich kierunku? – Marek był o wiele bardziej zdziwiony, niż ja. Nauczyłem się ufać tej dziewczynie, więc poszedłem za nią bez słowa – co wy.. a niech was! – Momentalnie ruszył za nami.
Podszedłem bliżej do niej, by móc dowiedzieć się co planuje.
– Wiesz co robisz?
– Posłuchaj mnie Dawid. Skoro są tam strażnicy, znaczy, że są tam faceci. A o czym faceci myślą cały czas?
– Sprytnie to wykombinowałaś.
– Wiem. Zostańcie niedaleko, gdy będę już w środku, otworzę wam bramę, a wtedy wejdziecie za mną.
Kiwnęliśmy głowami i schowaliśmy się za paroma drzewami przy drodze, która prowadziła bezpośrednio do wejścia. Patrzyliśmy jak idzie w ich kierunku sama. Trochę się bałem. A gdyby nie dali się nabrać? Gdyby stała się równie agresywna, co wcześniej? Modliłem się, by dała sobie radę.
– Jest szalona.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo – mówiłem to, cały czas patrząc na Angie.
Była za daleko, by słyszeć co mówi. Niepokoiło mnie to coraz bardziej. Nie mogłem jednak się ruszyć, bo mogłoby to wszystko zepsuć.
Stanęła. Chyba coś krzyknęła, bo słyszałem ją nawet tutaj. Od razu wybiegło dwóch uzbrojonych po zęby żołnierzy. Celowali w nią przez jakiś czas, po czym jeden z nich schował broń i poszedł w kierunku bramy. Drugi cały czas miał ją na muszce. Otworzył. Ucieszyłem się, widząc to, jak świetnie sobie radzi. Niestety od razu jak znalazła się w środku, złapała się za brzuch. Najwidoczniej dopadły ją mdłości – gorszego momentu nie mogło być, na objawy infekcji. Skoro tutaj pracują, od razu zorientują się, co jej dolega.
Wycelowali ponownie. Tym razem jakby bardziej stanowczo. Nie mogłem siedzieć w miejscu. Wybiegłem od razu.
– Zostawcie ją!
Krzyczałem ile sił. Podziałało, bo odwrócili się niemal jednocześnie. Gdy biegłem w ich stronę, usłyszałem strzały. Zatrzymałem się i spojrzałem, czy nie mam jakiś obrażeń. Znikąd nie leciała mi krew, więc mogło to znaczyć tylko jedno. Obaj mężczyźni padli na ziemię, a zza ich ciał wyłoniła się Angie.
– Poradziłabym sobie, ale dzięki za pomoc – W okolicach jej ust, widać było resztki krwi. Po chwili jednak wytarła ją o rękaw.
– Oczywiście, że tak – uśmiechnąłem się w jej kierunku – niema za co.
Odwzajemniła uśmiech, a za mną usłyszałem biegnącego Marka.
– Ty to masz jaja dziewczyno.
– Większe niż niejeden facet – puściła mu oczko – a teraz przebierajcie się w te ciuchy, mam pomysł.

3. Wewnętrzny Plan

Plan nie był skomplikowany. Wraz z Markiem założyliśmy stroje poległych żołnierzy. Mój był trochę za duży, ale nie było tego tak widać. Następnie mieliśmy wziąć Angie, jako zbiegłą zainfekowaną i dzięki temu wejść do środka. Na pewno wewnątrz budynku przetrzymywali obiekty badań, więc mieliśmy nadzieje, że nabiorą się na to, że Angie jest jednym z nich.
– Zanim zostałem pilotem helikoptera dla telewizji, chciałem zostać pilotem wojskowym – podczas zakładania uniformów, Marek mówił bardziej do siebie, niż do nas – to było moje takie marzenie z dzieciństwa. Niestety nie udało mi się tego osiągnąć. Wymagania jakie mają w wojsku były kosmiczne. Chciałem latać, bo to sprawiało, że czułem się szczęśliwy. Teraz gdyby nie to, zapewne dawno chodziłbym jako zgniłe mięso – tym razem spojrzał na nas – Wy pewnie też.
Miał rację. Spotkanie go bardzo nam pomogło w dostaniu się tutaj. Obyśmy mieli okazję wsiąść jeszcze do helikoptera i wspólnie – bez infekcji – stąd uciec.
– Jak wyglądam?
– Całkiem seksownie – Angie puściła mi oczko – wiesz jak to mówią? Za mundurem, panny sznurem.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, jednak nasz kontakt wzrokowy nie trwał długo. Marek szybko przerwał tą chwilę.
– Dobra panie seksowny i uciekinierko, pora ruszać.
Znowu trafił w sedno. Przytaknąłem głową i ubrałem do końca strój. Było gorąco, a mimo to w jego skład wchodziły długie spodnie, kamizelka, oraz hełm. Czułem, że się gotuje. Nigdy nie przepadałem za wysoką temperaturą. Ten ubiór sprawiał, że nienawidziłem jej jeszcze bardziej.
Stres zjadał mnie całego. Z każdym krokiem, w kierunku ośrodka, mięśnie zaciskały się mocniej. Mogła to być infekcja, a równie dobrze, mógł to być stres. Połączenie tych dwóch czynników, był zabójczy.
– A jak się zorientują, że chcemy ich wykiwać? – Drżącym głosem zapytał Marek.
– Wtedy infekcja będzie naszym najmniejszym zmartwieniem – nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale mój głos również drżał.
Nikt z nas nie powiedział już nic, podczas dalszej drogi. W myślach układałem sobie plan, który zrealizujemy jak już dostaniemy się do środka. Przede wszystkim, musimy poznać plan budynku i zobaczyć gdzie jest laboratorium, w którym może znajdować się cel naszej misji – lekarstwo. Dalej postanowiłem improwizować. Będziemy mieć trochę czasu, zanim zorientują się, że nie jesteśmy tymi, za których się podajemy. Oby tyle nam wystarczyło.
Podeszliśmy do drzwi. Nie były one automatyczne i do środka mogliśmy dostać się tylko za okazaniem przepustki. Przeszukałem kieszenie kamizelki i w jednej z kieszonek znalazłem twardą kartę. Wyglądał jak dowód ze zdjęciem paszportowym żołnierza.
„Maciej Kamiński”
Tak oto nazywał się człowiek, który oddał życie, byśmy mogli dotrzeć aż tutaj. Przez chwilę stałem i tylko patrzyłem się na przepustkę. Kolejne życie stracone. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do reguł tego świata.
– Pss… Dawid! – Marek szeptem obudził mnie z zamyślenia.
– Tak… już…
Przyłożyłem kartę do czytnika. Usłyszałem krótkie piknięcie i drzwi od razu się otworzyły. Odetchnąłem z ulgą. Na razie szło gładko, oby dalej nie było inaczej.
Wewnątrz budynek był równie zadbany, co z zewnątrz. Wszechobecna biel, przypominała tą ze szpitali, które widywało się w amerykańskich filmach. Wszędzie ktoś się kręcił, ale gdy tylko na nas spojrzał, stanął w miejscu. Na chwilę czas stanął w miejscu. Byliśmy w centrum uwagi, dopóki nie podeszła do nas dziewczyna z recepcji. Pochyliła się w moją stronę i powiedziała szeptem.
– Lepiej się pośpieszcie, zanim ktoś uzna to za naruszenie zasad. Nałóżcie jej też to – w tym momencie wyjęła jednorazową maskę gazową – wiecie jak to tutaj działa – mówiła to w sposób, jakby takie zdarzenia były na porządku dziennym.
Założyliśmy maskę Angie, która by podkreślić swoją rolę, zaczęła się sprzeciwiać. Kiedy się już udało, mieliśmy do wyboru drogę prosto, lub skręt w lewo. Zaryzykowałem i wybrałem drugą opcję. Okazało się, że znajduje się tam klatka schodowa, a przed nią widniał cały rozkład budynku.
– Szukajcie czegoś, co może mieć wspólnego z miejscem przechowywania leku.
Wszyscy bacznie przeglądaliśmy wszystkie kreski, punkciki i opisy. Był to spory budynek, więc sam rozkład nie należał do małych. Jeszcze jak na złość, był wyjątkowo mały i ledwo czytelny.
– Mam! Tutaj – Marek jako pierwszy znalazł laboratorium i wskazał palcem miejsce jego położenia – drugie piętro, pokój 50.
Popatrzyłem na opis.
„ Dział badań na obiektach żywych”
Brzmiało dość obiecująco. Oby to było tam.
Gdy szliśmy schodami na górę, każdy ustępował nam miejsca. Wszyscy myśleli, że Angie jest zarażona i zwykły dotyk zamieni wszystkich w chodzące trupy. Poniekąd mieli rację, ale tylko, kiedy zostaliby obryzgani jej krwią.
Tabliczka przed wejściem, informowała o tym, że znajdujemy się na drugim piętrze. Według planu, musieliśmy skręcić w prawo, a następnie w lewo. Tak też postąpiliśmy i znowu przed nami wyrosły drzwi. Po raz kolejny wymagały one użycia przepustki. Wyjąłem swoją i przyłożyłem do drzwi. Odmowa.
– Kurwa, co jest?
Powtórzyłem czynność, a efekt był ten sam.
– Masz spróbuj moją.
To samo. Cały czas system nie chciał nas wpuścić do środka. Najwidoczniej z obecnymi kartami, nie mogliśmy udać się tam, gdzie chcieliśmy.
– Co robimy?
– Daj mi pomyśleć.
Wokół nie było nikogo. Szyby w drzwiach, nie pozwalały dostrzec niczego, co znajdowało się po drugiej stronie. Byliśmy w kropce.
– Może…
– O tutaj jesteście! Agata uprzedziła mnie, że przyniesiecie uciekinierkę. Świetna robota. Zaraz zawołam ochronę i zaprowadzimy ją do laboratorium.
– Nie ma takiej potrzeby, my ją możemy zanieść – próbowałem użyć perswazji, by nie musieć zostawiać Angie sam na sam z lekarzem i obstawą. Pewnie by sobie poradziła, ale tak jak wcześniej, teraz też mogły dopaść ją skutki infekcji.
– Znacie procedury. Nie mogę was tam wpu…
– Uwierz doktorku, że nie chcesz byśmy wypuścili ją choćby na moment. Jest bardzo agresywna i ledwo zdołaliśmy ją złapać we dwóch – w tym momencie Angie zaczęła się rzucać i wrzeszczeć, używając najgorszych znanych nam przekleństw.
– Faktycznie. Dobra, ale to zostaje między nami.
– Jasne, byle szybko. Niedługo mamy przerwę obiadową – Marek wczuł się w rolę i szło mu naprawdę dobrze.
Bez słowa doktorek – na plakietce napisane miał „Robert Głowacki” – przyłożył swoją przepustkę i sygnał zabrzmiał, jak przy drzwiach na dole.
– Za mną.
Nagle znaleźliśmy się w pomieszczeniu, który wyglądał jak zupełnie inny świat. Wszędzie było cicho, a po każdej ze stron znajdowały różne pokoje. Angie nie przestawała świrować, a jej krzyki odbijały się echem od otoczenia. Szliśmy cały czas przed siebie. Doktorek nawet nie oglądał się na nas. Najwidoczniej nasze przebranie zdało egzamin.
Zbliżyliśmy się do jednego z pokojów, po czym Doktor ponownie wyjął z kieszeni przepustkę i przyłożył do czytnika przy drzwiach. Wcześniej tego nie widziałem, ale przy każdych drzwiach znajdował się czytnik. Widać mieli tu rygorystyczne zasady bezpieczeństwa. Nikt obcy nie miał możliwości tu się dostać.
Pokój, do którego weszliśmy, był pustym pomieszczeniem, nie licząc komputerów przy jednej ścianie z małym stolikiem i szafką. Obok niej były kolejne drzwi. Doktorek podszedł do szafki i otwierając jedną z szuflad, wyją strzykawkę.
– Dobra, przytrzymajcie ją, a ja podam jej środki uspokajające.
– Zapomnij o tym – mówiąc to wyjąłem broń – odłóż to w tej chwili.
– Co wy kurwa za jedni?
– To nie twoja sprawa – dołączył do mnie Marek – a teraz nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów, to nic ci się nie stanie.
Angie w końcu stanęła na nogach. Od razu zdjęła maskę i się wyciągnęła.
– Jezu chłopaki, trzymaliście mnie tak mocno, że pewnie jutro obudzę się z siniakami, dosłownie wszędzie.
– Cała przyjemność po naszej stronie – dość żartobliwie powiedział Marek, wykonując ukłon – a teraz skarbie jak możesz, to zwiąż go.
– Nie macie prawa!
– Teraz to ty ich nie masz – Angie zaczęła szukać czegoś, czym można unieruchomić Doktorka – nie mają tutaj nic przydatnego, tylko te komputery i… zaraz… co ty…
Angie nie dokończyła zdania. Podbiegła do Doktorka i jednym ciosem powaliła go na ziemię.
– Ten skurwysyn wezwał posiłki. Miał pilota w kieszeni, widziałam jak tam sięgał i wolałam nie ryzykować.
– Czyli nie mamy za dużo…
Dźwięk czytnika przeszkodził nam w dalszej rozmowie. Drzwi stanęły przed nami otworem, a za nimi stało wielu żołnierzy, ubranych w ten sam strój, co my.
– Chyba mamy przejebane.

4. Śmiertelne Wspomnienia

Cały czas żaden z żołnierzy nie drgnął. W pomieszczeniu panowała niesamowita cisza, która z każdą sekundą stawała się coraz bardziej nieznośna. Nie było drogi ucieczki. Staliśmy tak i czekaliśmy, aż w końcu coś się wydarzy. Dopiero po chwili słychać było kroki.
– Przepuście mnie!
Ktoś zza tłumu próbował się przecisnąć w naszym kierunku. Mogło to oznaczać, że osób będących za drzwiami, jest znacznie więcej, niż nam się wydaje.
– Przesuńcie się do jasnej cholery!
Głos był stłumiony, lecz stawał się coraz bardziej wyraźny. Z jednej strony nie mogłem się doczekać, aż ujrzę osobę, do której należy. Zaś z drugiej, mogło to oznaczać wiele złego dla nas.
Po chwili żołnierze, znajdujący się w pierwszym szeregu, ustąpili miejsca, a zamiast nich pojawił się facet w wieku mniej więcej 40-stu lat.
– Proszę, proszę. Kogo nam tu przywiało? Jesteście szybciej, niż się spodziewałem, ale w końcu przyszliście.
Ktoś nas się tutaj spodziewał!? Jak to możliwe? Nic z tego nie rozumiałem.
– Jak to? O co tu chodzi? – spytałem niemal szeptem. Cały czas panowała cisza, co sprawiło, że moje słowa były o wiele głośniejsze, niż z założenia miały być.
– Już wam tłumaczę. Ty jesteś Dawid, ty Angie, a ty musisz być tym pilotem od helikoptera, niestety nie znam twojego imienia…
– Marek.
– Miło mi was poznać osobiście. Ja nazywam się dr. Konrad Wiliński. Jestem tutaj odpowiedzialny, za nadzór prac, nad zwalczeniem wirusa.
Kim ten człowiek, do jasnej cholery był? Nadal nie wiedziałem, dlaczego się nas spodziewał, ale jego nazwisko zabrzmiało znajomo.
– Czego od nas chcesz? – W momentach, kiedy nie wiedziałem co powiedzieć, mogłem liczyć na Angie. Tym razem nie było inaczej.
– Spokojnie. Nic wam się nie stanie, chyba, że postanowicie zrobić coś głupiego.
– Skąd nas znasz? – Teraz nastała moja kolej, na „przejęcie pałeczki”.
– Otóż dzięki wam, moja praca stała się o wiele cięższa.
– Nie rozumiem.
– Chodźcie to wam pokaże.
Dr. Konrad ruchem ręki nakazał żołnierzom, by zrobili przejście dla niego i dla nas. Nie mieliśmy wyjścia, więc poszliśmy za nim.
Czułem się nieswojo. Każdy kogo mijałem, celował we mnie z broni, a na twarzy założoną miał maskę. Konrad był jedynym tu obecnym, który nie zabezpieczył się, na wypadek kontaktu z wirusem.
– Dostaliście się tutaj w parę godzin, a nie potraficie dotrzymać kroku 40-letniemu doktorowi? Pospieszcie się.
Wiedział o nas więcej, niż mógłbym się tego spodziewać. Znał nasze imiona i każdy nasz wcześniejszy ruch. Tylko Marek wydawał mu się nieznajomy. Tak więc do momentu lotu, ktoś musiał nas szpiegować. Tylko po co?
– Chce wam coś pokazać. O tutaj!
Podeszliśmy do drzwi, które wyglądały identycznie, co te, do których weszliśmy wcześniej. Jak tam, tak i tutaj był czytnik. Konrad wyjął swoją przepustkę i dzięki niej otworzył drzwi do pokoju.
– Zapraszam.
Weszliśmy po kolei do nieznanego pomieszczenia. Wyglądał dokładnie tak samo, jak w poprzednim. Jedyna różnica polegała na tym, że tutaj było więcej sprzętu, oraz wielka szyba, za którą nie widziałem nic.
– Zapewne macie wiele pytań, więc przyszedł czas na odpowiedzi. Dawid, pamiętasz może Roberta Wilińskiego?
– Nie specjalnie – to samo nazwisko i znowu wrażenie, że gdzieś to już słyszałem. Teraz jednak imię również wydało mi się znajome.
– Większość osób mówiło na niego „przywódca”.
Wszystko stało się jasne. Tak więc stałem przed bratem osoby, którą pozostawiłem na łaskę wielu umarłych. Ze zdziwienia nie byłem w stanie nic z siebie wydusić.
– Tak myślałem, że po pseudonimie poznasz go od razu. Jak się domyślacie, był moim bratem. Wiem, że nie żyję, ale nie mam ci tego za złe Dawidzie. Szczerze, to należało mu się.
Ani Angie, ani Marek, nie poznali Przywódcy. Nie reagowali na to wszystko jak ja. Na całe szczęście nie dopytywali się o niego. Zdziwił ich fakt, w jaki sposób mówi o swoim zmarłym bracie.
– Wspólnie stworzyliśmy projekt powstania obozów, do którego należałeś. Nie wiem czy zdążył ci powiedzieć, na czym to wszystko polega?
– Zdążył – w tym momencie Marek, jak i Angie, spojrzeli na mnie pytająco.
– Doskonale, zatem mogę przejść dalej. Każdy obóz miał dostarczać nam cele do badań. Jednak od pewnego czasu, przestaliśmy je otrzymywać, właśnie od niego. Spytacie pewnie dlaczego. Sam nad tym długo myślałem. W końcu okazało się, że ten skurczybyk pracuje na własną rękę. Do jego obozu dołączył genialny naukowiec, z którym postanowili zadziałać wspólnie. Robert zagwarantował mu warunki i obiekty badań, a w zamian, on miał mu dostarczyć lekarstwo. Jak on miał… Edward! Właśnie. Tak więc wspólnie z Edwardem dokonali wielkiego odkrycia. Wynaleźli lek, który działał na osoby zainfekowane. Sprawiał, że ich organizm zwalczał infekcję, jednak mógł dokonać tego jeden jedyny raz. Mam nadzieje, że was nie zanudzam?
Nikt z nas nie odpowiedział, ani nawet nie poruszył żadna z części ciała. Z uwagą słuchaliśmy opowieści.
– Świetnie. Tak więc po wynalezieniu cudownego leku, stał się sławny. Każdy mówił tylko o tym. Cieszyłem się z osiągnieć brata, ale wiecie jak to jest… sam chciałem tego dokonać – lekko westchnął – no ale cóż, pomimo wiekowego odkrycia, osobom nad nami było za mało. Chcieli lek, który zadziała też na ludzi po przemianie. Skutek badań, znaleźliście w domku – w tym momencie podszedł do szyby i zapalił światło za nią.
Zamarłem. Za szybą znajdował się potwór, który zabił Krzyśka. Cały czarny, wielki i paskudny. U Angie wywołało to coraz silniejsze dreszcze, oraz łzy w oczach. Stała oko w oko z bestią, która nie powinna istnieć, a jednak tu była.
– Jaki cudem… przecież on… Wskrzesiliście go! Wy pojeby! – Angie nie wytrzymała i ruszyła pędem w stronę dr. Konrada. Przycisnęła go do ściany, trzymając za kołnierz fartucha – Dlaczego to kurwa zrobiliście!?
Pomimo sytuacji, Konrad zachował spokój.
– To nie my go wskrzesiliśmy, tylko wy. 

5. Próba Śmierci

   W jednej chwili, cały świat zwalił się, jak ściana, uderzona wielką, stalową kulą na łańcuchu. O czym ten człowiek mówił? Jakim cudem mogliśmy stworzyć bestię, która jest za szybą?
   Angie wypuściła doktora z uścisku. Nie widziałem jej twarzy, ale wiedziałem jaki ma wyraz – coś pomiędzy rozpaczą, a niedowierzeniem.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – próbowałem zachować powagę.
– Jeżeli obiecasz trzymać ją z dala ode mnie, chętnie wszystko wyjaśnię.
Chwyciłem Angie za rękę, by przysunąć ją w moim kierunku. Była tak osłupiała, że nie mogłem ruszyć jej z miejsca. Stała, jakby wbiła się w ziemie, dobre parę metrów.
– Angie chodź tutaj – pociągnąłem mocniej – a ty doktorku mów dalej.
– Dziękuje – poprawiając swój kitel, kontynuował – stwór, którego tu widzicie, nie jest tym samym, który zabił twojego brata.
– To kim, lub czym jest? – Marek chyba najmniej wiedział o całej sytuacji, co nie wykluczyło go z dyskusji.
– Stwór, którego udało wam się zabić, został pożywieniem dla trupów będących akurat w domu. Nie muszę chyba tłumaczyć, co się dalej stało?
Nie wiedziałem jak reszta, ale mi od razu przyszedł do głowy obraz, na którym zombie zżerają ciało tego czegoś. Jego dziwnie zmutowane mięso musiało przejść na kolejnych, co przyczyniło się do powstania kolejnego, tym bardziej większego zagrożenia.
– To znaczy, że my…
– Dokładnie. Przyczyniliście się, do rozpowszechnienia nowej infekcji, dużo straszniejszej w skutkach, niż zwykłe trupy – w tym momencie odwrócił się tyłem do nas – ten tutaj, jest jednym z żołnierzy, których zabiliście, uciekając.
   Dokładnie pamiętam moment, kiedy uciekaliśmy, a raczej ja uciekałem, cały czas niosąc Angie. Przypomniałem sobie o małej dziewczynce, którą zostawiłem na pastwę tych stworzeń. Pewnie biega teraz jako jeden z tych monstrów. Jej twarz będzie mi się śniła każdego dnia. Pod warunkiem, że wyjdę stąd żywy.
   – I co teraz? – tym razem nie udało mi się zachować spokoju w głosie. Usłyszałem wyraźne drganie z każdym wypowiedzianym wyrazem.
   – A jak myślisz? Zaraza weszła w obieg i jest za późno, by cokolwiek zrobić. Oczywiście został powołany oddział, do wynalezienia lekarstwa, ale wątpię, by cokolwiek zdziałał.
– Dlaczego tak myślisz? – to były pierwsze słowa Angie, jakie wypowiedziała po wypuszczeniu doktorka z chwytu.
– Ponieważ ja nim dowodzę. Codziennie badamy tego osobnika, ale poza zwiększoną szybkością i siłą, nie zaobserwowaliśmy nic, co mogłoby nam pomóc, w zwalczeniu tego syfu.
– To w takim razie do czego nas potrzebujesz? – Markowi jako jedynemu nie drgał głos.
Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy dr. Konrada, nie świadczył o niczym dobrym.
– Nie potrzebuje was, tylko ciebie – w tym momencie drzwi do pomieszczenia się otworzyły, a w ich progu, znalazło się dwóch żołnierzy.
Momentalnie znaleźli się po obu stronach Marka i chwycili go.
– Co wy robicie? Puszczajcie mnie!
– O nie. Nic z tych rzeczy. Potrzebujemy przeprowadzić badanie, a Ty będziesz jego częścią. Czuj się zaszczycony – w głosie doktora czuć było ekscytację.
Nie wiem co kombinowali, ale na pewno nie skończy się to dobrze. Poza tymi dwoma facetami, do pokoju weszło trzech kolejnych i od razu wymierzyli w nas broń. Nawet najmniejszy ruch sprawiłby, że pociągnęliby za spust.
– Stójcie, gdzie stoicie! – głos jednego z nich upewnił mnie we własnym myśleniu.
– Co z nim robicie!? – Angie miała chyba mniej instynktu samozachowawczego, niż ja. Mimo wszystko nikt do niej nie strzelił.
– Muszę sprawdzić, jak ten stwór, zareaguje na kogoś żywego, w jego celi.
– Co!? Kurwa puszczać mnie! – Marek zaczął wyrywać się z całej siły. Niestety dwaj żołnierze, trzymali go na tyle mocno, by bez problemu stłamsić jego chęć ucieczki.
Odruchowo postawiłem krok w stronę Marka, by móc go uratować. Po podniesieniu nogi, poczułem, jak przelatuje przez nią pocisk. Potworny ból przeszył całe moje ciało. Opadłem na ziemię, niczym worek kartofli.
– Mówiłem nie ruszać się, następny będzie w głowę.
   Starałem się nie wrzeszczeć, ale ból był koszmarny. Wiedziałem teraz co czuł Karol, jak go postrzeliłem, chcąc uciec z obozu. Złapałem ręką za miejsce wlotu kuli i ścisnąłem je z całej siły. W jednej chwili przestałem czuć cokolwiek, bo zobaczyłem, że krew z pomiędzy palców, ma kolor zbliżony do czerni. Infekcja osiągnęła najwyższy możliwy poziom. Musiałem jak najszybciej zażyć lekarstwa.
– Co do chu… on jest zainfekowany!
Wszyscy się odwrócili, nawet żołnierze, którzy trzymali Marka. Stałem się centrum zainteresowania wszystkich, jednak nie czułem się przez to ani trochę lepiej.
   – Jednak to prawda – doktor wydawał się zamyślony – Karol miał rację.
Na myśl o przyjacielu, który zginął z ręki brata doktora, miałem ochotę wstać i rozprawić się z tą przeklętą rodziną, raz na zawsze. Przestrzelona noga niestety bardzo mi to uniemożliwiała.
   – A myślisz, że w jakim celu tu przyszliśmy? – wypowiedziałem słowa, przez zaciśnięte zęby.
– Teraz wszystko się zgadza – doktor jakby w ogóle nie usłyszał mojego pytania – niemniej jednak musimy dokończyć badanie, wrzućcie go.
Marek nie miał tyle siły, by wydostać się z uścisku żołnierzy. Najgorsze było to, że po raz kolejny nic nie mogłem zrobić. Angie cały czas przeżywała słowa dr. Konrada, więc nie liczyłbym tez, na żaden ruch z jej strony.
   Jeden z pilnujących nas strażników, podbiegł do drzwi od celi stwora. Czekał na moment, w którym pozostali mu dadzą znać, że może otworzyć. Doktor próbował ściągnąć uwagę stwora, by uniemożliwić mu ucieczkę przez drzwi.
   – Zostawcie go!
   Zanim jednak udało mi się wypowiedzieć cokolwiek, Marek był już po drugiej stronie. Doktor przestał zwracać na siebie uwagę i szybko wyjął notesik, by notować obserwację.
   Szyba była wysoko i w pozycji, w której się znajdowałem, ciężko było cokolwiek dostrzec. Jednak nie mogłem przegapić krwi, która momentalnie pojawiła się od wewnątrz. Kolejna osoba na liście śmierci.
   – To teraz pora na was.

6. Ostatnie Pytanie

   Wszystko poszło nie tak, wraz z Angie znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Nawet gdyby nie bolała mnie noga, to cały czas stali nad nami strażnicy, nie spuszczając celownika z naszych głów. Było gorzej, niż mogłem sobie to wyobrazić. Jedyne co nam pozostało, to być posłusznymi, a może podadzą nam lekarstwo, a potem wypuszczą. Pewnie tak się nie stanie, ale nadzieja, to jedyne co mi zostało.
   – Kiedy zostaliście ugryzieni?
– Zapomnij, że dowiesz się od nas czegokolwiek! – Spojrzałem na Angie, a jej żyły znowu stały się bardziej widoczne – za to co zrobiliście, powinniście… – nie dokończyła zdania, tylko opadła na ziemie. Jej kolor skóry, powoli wtapiała się w biel ścian.
– Wygląda na to, że ona byłą pierwsza, zgadza się?
Podniosłem głowę i skierowałem wzrok na doktora. Nie mogłem się powstrzymać i zacząłem się śmiać. Nagle to co powiedział stało się najzabawniejszą rzeczą na świecie. Dopiero uderzenie kolbą otrząsnęło mnie.
– Odpowiadaj! – najwidoczniej jeden ze strażników, nie miał poczucia humoru.
– Bo inaczej co? Zastrzelisz mnie? Nie mam już nic do stracenia.
Dźwięk odbezpieczanej broni dobiegł gdzieś przy Angie.
– To byłoby dla ciebie błogosławieństwo – w tym momencie przytknął pistolet do głowy Angie – Mów, albo to ona dostanie kulkę.
Największą słabością człowieka w obecnym świecie, jest troska o drugą osobę. W sytuacji, w której jesteś sam, a inni chcą wydusić z ciebie informację, nie zależy ci na sobie. Chociażby celowali do ciebie z dziesięciu pistoletów, ty i tak nic nie powiesz. Pragniesz tej kulki, jak niczego innego na świecie.
   W momencie, kiedy nie jesteś sam, robisz wszystko, by ocalić swojego kompana. Wprawdzie Angie poznałem dzisiaj rano, ale nikt nie był dla mnie tak ważny, jak ona. Nikt poza Sylwią.
– Rano.
– Godzina!
– 7 rano.
– Długo wytrzymała. Myślałem, że kobiety przemieniają się o wiele szybciej, niż mężczyźni.
– Mówię o sobie pojebie – z moich ust wyleciała czarna maź, która tak na prawdę była moją krwią. Czułem, że z każdą sekundą słabnę.
– Miałem rację! Zresztą co się dziwić? Zawsze ją mam – w tonie jego głosu, słychać było dumę.
Przestałem zwracać uwagę na doktora, bo coraz bardziej niepokoiło mnie, że Angie nie wykonuje żadnego ruchu. W myślach powtarzałem, by wytrzymała jeszcze chwilę. Błagałem, by nie nastał moment przemiany.
– Sprawdź jej puls – starałem się włożyć w te słowa, całą swoja siłę.
– To nie ty tu wydajesz polecenia.
– Zrób to, a powiem ci wszystko, co zechcesz.
Popatrzył na mnie, w głębi zastanawiając się nad moimi słowami. W końcu ukucnął i przyłożył rękę do jej gardła. Stał tak przez chwilę i nic nie mówił.
   – Jeszcze żyje, ale to nie potrwa długo, chyba, że zaczniesz współpracować.
– Podajcie jej lekarstwo, a dowiesz się wszy… – znowu musiałem wypluć zawartość moich ust. Była to krew – wszystkiego, co będziesz chciał.
– Stawiasz spore żądania, ale dobrze. Spróbuj tylko skłamać, a stanie się ona pokarmem dla moich obiektów badań.
Przytaknąłem. Musiałem oszczędzać siły, by móc później odpowiadać na każde pytanie. Tylko by nie było za późno.
Doktor podniósł się, podszedł do szafki i wyciągnął malutką buteleczkę. Płyn miał tą samą barwę, co wcześniej substancja trzymana przez Dowódcę. Następnie wyciągną strzykawkę, wbił igłę tak, by móc do niej nabrać lekarstwa. Po chwili cała strzykawka była pełna.
Z powrotem stanął nad Angie i schylając się, wbił jej igłę w szyje – tam gdzie wcześniej sprawdzał puls.
– Dotrzymałem umowy, teraz czas na Ciebie.
Po raz kolejny oznajmiłem ruchem głowy, że się zgadzam. Miałem nadzieje, że uda się załatwić to jak najszybciej. Z każdą chwilą, coraz mniej czułem się człowiekiem. To uczucie, można było porównać, do działania dziwnego narkotyku. Wprawdzie nigdy nie zażyłem nic, co miałoby jakiś wpływ na moje postrzeganie świata, ale tak to sobie wyobrażałem. Moja głowa stawała się coraz bardziej ciężko, a temperatura prawdopodobnie sięgała 39-40 stopni.
– Przeniesiemy się do pokoju, w którym otrzymasz lek, ale dopiero po odpowiedzeniu na parę pytań. Módl się, byś do tego czasu nie stał się bezmyślnym trupem. Chłopaki, pora go… ała!
Krzyk był na tyle donośny, że momentalnie mnie otrzeźwił. Zapomniałem o gorączce i o wszystkich innych objawach. Dopiero, kiedy odkryłem przyczynę wrzasku doktora, cały ból wrócił z dwukrotnie większą siłą. Angie była na podłodze, a w jej zębach znajdował się kawałek skóry i mięśnia. Stało się to, czego obawiałem się najbardziej. Zostałem sam, zawodząc wszystkich, których spotkałem po drodze.

7. Nowy Początek

   – Lekarstwo! Szybko!
   Jeden ze strażników zareagował błyskawicznie. Jednym skokiem znalazł się przy szafce i szybko zaczął szukać strzykawki. Przegrzebywał różne rzeczy, ale cały czas bez skutku.
– Nic tutaj nie ma doktorze.
   – Wszystko muszę robić sam! – kulejąc na jedną nogę, podszedł do miejsca, w którym stał strażnik – Odsuń się błaźnie – jednym ruchem ręki przesunął stojącego przed nim mężczyznę – gdzieś to tutaj musi być – w tym momencie mówił bardziej do siebie, niż do nas. Nagle staną jak wmurowany i od razu padł na ziemię.
Ucieszył mnie ten widok, ale nie miałem siły by go w jakikolwiek sposób pokazać. Czułem się tak, jakbym był w innym świecie. W równoległej rzeczywistości, gdzie to tam tak naprawdę zmarła Angie. Zamknąłem oczy wmawiając sobie, że mam rację. Otwierając je, znowu uderzała mnie fala poczucia winy. Leżała teraz tak na ziemi z przestrzeloną głową. Cały czas patrzyła w moim kierunku. Jej wzrok wyrażał więcej, niż wszystko, co do tej pory usłyszałem. Przypominała nieco Sylwie, ale dopiero teraz widzę jak bardzo zawiodłem. Na Sylwie nie miałem wpływu. Na dobrą sprawę, przemieniła się na własne życzenie. Natomiast tutaj miałem coś do powiedzenia, ale mój brak odpowiedzialności zamknął mi usta.
   – Kurwa! Co z nim? Czy on…
   – Stracił przytomność. Nie stój jak ten debil i leć po pomoc.
Obaj strażnicy na widok nogi doktora, trochę zbledli. Najwidoczniej do tej pory nigdy nie opuszczali ścian tego budynku. W ciągu tego dnia widziałem więcej gorszych rzeczy, niż oni przez całe swoje życie.
   Nie zdążyłem zobaczyć, w jakim pośpiechu wybiega strażnik. Jedyne co po nim zostało, to unoszące się echo uderzenia drzwi o ścianę. Chcąc zobaczyć, która godzina, po raz kolejny zwymiotowałem. Infekcja stanowiła już większą część mnie i przemiana była już kwestią minut. Gorączka paliła mnie żywym ogniem. Jedynie co poniektóry dźwięk do mnie trafiał. Wszystko wirowało, a obraz był tak rozmazany, że nie wiedziałem co się wokół mnie dzieje. Upadłem, a wszystko inne zalało się czernią.
   Ból zniknął, a to co było dalej, mogłem nazwać rajem. Wierzyłem, w reinkarnację, więc uznałem, że znajduje się w czymś pokroju poczekalni na następne ciało. Tylko czy kiedy teraz byłem chodzącym trupem, to mogłem kiedykolwiek się go doczekać? I czy jak w końcu ktoś by mi strzeli w głowę, to czy narodzę się w nowym, lepszym świecie? Nie było nikogo, kto mógłby mi na to odpowiedzieć. Tym razem czas nie grał roli. Mogłem czekać w nieskończoność, ważne, że to wszystko co przeszedłem, było już za mną.
   Może teraz w końcu spotkam się z Sylwią. Czekałem na jakiś znak od niej. Miałem chwilę by zastanowić się, co jej powiedzieć o mojej misji. To, że ją zawaliłem było pewne, ale pytanie brzmi, dlaczego? Zanim zdążyłem cokolwiek wymyślić, usłyszałem, jak ktoś woła moje imię. To była ona? Na pewno należał do kobiety, ale nie brzmiał znajomo. Zaraz po tym poczułem, jakby ktoś chwytał mnie za ramię. Odwróciłem się, ale nikogo za mną nie było, wszędzie tylko pustka. Głos nie ustawał a ja… dostrzegłem światło
   – Chyba się budzi – ujrzałem przed sobą twarz, młodej i urodziwej blondynki – Witamy z powrotem – po tych słowach, oddaliła się, a na jej miejsce przyszedł dr. Konrad.
   – Witaj Dawidzie. W końcu udało ci się obudzić.
   Co on tu robił? Też zmarł i wspólnie czekaliśmy na dalszy los po śmierci? Wyglądał realnie a te światło… to była żarówka.
   – Co się… – Usłyszałem swój głos i nagle ból fizyczny powrócił. Czy to oznaczało, że ja jednak żyje?
   – Spokojnie. Oszczędzaj siły. Twój organizm potrzebuje trochę czasu, by pozbyć się do końca całej infekcji.
   – Niema jej? – z trudem wydobyłem z siebie cokolwiek.
   – Dokładnie. Teraz musisz odpoczywać, bo to nie koniec twoich przygód. Wszystkiego dowiesz się jednak z czasem – nie dał mi nawet szansy, na odpowiedź. Po zakończeniu zdania, po prostu odwrócił się i wyszedł.
   W pokoju zostałem sam. Światło cały czas biło mnie swoim blaskiem. Musiałem odwrócić wzrok, by nie oślepnąć. Czułem się, jak bohaterowie Metra 2033, którzy wyszli na zewnątrz w dzień. Bolała mnie każda część ciała, począwszy od mięśni, kończąc na paznokciach. Chyba wolałbym śmierć od tego. Zanim jej jednak doświadczę, najpierw dowiem się, jakie przygody na mnie czekają.