Category Archives: Rozdział IX

1. Misja

   Spałem około 12 godzin. Przynajmniej tak wskazywał zegarek, który stał obok łóżka. Wydawało mi się, że jestem w raju. Na stoliku czekał na mnie posiłek – składający się z 4 kanapek z szynką i pomidorem, oraz ciepłej herbaty – oraz leżące obok 2 pigułki. Nie miałem zamiaru ich brać, ale posiłek wyglądał niezwykle kusząco.
   Już po zjedzeniu pierwszej kromki poczułem się jak na stołówce w obozie. Ciekawe czy jeszcze istniał? Skoro teraz dowódca zmarł, to czy dalej kontynuowali projekt, o którym mówił dr. Konrad? Zapewne i tak tam nie wrócę, więc po chwili przestałem się tym przejmować i wróciłem do śniadania.
   Kiedy pochłonąłem już ostatnią kanapkę, usłyszałem dźwięk wpisywanego kodu, a następnie otwieranych drzwi. Do tej pory kojarzyło mi się z czymś złym. Tym razem nie wkroczył żaden żołnierz, ani nikt, kto miałby broń w rękach. Był to nie kto inny, jak sam Konrad. Cały czas miał na sobie kitel, tylko teraz nie było na nim żadnej krwi, ani innego brudu. Kulał na jedną nogę, co od razu przypomniało mi Angie. Gdyby moje myśli powróciły do niej przed jedzeniem, prawdopodobnie straciłbym apetyt. Teraz po prostu zrobiło mi się ciężko na żołądku, a do oczy powoli napływały łzy. Zdołałem je jednak powstrzymać.
   – Witaj Dawidzie. Jak się czujesz? – byłem w szoku, że człowiek, który jeszcze wiele godzin temu spowodował śmierć dwóch moich towarzyszy, był dla mnie tak miły.
   Postanowiłem nie odpowiadać. Nie chciałem prowadzić z nim żadnych dyskusji, chociaż to i tak było nieuniknione, więc po paru sekundach zmieniłem zdanie.
   – Dobrze – Ciężko było się pozbyć negatywnego nastawienia, ale musiałem się przemóc.
   – Twoje wyniki są zadowalające. Infekcja niemal w pełni została zneutralizowana. Poleżysz jeszcze maksymalnie 1-2 dni…
   – A potem? – Przerwałem mu niemal natychmiast. Musiałem wiedzieć co mnie czeka po tym wszystkim, przez co przeszedłem.
   – Cóż… miałem z tym poczekać do jutra, ale skoro chcesz wiedzieć, to nie mam innego wyjścia, jak powiedzieć ci od razu – zdjął okulary, które prawdopodobnie służyły mu do odczytu moich wyników badań, czy innych danych – mówiłem ci wcześniej o tych przeklętych mutacjach, którą wy… ty rozpocząłeś – tutaj spojrzał mi prosto w oczy – nie przedłużając, będziemy musieli wysłać ciebie ponownie w teren.
   Nie udało mi się ukryć zdziwienia. Nawet nie próbowałem tego zrobić. Konrad od razu to zauważył i zmienił ton na bardziej łagodny.
   – Oczywiście nie pójdziesz sam. Drużyna jest przygotowywana do misji. Będziesz nimi dowodzić, ale oczywiście do pewnego czasu. Oszczędziliśmy cię, ponieważ nie znam nikogo innego, kto mógłby się do tego nadawać. Oczywiście są tu świetne wyszkoleni żołnierze, ale co mi po nich, skoro nie mają doświadczenia w terenie takiego jak ty – Słychać było, że każde słowo wypowiada z większą ekscytacją – Nie znam nikogo, kto przeżyłby tak długo z infekcją na zewnątrz. Uwierz mi, że wielu przed tobą podążało tu, by zdobyć lekarstwo, ale nikt nie dotarł do środka. Poza tym nie byłeś sam, więc zapewne umiesz też dowodzić ludźmi. Jesteś idealnym kandydatem.
   Po tej przemowie, zapanowała cisza. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Nie dlatego, że miałem z tym trudności. Nie wierzyłem w ani jedno słowo, które powiedział. Ja idealnym kandydatem? I to do dowodzenia ludźmi? Chyba nie wiedział nic o tych, którzy mi towarzyszyli. Co się dokładnie z nimi stało, u mojego boku. Cały czas jednak nie wiedziałem co to za misja.
   – Co do samej misji – już miałem pytać, jednak kolejny monolog Konrada, uniemożliwił mi zadanie pytania – jest dość prosta. Musisz znaleźć córkę mojego brata. W jej krwi są przeciwciała, które służą nam do tworzenia lekarstwa. Pomogą też w wynalezieniu czegoś, na te cholerne mutanty.
   – Kasia? – wypowiedziałem imię małej dziewczynki, której śmierć wydawała mi się najokrutniejszą do tej pory. Nie widziałem jej jednak na własne oczy, więc jest szansa, że mogła dalej żyć.
   – Dokładnie o nią chodzi. Musisz ją znaleźć i pobrać krew. Z tego co wiemy, nadal znajduje się w budynku, z którego wypuściłeś dr. Edwarda i gdzie zabiłeś mojego brata – na chwilę jakby spuścił głowę i zrobił przerwę – Mniejsza o niego – otrząsnął się i kontynuował przemowę – Masz tam pójść i ją przyprowadzić. W ostateczności wystarczy jej krew.
   – Ona żyje – mówiłem bardziej do siebie, ale na tyle głośno, by Konrad to usłyszał.
   – Dokładnie. Dzięki szczepionce, którą otrzymała wiele lat temu, nawet po wielu ugryzieniach będzie żyć. Jest ona bowiem odporna na wirusa – kolejne słowa przeszły jakby trudniej przez jego gardło – Mam jednak nadzieje, że te wielkie stwory jej nie dopadły.
   Radyjko, które cały czas miał przypięte do pasa, nagle zatrzeszczało.
   – Muszę już iść, wzywają mnie, ale jeszcze tu wrócę. Teraz musisz zbierać siły na misję – przeszedł parę kroków ku drzwiom, lecz jeszcze na moment się zatrzymał – jestem po twojej stronie. Jak będziesz czegoś potrzebował daj mi znać za pomocą tego – jego palec wskazał przycisk znajdujący się na szafce.
   To było ostatnie co usłyszałem od doktora tego ranka. Czułem jednak, że tego dnia jeszcze mnie sporo czeka.

2. Ostatni Wypoczynek

   Przez kolejne 2 godziny leżałem i rozmyślałem o tym, co powiedział mi Doktor. Chciałem jeszcze pospać, ale to nie dawało mi spokoju. W końcu wszystko się skończyło, a ja znowu muszę tam wracać. Do świata przepełnionego zapachem śmierci i bólu. Czy nie wystarczająco już wycierpiałem?
Patrzyłem pusto w sufit. Czekałem, aż ktoś wejdzie i powie coś w stylu „już czas”. Nikt jednak nie przychodził. Czekanie doprowadzało mnie do szału. Poza leżeniem, nie miałem żadnego zajęcia.
   Powiedzmy, że misja się uda, a ja wrócę cały i zdrowy z dziewczynką. Potem co? Puszczą mnie? Wątpię by po tym wszystkim wypuściliby mnie tak po prostu. Wszystko się jeszcze okaże.
   Powoli zaczynało się ściemniać, co świadczyło, że od wizyty Doktora minęło wiele godzin. Jedyna osoba, która mnie tu odwiedziła, to pielęgniarka z obiadem i kolejną dawką dziwnych tabletek. Nie wypowiedziała ani słowa podczas pobytu w moim pokoju. Uśmiechała się tylko i na każde moje pytanie, odpowiadała skinieniem głowy. Nawet w wypadku, kiedy nie miało to sensu. Dziwni ludzie tu pracują.
   Kiedy myślałem, że zaraz skonam, do pokoju wszedł mężczyzna ubrany w wojskowy mundur, u którego widziałem przy pasie pistolet. Miałem nadzieje, że nie po to, by go teraz użyć.
– Ty jesteś Dawid? – jego ton był obojętny. Świadczyć mogło to o jego profesjonalizmie w zawodzie.
   – Tak, to ja… a pan to?
– Starszy Sierżant Dominik Sęp! – tytuł wypowiedział z dumą i jednocześnie zasalutował – Zostałem powołany do misji zdobycia przeciwciał. Ponoć jako nieliczny przeżyłeś i wiesz gdzie szukać obiektu – język wojskowy był dla mnie zawsze niezrozumiały. Czy naprawdę nie łatwiej było powiedzieć „przyprowadzenia dziewczynki”, tylko od razu nazywać ją „obiektem”?
– Zgadza się – mimo wszystko starałem się utrzymać tą samą powagę, co mój gość.
– Dobrze – przysunął sobie krzesełko by usiąść obok łóżka – mamy trochę do pogadania.
Nie wiedziałem co powiedzieć, więc po postu cierpliwie czekałem na to, aż sam zacznie temat. Nie musiałem długo oczekiwać na to, aż zacznie.
– Mam nadzieje, że zdajesz sobie sprawę z priorytetu tej misji? – nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej – Ja tak, dlatego przyszedłem tutaj, by poznać cię osobiście, zanim powierzę życie swoje i swoich ludzi, tobie – widać było, że twardy z niego gość i nie lubi się cackać – Nie wyglądasz na kogoś, kto mógłby przeżyć tyle, ale może pozory mylą. Umiesz posługiwać się bronią?
   Jego pytanie wydało się dość irracjonalne. Niby jak mógłbym przeżyć, nie potrafiąc wycelować w głowę trupa i pociągnąć za spust? Mimo wszystko nie chciałem być zbyt pochopny w swoich słowach, bo nie wyglądał na kogoś, kto toleruje takie zachowanie.
– Owszem. Zabiłem już wiele trupów korzystając z broni palnej, czy białej. Inaczej nie przeżyłbym tak długo na zewnątrz.
– Dobrze – przez cały czas, wpatrywał się w moje oczy. Chyba miało to zadziałać jak wykrywacz kłamstw – pamiętasz drogę do budynku?
– Myślę, że tam trafię.
– Ok, to tyle – nie czekając na nic, po postu wstał i odwrócił się do drzwi.
– I już!? To wszystko? – nie zdawałem sobie sprawy, jak głośno to powiedziałem – żadnych moich pytań? Wyjaśnień? Po prostu czy umiem strzelać i czy tam trafię? Skoro ta misja jest tak ważna, to czemu mi więcej o niej nie powiesz? Chociażby kiedy ruszamy?
– Jutro z rana – to były ostatnie słowa jakie wypowiedział. Nawet nie odwrócił się, mówiąc je. Po prostu otworzył drzwi i wyszedł. Zanim jednak się zamknęły, do pokoju wszedł Konrad.
– Widzę, że poznałeś dowódcę twojej misji? – odwrócił się, by zobaczyć, czy ten może go usłyszeć – straszny z niego burak, ale wojskowi już tak mają.
– Najwidoczniej – tutaj akurat musiałem się zgodzić. Nawet nasz dowódca obozu nie był takim prostakiem, jak on. Czekała mnie ciekawa przygoda – może ty mi coś więcej powiesz?
– Nie do końca. Jedyne co mogę ci powiedzieć, to to, że wyruszacie jutro? Ale skoro był już tu ten sierżancik, to pewnie wiesz. Chce tylko sprawdzić, czy wszystkie procesy w twoim organizmie, działają jak należy.
– Mówiłeś, że wyruszymy za dwa, do trzech dni. Co się stało?
   – Cóż… dowództwo nalega, byście wyruszyli jak najszybciej. Udało mi się przekonać ich, żeby poczekali do jutra rana. Niestety nic więcej nie mogłem zrobić – urwał by spojrzeć na wyniki moich badań – ale wszystko wskazuje na to, że dasz radę. Szybko się goisz kolego.
Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem. On chyba naprawdę nie pamięta tego, co wydarzyło się wczoraj z Markiem, czy Angie. Na jego nieszczęście ja pamiętam i wypomnę w odpowiednim momencie. Na pewno jeszcze nie teraz.
– I jak to ma wyglądać? – starałem się dowiedzieć się jak najwięcej, przed jutrem.
– Co masz na myśli?
– No np. czy dostanę jakąś broń, ile to ma mniej więcej trwać, lub jak się tam dostaniemy?
   – Spokojnie, nie wiem wszystkiego. Niestety musisz poczekać do jutra z odpowiedziami, bo ja mam za zadanie tylko sprawić, byś był zdolny do wyprawy. O niczym więcej nie wiem. Cud, że udało mi się uchronić cię przed tym, co spotkało tego pilota… jak mu tam było?
– Marek. To ten którego zabiłeś – dopiero po chwili dotarło do mnie co powiedziałem, ale jednak było to silniejsze ode mnie.
– Gdybyś wiedział jak to wszystko tu działa, zrozumiałbyś mnie. Nie mam tyle czasu, by ci wytłumaczyć cokolwiek – odłożył wszystkie kartki z wynikami badań na miejsce – na tą chwilę musi ci wystarczyć fakt, że jestem po twojej stronie.
   Nie wierzyłem w to, co mówił. Jakim prawem tak myśli? Że niby jest po mojej stronie? Przez niego zginęły dwie osoby, a jemu wydaje się, że jest moim sprzymierzeńcem.
– Czemu nie wziąłeś tabletek? To witaminy i wszystko to, czego twój organizm potrzebuje, do szybszej regeneracji. Przecież nie chcemy cie… – widząc mój wzrok, urwał w połowie zdania. Chyba wiedział, co usłyszy ode mnie, kiedy dokończy, wiec uznał to za bezcelowe – twoja decyzja, ale nie narzekaj potem na bóle głowy, czy stawów.
Nadal nie usłyszawszy odpowiedzi, po prostu wyszedł z pokoju. Na zegarku wskazówki przesunęły się o kolejne miejsca, co dawało mi mniej czasu na odpoczynek.
Kiedy w końcu usłyszałem to, co chciałem, poczułem, że zmęczenie było bardzo mocne. Sprawiło to, że po wyjściu Doktorka, od razu zasnąłem. Obudziłem się dopiero rano.

3. Wymarsz

Widok ten sam co poprzedniego dnia, po przebudzeniu. Na stoliku jedzenie, złożone z tego samego co wcześniej i te cholerne tabletki. Po co mi je podają, skoro wprost powiedziałem, że nie będę ich brał? Najwidoczniej tutaj mogą pozwolić sobie na marnowanie rzeczy.
Dzisiaj jest dzień, w którym wstanę z łóżka i po raz kolejny stawię czoła rzeczywistości. Niezbyt uśmiechało mi się to, ale chyba wolałem wyruszyć w podróż, niż kisić się w tym łóżku.
Dawno nie czułem się tak wypoczęty fizycznie. Umysł cały czas przypominał mi widok przemienionej Angie, więc jeżeli chodzi o wypoczynek psychiczny, to mogłem o nim co najwyżej pomarzyć.
Była godzina 8:06, a poza osobą, która przyniosła mi śniadanie, nie przybył nikt, kto zbudziłby mnie do jakiegokolwiek działania. Wiedziałem jednak, że nie muszę czekać długo, by ktoś w końcu to zrobił.
Spokojnie zjadłem śniadanie, nie spuszczając jednak oczu z drzwi. Czekałem na moment, kiedy wejdzie tu Doktorek, lub ten żołnierzyk, by w końcu przekazać mi informację o tym, kiedy ruszamy. Ciekaw jestem z kim tym razem przyjdzie mi wyruszyć w podróż? Nikt jeszcze mi się nie przedstawił. Oczywiście poza sierżantem, o dumnym nazwisku Sęp.
Nie wiem czemu, ale za każdym razem, kiedy sobie to przypominam, chce mi się śmiać. Niby nic śmiesznego, ale w obecnych czasach, osoba, nosząca nazwisko po padlinożercy, może być powodem do żartów. Wątpię jednak, by jego ludzie mieli okazję się z tego pośmiać, ale ja na razie miałem niezły ubaw.
Kiedy już skończyłem jeść, w końcu usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi. Na całe szczęście pojawił się w nich Doktorek. Nadal nie darzyłem go zaufaniem, ale mimo wszystko był lepszym towarzyszem, niż sierżant.
– Jak się czujesz?
– Całkiem nieźle. Kiedy ruszamy?
Nie miałem zamiaru owijać w bawełnę. Chciałem chociaż raz dowiedzieć się czegoś konkretnie, a nie wymijać temat bocznymi ścieżkami.
– Cóż… Niedługo – mogłem się spodziewać, że Konrad nie poda dokładnej odpowiedzi – przyszedłem ostatni raz sprawdzić odczyty. Potem będziesz należeć do naszych wojskowych.
Należeć? Chyba nie wydaje im się, że jestem jakimś przedmiotem, który od tak można wyrzucić? Niemniej jednak ze swoimi poglądami wolałem poczekać. Pytanie tylko, do kiedy?
– Wygląda na to, że jesteś już w pełni zdrowy. Tak więc moja rola skończona. Dziękuje za współpracę Dawidzie – w tym momencie wyciągnął w moją stronę dłoń.
Przez chwilę nie wiedziałem co zrobić. Patrzyłem raz na niego, a raz na jego rękę. Na palcu miał obrączkę, więc albo jest szczęśliwie żonaty, albo nosi symbol zmarłej żony.
Po namyśle, postanowiłem nie odgrywać żadnych scenek – na pewno nie teraz. Uścisnąłem mu dłoń i rozstaliśmy się w „przyjaznej” atmosferze. Zanim jednak wyszedł, po raz ostatni zwrócił się w moim kierunku.
– Przykro mi z powodu twoich znajomych. Wiedz, że nie chciałem tego, na pewno nie dla Angie. Od początku miała coś w sobie. Wielka szkoda, że odeszła.
Po co mi to wszystko mówi? By wzbudzić we mnie litość i mu wybaczyć? Jedyne co mu się udało, to zagotować we mnie jeszcze więcej złości. Całe szczęście od razu po tym wyszedł, bo nie wiem co mogłem mu zrobić w przypływie szału.
Dosłownie dwie minuty później do pokoju weszła ta sama pielęgniarka, której twarz zobaczyłem na samym początku. Była ładna a w rękach niosła strój i plecak.
– Miło cię widzieć w lepszym stanie. Tutaj masz wszystko, co będzie potrzebne – jednym ruchem rzuciła wszystko na łóżko – ubierz się w to, a ja zaprowadzę cię do sierżanta – odwróciła się do drzwi – poczekam na ciebie na zewnątrz.
Była bardzo stanowcza, jak na tak drobną kobietę. Przypominała trochę… Angie. Chyba jej imię wyryło się na ścianach mojego umysłu. Czy kiedykolwiek o niej zapomnę? Wątpię. Tak samo jak nie mogę zapomnieć o Sylwii.
Ubrałem się w to, co przyniosła mi pielęgniarka. Był to typowy wojskowy strój. Dość obszerne spodnie z dużą ilością kieszeni. Lekki podkoszulek i koszula, a wszystko to w kolorze wojskowego moro. Dostałem nawet czapeczkę, jak z amerykańskich filmów. Spojrzałem na odbicie w lustrze i pierwsze na co zwróciłem uwagę to nie ubiór, a oczy. Już zdążyłem zapomnieć, że były one brązowe. Mgła, która je zakryła zniknęła. Mam nadzieję, że na zawsze.
– Gotowy! – krzyknąłem przez zamknięte drzwi. Nie znałem kodu, ani nie miałem przepustki, by móc samodzielnie wyjść.
Jej odpowiedzią był dźwięk, wstukiwanego kodu. Po chwili drzwi się otworzyły, ale za nimi nikogo nie było. Wychyliłem się i zobaczyłem, że pielęgniarka już idzie korytarzem po prawej stronie.
– Pośpiesz się, bo się tu zgubisz.
Nie dała mi ani chwili, by się rozejrzeć gdzie jestem. Chociaż i tak wszystko wyglądało tak samo, jak wnętrze budynku, do którego się wdarliśmy dwa dni temu. Pewnie właśnie w nim się znajduję.
Całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa. Ona była pogrążona w swojej misji przyprowadzenia mnie do reszty grupy, a ja cały czas się rozglądałem. Nawet nie wiedziałem jak zacząć jakąkolwiek rozmowę. Postanowiłem podzielić się moimi odczuciami do sierżanta.
– Masz jakieś rady, jak postępować  z sierżantem Sępem? – mówiąc to lekko się zaśmiałem. Przypomniało mi się wcześniejsze rozmyślanie, nad znaczeniem jego nazwiska.
– Jest miły dopiero wtedy, gdy zdejmie mundur. Problem jest taki, że nigdy się z nim nie rozstaje – chyba nie zorientowała się, że po kryjomu, naśmiewałem się z ważnej dla niej postaci.
Nawet nie raczyła popatrzeć na mnie, odpowiadając na moje pytanie. Kolejny sztywniak w tym budynku. Pewnie jest ich tu wielu, a ja niedługo poznam najsztywniejszych z nich.
W końcu stanęliśmy przy sporych drzwiach, na których widniał napis „Magazyn”. Dopiero teraz odwróciła się w moją stronę.
– To tutaj, wszyscy są w środku i czekają na ciebie – nie czekając na nich otworzyła je i wskazała bym wszedł.
W środku stało czworo ludzi – w tym znany mi sierżant Dominik. Poza nim było dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Dziwne, że na tak ważną misję, posyłają tak zwaną „płeć słabszą” ale skoro się tu znalazła, musiała być kimś.
– Oto i on we własnej osobie – mocnym tonem głosu, przerwałem harmider, panujący w magazynie – zapraszamy, poznasz swoją drużynę
Niechętnie podszedłem do wszystkich, ale nie mogłem teraz uciec. Grunt, że nie straszne mi są już odleżyny, od łóżka.
– To jest Maciek, ten obok to Rudy, a na końcu stoi Wera. Ludzie przywitajcie Dawida. Będzie on naszymi oczami. Jako jedyny wie gdzie idziemy i kogo szukamy.
– To on? – jako pierwszy zabrał głos facet o przezwisku Rudy – nie wygląda na wojaka.
– Bo nim nie…
– Bo nim nie jestem – przerwałem w ostatnim momencie słowa Sępa – ale wiem jak strzelać i biegam całkiem sprawnie.
– To dobrze, nie potrzebujemy ofermy w drużynie.
Spojrzałem na nich wszystkich. Wyglądali na prawdziwych zawodowców. Włosy przystrzyżone krótko – nawet Wera – do tego porządne gnaty i ciuchy bardziej wypełnione od moich. Może pójdzie szybko i będę mógł znów wrócić do normalnego życia? Chociaż słowo „normalne” niezbyt tu pasuje. Tak czy inaczej chciałem jak najszybciej wyruszyć.
– Dobra, mamy godzinę 9:57. Wyruszamy za równo trzy minuty. Jak ktoś potrzebuje do kibelka, teraz ma ostatnią szansę – pomimo groteskowego tonu, jakim powiedział to sierżant, nikt się nie zaśmiał. Najwidoczniej nikomu nie było do śmiechu.
– Zaraz… a gdzie broń dla mnie?
– Nie słyszałeś? Jesteś oczami, a nie siłą bojową. Twoim zadaniem jest doprowadzenie nas na miejsce, a nie struganie bohatera – brzmiało to, jakby Maciek wypowiedział to na jednym wdechu.
Nie żartowali, więc wolałem nie kłócić się o swoje bezpieczeństwo, zostawiając je w ich rękach. Miałem nadzieje, że to dobre wyjście.
– Wybiła 10! Wszyscy za mną.
Na czele szedł sierżant, za nim Maciek, potem ja, Wera, a szyk zamykał Rudy. Pomimo ich wyszkolenia i doświadczenia w terenie, miałem wrażenie, że nie jest tak bezpiecznie, jakby się wydawało.
– Otworzyć bramę!
Tak oto znowu ujrzałem słońce, jednak ani trochę mnie to nie napawało radością. Teraz dopiero wszystko się zacznie.

4. Mroczna Połowa

Od razu po wyjściu, oślepił mnie blask słońca. Temperatura była nie do zniesienia. W cieniu musiało być chyba z 30 stopni. Mimo to nie dawałem po sobie poznać, że to na mnie działa. Szedłem twardo łeb w łeb z pozostałymi.
Nikt nie wypowiedział chociażby jednego słowa, a każdego napotkanego trupa, zabijała najbliższa osoba, bez użycia broni palnej. Całość wyglądała bardzo profesjonalnie. Tak jakby trenowali to od lat. Nie ulegało wątpliwości, że właśnie tak spędzali czas w ośrodku. Treningi dzień i nocą, byle by być gotowym na każdą ewentualność i każdą misję. Ta wymagała sporego doświadczenia.
Powoli naszym oczom ukazywał się sporej wielkości market, a na jego parkingu stał helikopter. Nic się nie zmieniło w terenie. No może poza paroma trupami, którym najwidoczniej wydawało się, że ktoś znajduje się wewnątrz maszyny. Cały czas uderzały w drzwi. Dopiero kiedy się zbliżyliśmy, zmieniły swój cel na nas.
– To tak się tu dostaliście?
Spojrzałem na Rudego, który przygotowywał się do unicestwienia potencjalnego zagrożenia.
– Dokładnie tak – mówiąc to, przypomniałem sobie jak tu wylądowaliśmy. Nigdzie nie było ciała Kaśki. Zapewne strzał Marka zwabił tutaj wszystkie umarlaki z okolicy, a Kaśka posłużyła im jako podwieczorek.
– Pozbądźmy się ich i ruszajmy dalej.
Wszyscy, na rozkaz porucznika, chwycili za noże i wbili w głowę najbliższemu trupowi. Stworów było tyle co nas, więc pokonanie ich nie stanowiło problemu.
– Wszyscy cicho.
Po raz kolejny żołnierze posłuchali rozkazu i zapadła zupełna cisza. Dopiero kroki porucznika Sępa ją przerwały. Poszedł on w kierunku helikoptera i przystanął przy jego drzwiach. Chwilę nasłuchiwał i z dużym impetem je otworzył. Ze środka wypadła dość młoda kobieta. Na oko miała z 28 lat.
– Proszę, nie strzelajcie! – szybko wstała i od razu znieruchomiała na widok wycelowanych w nią pistoletów.
– Daj mi choć jeden powód, bym nie pociągnął za spust.
Nie wierzyłem w to, co słyszę. Sęp zabrzmiał tak, jakby był bandytą i na nią napadł. Wydawało mi się, że żołnierze pomagają każdemu ocalałemu. A może oni wcale nie byli prawdziwymi żołnierzami?
– Proszę, oddam wam wszystko co mam, tylko nie strzelajcie.
Nikt nie odpowiedział na prośby kobiety. Nikt też nie miał zamiaru powstrzymywać Sępa, przed strzałem. Nie chciałem się wtrącać, ale to jednak była istota ludzka, która nie była zainfekowana.
– Chyba jej nie zabijecie? – w końcu postanowiłem coś zrobić.
Wszyscy poza porucznikiem odwrócili się w moim kierunku.
– A po co nam ona? A jeżeli jest zainfekowana?
– Nie mam żadnych pogryzień! Możecie sprawdzić!
– Zamknij się! – Rudy nie miał litości dla przestraszonej dziewczyny – Strzelając do  niej przysłużymy się światu.
– Ona nie jest zainfekowana.
– A skąd ta pewność? – tym razem głos zabrała Wera.
– A stąd, że wiem co to znaczy być zainfekowanym i rozpoznam taką osobę na kilometr. Jej nikt nie pogryzł – kończąc zdanie popatrzyłem na dziewczynę. W jej oczach pojawiły się łzy.
– Ma rację, nie ma śladu po ugryzieniu – Sęp schował od razu broń – niestety na nic nam się nie przydasz, więc uciekaj stąd.
Kobieta stała jeszcze przez chwilę nie do końca rozumiejąc co się dzieje.
– No już! – Rudy strzelił jej pod nogi. Dźwięk wystrzału od razu sprawił, że oprzytomniała i zaczęła uciekać w stronę marketu.
– Pojebało cię do reszty!? – tylko tyle zdążyłem powiedzieć, zanim Rudy przystawił mi lufę do skroni.
– Bez jej towarzystwa też będziesz taki odważny? – zbliżył głowę na tyle, że niemal stykaliśmy się nosami – nie lubię cię i chce byś to wiedział. Nie wiem po chuj nam ciebie przydzielili, ale lepiej nie pogrywaj sobie ze mną, bo źle na tym wyjdziesz.
– Rudy!
– Nie mam nic do dodania poruczniku.
Odsuwając twarz od mojej, zarysował mu się lekki uśmiech, który znany był mi z horrorów. Zazwyczaj należał do psychopatycznych morderców. Nie podobało mi się to ani trochę.
– Koniec postoju! Zgrupować szyk i ruszamy dalej!
Nikt nic więcej nie dodał. Każdy zajął swoje miejsce. Na początku szedł Sęp, za nim Rudy, następnie Wera, ja, a Maciek zamykał kolumnę.
Od czasu do czasu Rudy spoglądał w moją stronę. Początkowo myślałem, że sprawdza tyły, ale po chwili zorientowałem się, że miał inny plan. Bawił się ze mną korzystając z kontaktu wzrokowego. Starałem się nie patrzeć w jego kierunku.
– Nie igraj z nim.
Głos dobiegł zza mnie. Chciałem się odwrócić, jednak ręka Maćka uniemożliwiła mi skręt głowy.
– Nie teraz.
Nie wiedziałem o co mu chodzi, ale chyba chciał mi coś powiedzieć na temat Rudego. Ciężko było to stwierdzić. Może to próba podstępu, by dać powód Rudemu, do zabicia mnie? Teraz i tak się tego nie dowiem. Najwidoczniej musiałem czekać na znak od Maćka. Pytanie tylko, czy zdoła mi cokolwiek powiedzieć, nim przydarzy mi się coś złego?
Teren stawał się coraz bardziej zalesiony. Minęliśmy parę budynków, jakąś pocztę, szkołę i niezbyt wielkie osiedle. Wszystko pokryte zapomnieniem ludzkości. Trupów nie brakowało, ale były na tyle daleko, by nie stanowiły zagrożenia. Zachowaliśmy maksymalną ciszę przechodząc drogą pomiędzy budynkami.
– Widzicie tamten budynek? – Sęp wskazał budynek obok kościoła. Kiedyś to była plebania, a teraz jedyne miejsce, gdzie nie widać było zagrożenia na zewnątrz – tam chwilę odpoczniemy i zjemy coś.
– Świetny pomysł sierżancie! – Wera była pełna ekscytacji.
– Tak więc ruszyć dupę! Za 5 minut mamy być w środku z rozpalonym ogniskiem.
– Tak jest!
Jako jedyny nie odpowiadałem na rozkazy Sępa. Nie czułem się jednym z nich. Robiłem jednak to, co wszyscy. Wiedziałem, że niewykonywanie zaleceń Sępa źle się dla mnie skończy. Spojrzałem na Maćka, który udawał, że do tej pory nic do mnie nie powiedział. Żadnego znaku.
Budynek miał dwa wejścia. Jedno z przodu, drugie z tyłu. W jednym boku widniało też sporej wielkości okno. To właśnie były nasze wejścia. Zanim udaliśmy się do środka, Sęp podzielił nas na grupy, byśmy zminimalizowali zagrożenie do minimum. Sęp szedł sam, Rudy z Werą, a mi na szczęście trafił się Maciek. Naszym wejściem, był tył budynku.
Kiedy nie było nikogo, poza nami, postanowiłem dopytać Maćka, o co mu wcześniej chodziło.
– To nie są prawdziwi żołnierze.
– Ja kto? – zdziwiło mnie stwierdzenie Maćka – jeżeli nie są nimi, to kim?
– To znaczy tylko ja i sierżant należeliśmy do wojska. Po wybuchu tego gówna, naszych ludzi ubywało. Jedni wyjeżdżali, inni polegli w boju. Byliśmy w krytycznej sytuacji, więc rekrutowaliśmy kogo się dało. Wera wcześniej należała do Straży Miejskiej, a Rudy… no cóż… odsiadywał wyrok za dwie próby morderstwa. Nie jest zrównoważony.
– Kto go posłał na tą misję? – Widać zachowanie Sępa nie było jedyną rzeczą, która mnie dzisiaj zdziwiła.
– Ten doktorek, co się tobą zajmował. Nie wiem czemu tak nalegał, ale to był jego pomysł.
Wszystko stało się jasne. Co za kłamliwy bydlak! Najpierw wmawiał mi, że jest po mojej stronie, a następnie na misję ze mną, posyła jakiegoś psychola. Szkoda, że nie mogę mu teraz napluć w twarz.
– Fakt, Rudy zmienił się i teraz jest dobrym żołnierzem, ale nigdy za nim nie przepadałem. Słyszałem od innych, że często mu odwala.
Stanęliśmy przed tylnymi drzwiami. Maciek szykował się, by nacisnąć klamkę.
– Czekaj! – Spojrzał na mnie, nie do końca wiedząc o co mi chodzi – przecież nie mam broni.
– Faktycznie. Kurwa. Nie mogę ci nic dać, bo sierżant mnie zabije. Weź ten kij – wskazał na ziemię, na której leżał dość spory i trwały badyl – nic więcej nie mogę zrobić.
Cudownie, nie dość, że utknąłem tu z psycholem, to jeszcze moją bronią jest jakaś prymitywna maczuga.
– Na trzy. Raz. Dwa. Trzy!
Drzwi ustąpiły, a zapach zgnilizny uderzył w nas, niczym eksplodujący granat.
– O kurwa!
Obaj z Maćkiem zasłoniliśmy sobie nosy rękawami. Ktoś tu musiał być, albo nadal jest. Sądząc po fetorze, ten ktoś jest tu od bardzo dawna.
– Miej oczy szeroko otwarte.
Znaleźliśmy się w małym korytarzyku. Po prawej były dwoje drzwi, a po lewej tylko jedne.
– Sprawdzamy po kolei. Najpierw te po prawej. Tutaj pewnie są schody na drugie piętro – mówiąc to wskazał wejście po lewej.
Przytaknąłem i ustawiłem się tak, by móc otworzyć drzwi Maćkowi. Następnie on wkracza do środka i eliminuje ewentualnych przeciwników. Ja osłaniam tyły. Taki był plan.
Wskazałem mu na palcach, że odliczam do trzech. Gdy skończyłem, pociągnąłem drzwi do siebie. Zapach nie był intensywniejszy, więc przypuszczałem, że pomieszczenie jest bezpieczne. Tak też było.
Wcześniej znajdował się tu sporej wielkości salon. Teraz nie zostało po nim wiele. Wszystkie meble poprzewracane, a na niektórych widniała krew.
– Ktoś nieźle tu zaszalał.
– Pewnie tak.
Poczułem, że Maciek jest jedyną normalną osobą w tej drużynie. Postanowiłem trzymać się go najbliżej, jak tylko będę w stanie.
Ponowiliśmy wszystko z drugimi drzwiami i tak jak z tymi pierwszymi, nic nie znaleźliśmy. Tym razem naszym oczom ukazał się schowek na pościel. Pewnie kiedyś było jej tu mnóstwo. Teraz było raptem jedno prześcieradło i dwie poszewki na poduszkę.
– Raczej do niczego nam się nie przyda. Idziemy dalej.
Pozostało nam sprawdzić przejście na pierwsze piętro. Tutaj drzwi były uchylone, wiec nie było problemu w dostaniu się do środka. Na schodach widniało sporo zaschniętej krwi. Widać Bóg, nie był łaskawy dla swoich wyznawców i nawet tutaj pozwolił ich dopaść.
Główną misją było jednak zlokalizowanie przyczyny tego smrodu. Idąc na górę zapach stawał się intensywniejszy. To właśnie był nasz cel.
– Czujesz to? Musimy być blisko.
– Aż oczy szczypią.
Zaśmialiśmy się obaj, cały czas nie tracąc czujności. Za drzwiami usłyszeliśmy ruch. To było to. Smród był nie do zniesienia, więc jak najszybciej trzeba było się pozbyć lokatorów.
– Gotowy?
– Gotowy.
Po wejściu, obaj dostrzegliśmy trupa, ubranego w sutannę. Patrzył tępo w okno. Dopiero po naszym wtargnięciu zorientował się, że nie jest sam.
– Dobra, jest sam, więc załatwię to szybko.
Maciek wyciągnął nóż i powoli szedł w stronę zmarłego księdza.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że to nie ksiądz był źródłem fetoru. Z jednej z sali, wyszło około pięć stworów. Maciek był już za daleko, by mógł się cofnąć do mnie.
Zobaczyłem, jak jego usta poruszają się wypowiadając bezdźwięcznego „kurwa”. Nie mogłem go tak zostawić, więc postanowiłem zadziałać.
– Hej brzydale! Tutaj jestem!
Hałas zwabił czterech z nich. Teraz Maciek miał szansę wyjść z tego cało.
– Jestem tutaj! Chodźcie do mnie! Świeże mięsko, specjalnie dla was.
Ku mojemu zaskoczeniu z pomieszczenia wyszło kolejnych dwóch, jednak tym razem były to dzieci. Widok dzieci zombie zawsze wzbudzał we mnie smutek. Przypominał mi o śmierci małego Michałka i o niewiadomym losie Kasi.
W czasie moich przemyśleń, Maciek powalił już dwóch z trupów, a na mnie nadal szło sześciu. Teraz to ja znalazłem się w tarapatach. Odwróciłem się do drzwi, jednak te były zamknięte. Na pewno zostawiłem je otwarte, właśnie po to, by móc z nich skorzystać w podobnej sytuacji. Pociągnąłem za klamkę, ta jednak nie ustępowała. Tak jakby ktoś stał po drugiej stronie i trzymał, bym nie mógł się wydostać. To mogło znaczyć jedno…
Dotyk jednego z trupów wystraszył mnie. Słyszałem jego kłapanie paszczy, gdy nagle wszystko zelżało. Odgłos upadających zwłok, przypominał odgłos rzucanych worków ziemniaków. Był ciężki i głośny.
Maciek stał z podniesionym pistoletem. Tłumik na końcu lufy sprawił, że nie słyszałem żadnego strzału. Stałem tak jeszcze przez chwilę, by spokojnie dojść do siebie, gdy drzwi za mną się otworzyły. Pojawił się w nich Rudy.
– Nic wam nie jest? Słyszałem… ow…
Jego udawane zaskoczenie czuć było bardziej, niż smród gnijącego mięsa.
– Ty dupku… – nie byłem w stanie powiedzieć nic głośniej.
– Co powiedziałeś?
– Ty jebany idioto! Przez ciebie prawie zginąłem! To ty przytrzymałeś drzwi! – Marzyłem by przywalić Rudemu prostu w twarz, jednak dostrzegłem za nim stojącego Sępa.
– To prawda?
Rudy odwrócił się w kierunku sierżanta. Nie widziałem już tego tępego spojrzenia.
– Ja? Przecież mnie znasz sierżancie. Nigdy nie zrobiłbym czegoś tak nieodpowiedzialnego.
Sęp patrzył jeszcze chwilę na swojego podwładnego, po czym spojrzał na podłogę wypełnioną trupami.
– Posprzątajcie tu. Budynek już jest czysty, więc możemy odpocząć – nie czekając na odpowiedź odwrócił się i poszedł schodami w dół.
Kiedy Rudy obrócił się w moim kierunku, w jego oczach był ten sam błysk, co podczas marszu. Widziałem w nim chęć mordu. Pierwszy raz bardziej bałem się kogoś żywego, niż martwego.

5. Ratunek

Po rozpaleniu ogniska wszyscy usiedli, odkładając na bok cały swój ekwipunek – poza bronią, ją mieli cały czas przy sobie. Starałem się zająć miejsce jak najdalej od Rudego. Udało się. Po swojej prawej miałem Maćka, a po lewej Werę. Wierzyłem, że w grupie jestem bezpieczny, dlatego starałem się nie oddalać za bardzo. Nawet odlewając się, stawałem na widoku wszystkich.
– Tęsknie za normalnym żarciem.
Słowa Wery usłyszał każdy, ale nikt się na nią nie spojrzał. Wszyscy grzebali swoimi łyżkami z niezbędnika, w czymś, co miało być mielonką, a wyglądało jak mózg jednego z trupów… smakowało podobnie.
– Zawsze to samo! – zniecierpliwiony Rudy aż wstał ze złości – czy chodź raz nie możemy zacząć rozmowy od czegoś pozytywnego!? Zawsze tylko to jebane wspominanie! – w przeciwieństwie do słów Wery, występ Rudego skupił wszystkich na nim. – Tamtego świata już nie ma od kilku lat, a ty ciągle go wspominasz! Po chuj!? – Tym razem swoją wypowiedź kierował bezpośrednio do Wery.
– Kutas.
Swoją uwagę z Wery, przeniósł na autora komentarza – Maćka.
– Słucham? Co powiedziałeś?
– To co słyszałeś, a jeżeli masz z tym problem, to radzę przestać pierdolić i zacząć słuchać.
Złość Rudego momentalnie zawitała na jego twarzy. Cały aż poczerwieniał. Przez chwilę wyobraziłem sobie, że wyciąga nóż i wbija Maćkowi w oczodół, a potem podchodzi do mnie i powtarza tę czynność. Na szczęście była to tylko moja wyobraźnia. Choć z drugiej strony, nie pocieszało mnie to do końca, bowiem cały czas wiedziałem, że Rudy jest do tego zdolny. Powstrzymywała go tylko obecność Sępa.
– Dość tego! – w końcu do dyskusji włączył się sam sierżant. – Zawsze to samo! Już mi się rzygać chce, jak was słucham. Rudy siadaj i wpierdalaj, bo potem nie będziesz miał czasu na żarcie.
To wystarczyło by pojawiła się cisza. Rudy usiadł obok Sępa i kontynuował posiłek. Jedząc. nie spuszczał wzroku z Maćka. Coś czułem, że jest on kolejną ofiarą w jego planie – tuż po mnie.
Kiedy wszyscy zjedli, przyszedł czas ruszyć w dalszą drogę. Zebranie drużyny trwało mniej, niż minutę. Cały czas byłem pełen podziwu. Przecież nie była to drużyna, będąca na każdej misji razem, a mimo to wyglądali, jakby spędzali ze sobą każdy dzień, trenując manewry. Najwidoczniej ludzie należący do wojska, już tak mieli, a chęć przetrwania w tych czasach, motywowała ich do szybszej nauki.
Chwilę później, znajdowaliśmy się na głównej ulicy. Nie widać było większego zagrożenia ze strony zmarłych. Prognozowało to całkiem dobrze, ale nie wierzyłem w szczęście, więc cały czas byłem gotów na najgorsze.
Droga nie była trudna do pokonania. Można rzec, że mieliśmy idealne warunki na podróż. Doskonała widoczność i zero przeszkód. Największym zagrożeniem mogły być okna budynków, które mijaliśmy. W jednym z nich mógł czyhać jakiś strzelec, a widząc wojskowe ciuchy było pewne, że nasza drużyna posiadała zapasy, które były niezbędne w tych czasach. Broń, jedzenie i woda pitna. To właśnie były główne atrybuty ówczesnego człowieka. Bez nich, nikt nie przeżyłbyś dłużej, niż parę dni.
Rozglądając się, w poszukiwaniu zagrożenia, zobaczyłem budynek, który gdzieś już wcześniej widziałem. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, skąd go kojarzę. To właśnie na jego dachu, widzieliśmy z helikoptera rodzinę, którą mogliśmy uratować. Nie zrobiliśmy tego, a teraz pokrywa go czerwień niewinnej krwi. Z każdym krokiem przesypuje się życie w klepsydrze niewinnych istnień.
– Według mapy, musimy iść tą drogą jeszcze około 40 minut.
Oświadczył Sęp bardziej sobie niż innym, lecz powiedział to na tyle głośno, że każdy z nas usłyszał.
– Coś czeka nas po drodze?
– Jak miniemy to osiedle, czeka nas przeprawa przez park, oraz trochę bardziej zaludnione osiedle.
– Tak więc czeka nas niezła jatka! – Rudy z ekscytacją w głosie, zacisną obie pięści w geście zadowolenia.
– Jednak jesteś nienormalny – na komentarze Wery, Rudy był zdecydowanie mniej cięty niż na moje, czy Maćka. Ciekawe czy ze względu na to, że jest kobietą, czy może miał inne powody. Jeżeli to była kwestia płci, to najwidoczniej w tym człowieku było jednak coś zrównoważonego.
Minęliśmy osiedle. Cały czas byliśmy na granicy Warszawy. Mimo bliskości ze stolicą, tutaj życie zawsze toczyło się wolniej. Nikt tak nie pędził, by zdobyć jak największą ilość pieniędzy. Zawsze irytowało mnie, jak ludzie są zaślepieni własną kieszenią. W prawdzie teraz cały świat był jedną wielką stolicą śmierci. Zamiast pieniędzy, były rzeczy niezbędne do przetrwania. Wtedy się zabijało dla własnych korzyści i teraz robi się dokładnie tak samo. Ludzkość zmierza ku zwierzętom, a Rudy może być ich przywódcą.
Zabudowania znikały, na rzecz roślinności. Powoli zbliżaliśmy się do parku, ale zanim to nastąpi, musieliśmy przejść trochę niezamieszkanych terenów. Tutaj zwolniliśmy tempo, ponieważ możliwość ataku zombie, była zdecydowanie wyższa, a na to nie mogliśmy pozwolić.
Udało nam się ustalić drogę, dzięki której będziemy bardziej na otwartym terenie. Trzeba wybierać pomiędzy większym prawdopodobieństwem ataku trupów, a ludzi. Według drużyny, z tymi drugimi łatwiej wygrać. Tylko ja byłem innego zdania, ale to w końcu ja byłem zdany na łaskę otaczającego nas świata. Oni tylko grzali tyłki w budynku laboratorium, z dala od panującego na zewnątrz prawa.
Mimo tego planu, już na samym początku napotkaliśmy stado wygłodniałych trupów. Było ich chyba z trzydziestu. Całkiem spora grupa. Przewagą dla nas była odległość i efekt zaskoczenia. Wprawdzie dwóm udało się nas odnaleźć, ale co to za zagrożenie, dla dwóch wojskowych, dwóch „wojskowych” oraz jednego cywila? Żadne.
– Dobra ludzie. Po pierwsze, nie rozdzielamy się. Tym razem to nie zadziała. Musimy przejść niezauważeni, bo inne drogi mogą okazać się o wiele gorsze, niż ta.
– Gorsze od tego?
– Tak się składa, że tutaj mamy pełne pole do manewrów. Inne drogi były węższe, a widoczność tam była o wiele gorsza. Tutaj przynajmniej wiemy z kim będziemy walczyć. Tam zagrożenie mogło nas zaskoczyć w każdym momencie – nikt już nie wyraził sprzeciwu Sępowi. Najwidoczniej był bardziej przygotowany na podróż, niż mi się zdawało.
Znajdowaliśmy się za jedną z pagórków, które zapewniały nam kryjówkę.
– Tam jest ich najmniej – Sęp wskazał jedną z pięciu ścieżek parku – tamtędy uda nam się przecisnąć, zwabiając najmniejszą liczbę tych bydlaków – by każdy zrozumiał plan, Sęp dodał krótką pauzę – jakieś pytania? – znowu cisza – tak myślałem. Ruszamy na mój znak
Wszyscy czekali, aż Sęp powie to magiczne słowo.
– Już!
Ruszyliśmy w kierunku, wcześniej wskazanym przez Sępa.
Nikt się nie zatrzymywał. Nie byłem tak sprawny, jak reszta, dlatego biegłem na końcu. Nie byłem w stanie dotrzymać im kroku. Na ostatniej prostej stało, około 7 trupów, nie spostrzegli się, że obok nich przebiegaliśmy, dopiero kiedy ja dobiegałem, Rudy strzelił w kierunku jednego z nich – chybił.
Hałas sprawił, że wszystkie trupy w okolicy zorientowały się, że jesteśmy niedaleko. Pierwsze z nich szły w moim kierunku. Wyglądały na w miarę świeże, dzięki czemu poruszały się dość żwawo. Wydawało mi się też, że widzę tutaj rodzinę z dachu.
Dobiec do reszty ekipy było za późno, dwa trupy odcięły mi drogę. Widziałem tylko cień Rudego, który machał mi zza trupów. Znowu próbował mnie zabić, jednak teraz bardziej skutecznie.
Z każdą sekundą nowe zombiaki otaczały mnie, uniemożliwiając ucieczkę. Miałem parę sekund by coś wymyślić, inaczej zjedzą mnie tu żywcem. A nawet jak uda mi się uciec z pogryzieniem, to żadne lekarstwo mi już nie pomoże. Czas mijał, a ja stałem w miejscu, nie wiedząc co zrobić. Rozglądałem się raz w prawo, raz w lewo i nic. Dopiero po chwili dostrzegłem zarys postaci, która nawołuje mnie machaniem ręki. Czy miałem wyjście, niż biec w jej kierunku? Nie.
Była ona w miejscu, z którego niedawno wystartowaliśmy. Może nas śledziła, a teraz chciała się mnie pozbyć? Nie miałem wyjścia, trupy odcięły mnie od innych dróg awaryjnych.
Byłem coraz bliżej, kiedy jeden z trupów złapał mnie za rękaw. Siłowaliśmy się, ale nagle w jego głowie pojawiła się dziura i padł na ziemię. Odwróciłem się, a to nieznajomy trzymał w ręku karabin. Znajdowałem się na takiej odległości, że mogłem już stwierdzić, że nieznajomy był kobietą. Nadal jednak nie wiedziałem kto to. Skoro mnie jednak uratowała, musiała być po mojej stronie.
Zostało mi do przebycia jakieś 100 metrów. Nieznajoma oddała jeszcze 3 strzały. Gdy już dobiegłem, mogłem przyjrzeć się mojej wybawicielce. Była nią dziewczyna, którą spotkaliśmy przy helikopterze.
– Chyba cię zostawili.
– Najwidoczniej.
– Jestem Ewa – schowała za siebie broń i wyciągnęła rękę.
– Dawid, miło mi – postąpiłem dokładnie tak samo.
– Co teraz zrobisz?
– Muszę uratować małą dziewczynkę, zanim dostanie się do niej pewien psychol.

6. Prawdziwa Droga

   Historia, którą opowiedziałem Ewie, nie zrobiła na niej większego wrażenia, poza jednym szczegółem.
– Mówiłeś, że byliście w domku w lesie, w którym po raz pierwszy widzieliście mutanta. Mam racje?
– Dokładnie. To właśnie tam zginął…
   – Tak, Krzysiek. Mówiłeś – mówiąc o śmierci człowieka, nie przejmowała się tym i traktowała ją tak samo obojętnie, jak pogodę – Mówiłeś, że znalazłeś list. Masz go jeszcze?
– A czemu ci tak na nim zależy?
– Cóż – pierwszy raz, od drugiego spotkania, zauważyłem, że Ewa jednak posiadała uczucia – napisał go mój mąż.
To dlatego ta część opowieści, była dla niej tak ważna. Dopiero teraz sobie przypomniałem, że doktor napisał tam imię żony, do której najprawdopodobniej to adresował.
Nie odpowiadając wstałem i zacząłem szukać go w kieszeniach i plecaku, ale bez skutku.
– Nie mam go. Musieli mi go odebrać, jak leżałem nieprzytomny w ośrodku.
– Szkoda – jej głowa opadła na dół – to by była moja jedyna pamiątka po nim.
– Przykro mi – mówiłem to szczerze. Śmierć kogoś bliskiego nie była dla mnie obca.
– Nie można zostawać w tyle, idziemy.
Obraz kobiety, która z takim strachem w oczach, chciała oddać wszystko co miała, bandzie żołnierzy, zniknął. Na jej miejscu pojawiła się silna i niezależna postać. Niewiele osób, potrafiło skryć swój smutek, za maską kogoś innego. Ewie się to udało i wcale nie była przy tym sztuczna.
– Pamiętasz mniej więcej jak dojść do miejsca, gdzie wcześniej widziałeś tą dziewczynkę?
– Tak – trochę skłamałem. Drogę w tę stronę przebyliśmy helikopterem, a ja na dodatek w nim usnąłem. Za cholerę nie wiedziałem jak iść.
– To ruszamy.
Ewa była pewna siebie. Imponowało mi to, u kogoś innego. Zawsze to ja, musiałem odgrywać „przywódcę”, aż do teraz. Poza tym, dawno nie czułem się tak swobodnie przy kimś, jak przy niej. W każdym razie wiedziałem, że w razie niebezpieczeństwa, mogłem na nią liczyć.
– Masz może jakąś broń?
– Niestety nie.
– W takim razie trzymaj – w jej ręku pojawił się pistolet – bez broni nie dasz rady.
– Nie boisz się, że zrobię ci krzywdę?
– Gdybyś chciał, to już byś to zrobił – na jej twarzy pojawił się uśmiech – a teraz bierz.
Wziąłem broń, którą dała mi Ewa. Był to zwykły glock, który był chyba najczęściej spotykanym pistoletem w obecnych czasach. Był dobrze wykonany i można było na nim polegać.
Odczekaliśmy chwilę. Zombie, które wcześniej mnie otoczyły, rozeszły się w różne strony. Ekipy Sępa też już tu nie było.
– Droga wolna, za mną.
Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, Ewa ruszyła do przodu. Ścieżka, która wcześniej doprowadziła mnie do Ewy, faktycznie była wolna. Nie licząc paru trupów, którzy nawet nie zorientowali się, że obok nich przebiegliśmy. Zajęło nam to parę sekund i wyszliśmy na prostą. Dalsza przestrzeń nie była tak otwarta, jak ta tutaj. Obok ścieżki widniało wiele krzaków, które skrywać mogły wiele niespodzianek. Nie słychać było strzałów, ani nigdzie nie było widać krwi. Tak więc Sęp i reszta przedostali się bez trudu. Skoro im się udało, nam też się uda.
– To o co chodzi z tą dziewczynką? – W momencie, kiedy wszystko się uspokoiło, Ewa poruszyła temat naszej misji.
– Cóż… W jej krwi jest lekarstwo na to gówno.
– Z tego co wiem, już jest jakieś. Mój mąż nad tym pracował.
– I udało mu się, jednak nie jest ono do końca sprawne. Można go użyć raz.
– A jeżeli ktoś ugryzie cię drugi raz?
– Już nie pomoże.
Ewa jeszcze chwilę na mnie popatrzyła i nie mówiąc już nic, po prostu przytaknęła. Najwidoczniej oznaczało to koniec rozmowy.
Na szczęście mieliśmy tą przewagę, że znaliśmy drogę. Chociaż z drugiej strony, gdybym tylko ja ją znał, Sęp i reszta – poza Rudym – nie pozwoliliby mi tak po prostu zginąć. Musieli mieć jakiś plan B. Oby potrwał on dłużej, niż nasza podróż tam.
– Cicho – Ewa przykucnęła i od razu rozkazała mi zrobić to samo – widzisz ich?
Palec Ewy pokazywał grupkę ludzi, którzy siedzieli przy jednej z ławek parku. Pewne było, że to grupa Sępa. Rzecz, nad którą wszyscy się pochylali, najwidoczniej była mapą. Tak więc to był ich plan B.
– Musimy ich ominąć tamtędy. Wyjdziemy na prostą i ich wyprzedzimy.
– Skąd wiesz?
– Mieszkaliśmy z mężem niedaleko stąd. Kiedy on spędzał całe dnie w laboratorium, ja chodziłam tu na spacery. Znam to miejsce jak własną kieszeń.
– No to prowadź.
Przemknęliśmy się tak, by nikt nas nie wypatrzył – nikt żywy, ani martwy.
– Dobra, ta droga prowadzi do naszego celu.
– Czyli wiesz gdzie idziemy?
– Mąż nigdy mi nie mówił, że pracuje w tajnym laboratorium w domku w lesie. Nie znaczyło to jednak, że nie wiem gdzie ono się znajduje.
Z minuty na minutę Ewa coraz bardziej mnie zaskakiwała. Całe szczęście,  nie muszę już dłużej udawać, że wiem dokąd idziemy. Prawdę mówiąc, absolutnie nie wiedziałem gdzie jest ten domek. Wątpię, by i tym razem Sylwia mi pomogła w dostaniu się do niego. W sumie nie słyszałem jej, odkąd się obudziłem. Przez całe to zamieszanie zapomniałem o jej istnieniu – albo nieistnieniu. Czyżby znaczyło to, że wracam do zdrowia psychicznego? Jeżeli na to pytanie nie odpowie mi Krzysiek, to znaczy, że tak też jest.
– Pewnie nawet nie wiesz, jak tam dojść, prawda?
– Dokładnie.
– Wy faceci… dobra, chodźmy.

7. Powrót

Droga nie była trudna. Nawet zmarli nie stanowili wielkiego zagrożenia. Wygląda na to, że zła passa nas opuściła. Przez cały czas krążyła nade mną, nie dając mi spokojnie przeżyć chociaż jednej godziny. A teraz? Wszystko było zbyt kolorowe. Za długo żyłem w tym świecie, by wierzyć w cuda.
Od dłuższego czasu żadne z nas nie wypowiedziało słowa. Patrzyliśmy w każdą stronę, by uniknąć nieprzyjemnej niespodzianki.
– Czym wcześniej się zajmowałaś? – było to pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy.
– Byłam zawodową pływaczką.
– Ciekawe.
– Teraz to i tak bez znaczenia.
– Dlaczego? Warto pamiętać to, co było kiedyś.
– Wiesz co mnie dziwi? Fakt, że jeszcze żyjesz.
– A to czemu?
– Z początku byłam w większej grupie. Ukrywaliśmy się w markecie, niedaleko tego helikoptera. Było nas 8 osób. Nie było tam żadnego z moich przyjaciół, więc raczej trzymałam się na uboczu – hałas z boku rozkojarzył Ewę. Jak się jednak okazało, nie było to nic poważnego – na czym to ja… a tak. Tak więc była tam rodzina, która za wszelką cenę chciała wrócić po swoje „skarby tamtego świata”. Jakieś zdjęcia, czy inne pierdoły. Nie wiem jakim cudem przekonali wszystkich, by udać się do ich domu, a tym bardziej nie wiem jakim cudem, udało im się przekonać mnie. Tak czy inaczej poszliśmy wszyscy. I zgadnij kto nie wrócił z tej wyprawy?
– Ta rodzina?
– Dokładnie, a razem z nimi jeszcze jedna osoba. Potem się okazało, że jedna osoba była ugryziona i wróciła do marketu zainfekowana. Ne muszę chyba mówić co było dalej?
Pokręciłem głową, na znak odpowiedzi.
Ich wspomnienia kosztowały życie nie tylko ich, ale też resztę – w tym momencie Ewa jakby zaczęła przypominać sobie obrazy z tamtego dnia.
Też na moment przestałem myśleć, o otaczającym świecie. Znowu w mojej głowie pojawiły się twarze tej rodziny na dachu. Może to właśnie o nich mówiła Ewa? Teraz to i tak było bez znaczenia. Przykro było o tym myśleć w ten sposób, ale miała rację. Wspomnienia zabijają.
– Uważaj!
Ewa ruchem ręki odepchnęła mnie, tym samym pozbawiając umarlaka obiadu. Upadłem na ziemię, a zaraz za mną padł trup.
– O tym właśnie mówię. Nie muszę zgadywać, gdzie byłeś myślami?
Nie odpowiedziałem. Wstyd mi było, że potwierdziłem jej słowa. Tak naprawdę żyłem tylko dzięki innym.
Szybko wstałem i się otrząsnąłem. Ruszyłem za Ewą, by nie zostać w tyle.
Kolejne kilometry za nami, a rozmowa nic a nic się nie kleiła. Nie miałem pomysłu jakby ją kontynuować.
– Ciekawe jak długo zajmie tym wojskowym odnalezienie prawdziwej drogi.
– Naprawdę cię to interesuje?
– Miałem być ich mapą, to dzięki mnie mieli trafić na miejsce.
– Co z ciebie za mapa, skoro nie znasz drogi?
– Żadna. Ale pamiętam okolice i znam tą dziewczynkę.
– Chociaż tyle. A co zamierzasz, kiedy ją odnajdziemy?
Nie potrafiłem od razu odpowiedzieć na to pytanie. W sumie co zamierzałem? Odstawić ją do labolatorium? Nie dopuścić, by tamci ją znaleźli? Żadna odpowiedź nie była tą prawidłową. Na razie chciałem uchronić ją przed Rudym… skoro ta dziewczynka jest tak ważna, to nie można dopuścić, by jakiś psychol ją ekskortował.
– Nie wiem.
– Wspominałeś, że ma ona we krwi lekarstwo?
– Tak.
Ewa patrzyła na mnie, a na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– Chyba mam pomysł.
– Jaki?
– Zaraz ci wszystko powiem, tylko najpierw miej oczy szeroko otwarte. Jesteśmy już na miejscu.