3. Kiedy Słońce Świeci Nad Nami

Dzięki pomocy Karola udało mi się wyjść na zewnątrz. Od razu uderzył we mnie blask wschodzącego słońca. Dopiero teraz, doceniłem to, co tak naprawdę miałem na co dzień. Lekki wiatr targał moimi włosami we wszystkie strony, a promienie słoneczne ogrzewały moje ciało. Próbowałem spojrzeć w sam środek słońca, lecz światło było zbyt intensywne. Całe otoczenie wydawało się cieszyć na mój widok. Był środek lata, a temperatura sięgała już ok. 20 stopni. Mimo to, cały czas było mi zimno i miałem dreszcze. Zauważyłem też, że na ręku mam gęsią skórkę, będąc ubranym w długie spodnie, oraz koszulę z długimi rękawami. Prawdopodobnie był to skutek utraty krwi, ale nikt nie mógł się o tym dowiedzieć, nawet Karol, który w tym i poprzednim świecie był i jest moim najlepszym przyjacielem. Nie chciałem być zagrożeniem dla nikogo, lecz śmierć też nie wchodziła w grę. Strach przed odejściem był zbyt silny. Już wiem jak czuły się osoby śmiertelnie chore, które właśnie dowiadywały się o swoim stanie zdrowia. Tak jak i im, mnie nie zostało dużo czasu, maksymalnie 24 godziny. – Na pewno nie chcesz iść do lekarza? Nie wyglądasz najlepiej.
Nie miałem nastroju, ani siły do rozmów z kimkolwiek. Chciałem zapaść się pod ziemię. Tam na pewno nie zrobiłbym nikomu krzywdy. Lecz w tym momencie nie mogłem pozwolić sobie, by moją głowę opanowały bezsensowne myśli. Teraz najcenniejszy był czas.
– Hej! Słyszysz mnie?
Po chwili ciszy w końcu udało mi się odezwać.
– Niczego nie potrzebuję. Dziękuję Ci za wszystko, ale teraz marzę o tym, by zostać sam – mój głos był cichy lecz stanowczy.
– Jasne, rozumiem. W razie czego, wiesz gdzie mnie szukać.
Twierdząco kiwnąłem głową, i udałem się w stronę prowizorycznej stołówki.
Usiadłem przy stole, i starałem się wpaść na pomysł jak temu zapobiec. Może jednak jest jakieś lekarstwo? Może nie warto tracić nadziei? Na wszystkie te pytania znałem odpowiedź, ale nie chciałem jej przyjąć do wiadomości. Gdy tylko pomyślałem o Sylwii i o tym co się z nią stało, wstrząsnął mną silny dreszcz. Zimno opanowało całe moje ciało. Starałem się w jakikolwiek sposób rozgrzać, lecz wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Z każdą chwilą czułem się coraz słabszy. Krew przestała już ciec. Spojrzałem na rękę, czy nie powstała jakaś nowa plama. Na całe szczęście rękaw był czysty.
Po chwili zauważyłem, że do mojego stołu zbliża się Sara z 2 kubkami ciepłej herbaty – zawsze o mnie dbała.
– Karol powiedział mi co się stało – spuściła twarz, po czym ponownie na mnie spojrzała – Bardzo mi przykro. Lubiłam Sylwię, to wielka szkoda, że odeszła w taki sposób. Przyjmij moje wyrazy współczucia – mówiąc to, delikatnie chwyciła mnie za dłoń, i od razu się skrzywiła. Jej dłonie w porównaniu z moimi były gorące.
– Jesteś lodowaty. Masz, przyniosłam Ci ciepłą herbatę – podsunęła mi kubek, z którego para unosiła się ponad nami – jeżeli chcesz mogę potowarzyszyć ci, byś nie musiał tego przeżywać sam – jej troskliwy głos był ukojeniem dla mojej zranionej duszy.
– Doceniam to i dziękuję, ale potrzebuje chwili samotności.
Z upływem czasu coraz łatwiej przychodziło mi mówienie. Uśmiechnąłem się i skulony ponownie podziękowałem. Sara odeszła, a ja chwyciłem kubek, by chodź trochę rozgrzać moje zmarznięte palce. Przy pierwszym łyku, stwierdziłem, że herbata nie smakuje jak wczoraj. Czułem gorzki posmak w ustach. Nie wiedziałem, czy to kolejny objaw zakażenia, czy po prostu mój umysł bawi się ze mną zmieniając mój zmysł smaku. Jednak jedno było pewne. Z każdym kolejnym łykiem, moje życie zmierzało ku końcowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 × 5 =