Dead Earth (2020)

Po globalnym kataklizmie zamieniającym ludzi w zombie, dwie młode kobiety starają się przetrwać w opuszczonym ośrodku wypoczynkowym. Zachowując najwyższe środki ostrożności, obie kobiety próbują egzystować w normalny sposób. Nic jednak nie jest normalne, kiedy po ulicach miast pałętają się hordy wygłodniałych zombie, które tylko czekają na najmniejszy błąd człowieka.

Stworzona z myślą o rozwinięciu wątku nagle pojawiających się kobiet w filmie „The Driver” (2019), produkcja „Dead Earth” w reżyserii Wycha Kaosayananda z roku 2020 to kolejny tytuł o świecie opanowanym przez zombie. Ukazana historia odpowiada na pytania: kim są Rose i Sylvia oraz co robiły przed spotkaniem głównego bohatera i jego córki w pierwszej części? Czy rozwinięta historia w drugim filmie reżysera o zombie była dobrym pomysłem? Sam nie wiem.

Przedstawiona w filmie fabuła w głównej mierze opiera się na ukazaniu czynności ocalałych kobiet, którym przyszło żyć w opuszczonym ośrodku wypoczynkowym. Codzienne rytuały pozwoliły im przetrwać tak długo, a dobra organizacja wolnego czasu odtrąciły myśli o globalnej katastrofie. Zabezpieczona osada pozwala na w miarę normalne funkcjonowanie i nie zwracanie na siebie uwagi potencjalnym zagrożeniom ze strony ludzi czy zombie. Niestety sielanka nie trwa wiecznie i w końcu do enklawy bohaterek dostają się żywe trupy.

Znaczna część filmu to przeciągające się i niewiele wnoszące ukazywanie wykonywanych czynności przez bohaterki, które polegają na pływaniu w basenie, uprawianiu sportów, oglądaniu filmów czy czytaniu książek. W ich trakcie same kobiety niewiele ze sobą rozmawiają, co jeszcze bardziej wydłuża nieinteresujące wątki. Seans zyskuje na atrakcyjności dopiero pod koniec, kiedy dochodzi do jakiejkolwiek akcji, a ta także nie prezentuje zbyt wysokiego poziomu.

Gra aktorska ogranicza się wyłącznie do dwóch osób –  Rose i Sylvii. Poza kobietami w filmie nie doświadczymy innych bohaterów. Ten aspekt prezentuje się nie najgorzej, chociaż w wielu momentach emocje ukazane przez aktorki są dość sztuczne.

Wizualnie film po części prezentuje się nieźle. Sceneria jest fajna i dobrze oddaje klimat wszechobecnej apokalipsy zombie. Z drugiej strony efekty i charakteryzacja to absolutna amatorka. Żywe trupy wyglądają bardzo słabo, a ich rany na bardzo sztuczne. Jedyne efekty, jakie występują w filmie to odgłosy wystrzałów z pistoletu, bowiem żadnej krwi czy nawet rozdarcia ubrania przy otrzymaniu postrzału przez zombie nie ma. Reżyser zdecydowanie zadbał o naszą wyobraźnię, ponieważ większość efektów sami musimy sobie wizualizować.

Podczas seansu można dostrzec masę błędów logicznych. Cały czas widzimy jak bohaterki zachowują pełne bezpieczeństwo i ciszę, strzegąc siebie nawzajem, gdy jedna się myje lub pływa w basenie. Jednak w wielu momentach zachowują się niezwykle głośno i nie zwracają uwagi na nic wokół nich. To samo tyczy się scen, w których obie są całe mokre, po czym po chwili ich ubranie oraz włosy są całkowicie suche.

Podsumowując, fajnie jest poznać nieznaną wcześniej historię filmowych bohaterów, jednak ukazanie jej w tak nudny i po prostu kiepski sposób nie było dobrym rozwiązaniem. Dla osób, którym przypadł do gustu „The Driver” polecam, w innym wypadku można sobie odpuścić.

Moja ocena: 5/10

Reżyseria: Wych Kaosayananda
Rok produkcji: 2020
Kraj: Tajlandia
Gatunek: Horror
Czas trwania: 1:20 godz.

Trailer:

 

Sprawdź także:

Co zombiastycznego nas czeka w 2020 roku?

Zombiastyczne podsumowanie roku 2019!

Hotel Siedmiu Bram (Lucio Fulci)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *