2. Strach

Nie był to byle kto, lecz osoba, która jako jedyna sprawiała, że wciąż byłem człowiekiem. Dzięki niej potrafiłem wierzyć, że kolejny dzień będzie tym, który przyniesie zbawienie, i przywróci blask słońca.
Krew… Czerwona plama pojawiła się w miejscu ugryzienia. Czułem potworny ból i pieczenie. Nigdy nie przypuszczałem, że człowiek fizycznie jest zdolny do tego, by tak mocno wgryźć się w mięsień. Ale ona nim już nie była. Jej człowieczeństwo przestało istnieć wraz z nadejściem dzisiejszego dnia. Gdy patrzę teraz tak na nią, gubię się we własnych myślach. Co teraz zrobię? gdzie się podzieje? gdzie znajdę mój mały świat bez bólu i strachu. Przez moment wszystko stało się jedną wielką czarną plamą. Wszystkie myśli połączyły się w jedną, nieposiadającą żadnej konkretnej formy.
Czas stoi w miejscu, a w mojej głowie brzmi tylko jej imię… Sylwia… coraz głośniej i wyraźniej, odbija się echem od dna mojego umysłu… Sylwia… Cały czas mam wrażenie, że to tylko zły sen, który minie i wszystko wróci do normy. Dlaczego ona? czemu ten świat nie zna umiaru w wyrządzaniu krzywd?
Boje się… wiem jak wszyscy kończą po ugryzieniu, i wiem, że ze mną nie będzie inaczej. W tej chwili całe moje życie przemknęło mi przed oczami. Zobaczyłem, że kiedyś niebo potrafiło być niebieskie, a trawa zielona. Przypomniało mi, że kiedyś ludzie potrafili żyć wspólnie i nie musieli martwić się o kolejny dzień.
Ile czasu mi zostało? Mam go liczyć w minutach? sekundach? dniach? a może to się stanie teraz? Patrzę po pokoju i widzę lustro, lecz jest zbyt daleko bym mógł zobaczyć swoje odbicie. Chcę wstać i stwierdzić, czy nadal jestem żywy, ale całe moje ciało jest zbyt ciężkie bym mógł je unieść.
Na 18 urodziny otrzymałem od matki zegarek, który służył mi do tej pory. Nic szczególnego, był srebrny i niegdyś błyszczący. Kiedy na niego spojrzałem, w diamentowej tarczy ujrzałem swoją twarz, była blada niczym ściana, lecz wciąż należała do człowieka. Nie wiem co miałem o tym myśleć, bo nie wiem ile ten stan mógł jeszcze potrwać.
Strach nie odstępował mnie o krok. Ściany zaczynały się zbliżać i zgniatać mnie ze wszystkich stron. Cała ta sytuacja nie podziałała korzystnie na moją psychikę. W takich momentach najlepiej mieć przy sobie kogoś, i faktycznie nie byłem sam. Ona wciąż tu leżała, i wpatrywała się we mnie matowym spojrzeniem. Przez chwilę wydawało mi się, że na jej twarzy pojawia się uśmiech. Mówiła do mnie.
– Już niedługo mój ukochany, będziemy mogli być razem na wieczność – jej słowa brzmiały tak realistycznie, że przez chwilę pomyślałem, że żyje. Prawda była zupełnie inna.
Coraz większa czerwona plama na koszuli zaczęła mnie niepokoić. Nie chciałem tego robić, lecz musiałem w końcu spojrzeć na ranę. Kiedy to zrobiłem, od razu zakręciło mi się w głowie. Sufit zaczął zlewać się z podłogą. Rana była głęboka, i sączyła się z niej krew. Musiałem w końcu coś zadziałać, bo powoli opadałem z sił. Obok łóżka znalazłem kawałek urwanego prześcieradła. Było stare, i już dawno rwało się na wiele kawałków. Owinąłem nim ranę, by powstrzymać krwawienie. Nie miałem czym jej odkazić, ani z czego zrobić normalny opatrunek, więc ten był tymczasowy. Zmieniłem koszulę wciąż nieświadomy tego co się dzieje. Cały czas byłem pod wpływem adrenaliny, więc nie zdawałem sobie sprawy, jaki ból musiał towarzyszyć mi przy zakładaniu opatrunku.
Gdy czas w końcu wrócił do normy, a całe zajście nie powracało nieustannie w mojej głowie, usłyszałem walenie do drzwi. Po chwili ustąpiły, a do środka wpadł Karol.
– Słyszałem… – w tym momencie ujrzał ciało Sylwii – co tu się stało!? – nie byłem w stanie odpowiedzieć mu, co tu dokładnie zaszło. Cały czas ciało odmawiało mi posłuszeństwa.
– Hej, Dawid! słyszysz mnie? nic ci nie jest? ugryzła cie?
W tej chwili mogłem powiedzieć tylko jedno.
– Nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

14 + seventeen =