Konkurs z niespodzianką!

Ostatnio zapytałem Was na FP, czy bylibyście zainteresowani konkursem, w którym nagrodą będzie książka niespodzianka. Okazało się, że pomysł przypadł do gustu, w takim razie sprawdźmy to w praktyce!

Nie widzieliście postu na FP i nie wiecie o co konkretnie chodzi? Już tłumaczę:
Poniżej znajduje się zadanie konkursowe. Osoba, która wygra, otrzyma ode mnie zestawienie wszystkich książek, które mam przeznaczone do rozdania. Taka osoba z listy wykreśla te tytuły, które już ma i odsyła listę do mnie. Ja spośród książek, które zostały, wybieram jedną i wysyłam nie informując zwycięzcy o tytule 🙂

A oto i wszystkie książki przeznaczone do konkursu:

DSC_0514

Skoro wszystko jest już jasne, rozpocznijmy zabawę!

 

Zadanie konkursowe:

Świat dotknęła zaraza zombie. Nikt nie wie co się stało i dlaczego, jednak żywe trupy istnieją i chodzą ulicami miast zabijając każdego, kto stanie na ich drodze. W tym miejscu znajdujesz się Ty i jeden z zombie właśnie Cię dopadł.

Opisz swoją śmierć w najbardziej kreatywny sposób!

 

Regulamin:

1. Koszt przesyłki na terenie kraju pokrywam ja. W przypadku przesyłki zagranicznej, koszt przesyłki pokrywa zwycięzca.
2. Konkurs trwa od dzisiaj (30.06.2017) do przyszłego piątku (07.07.2017).
3. Autor najciekawszego i najbardziej kreatywnego opisu zostanie wybrany jako zwycięzca.
4. Zwycięzca zostaje ogłoszony nie później, niż tydzień od zakończenia konkursu.
5. Zastrzegam sobie prawo, do wydłużenia lub skrócenia czasu trwania konkursu.
6. Osoba biorąca udział w konkursie, może zamieścić tylko jeden komentarz, podpisując się imieniem i nazwiskiem, lub nickiem, podając prawidłowy adres e-mail, dzięki którym będę mógł zidentyfikować zwycięzce.
7. Treść zamieszczonych komentarzy ma zawierać jedynie opis, wszelkie inne mogą zostać usunięte.

 

Powodzenia!

8 komentarzy on "Konkurs z niespodzianką!"

  • Akurat byłem w Urzędzie Skarbowym gdy to się stalo.
    Gdy zombie urzędniczka zbliżała się do mnie z uniesionym nad głową datownikiem pomyślałem: „w życiu pewnie są dwie rzeczy – śmierć i podatki….ale nie kurwa na raz. Los to parszywy skurwiel, że karze mi umierać akurat w US. Pewnie gdybym,się nad tym nie zastanawiał zdarzylbym bym uciec, a tak to zombie-urzędniczka jest już nie cały metr ode mnie a coraz głębiej wciskam się w pancerną szybę okienka dla interesantów. Fuck zabije mnie jej smród – ciekawa mieszanka kawy z biedry, tanich mentoli, lakieru do włosów, osocza, krwi i rozkladajacej się tkanki miękkiej. Mogłem zginąć w wypadku samochodowym, podczas imprezy przedawkowujac koke, ale nie zgine od datownika zombiebiurwy. Jest już na wyciągnięcie zębów ode mnie – odepchne i spieprzam. Niestety biurwa miała w drugiej ręce takie ustrojstwo którym robotnicy wybijają gwoździe – młot pneumatyczny czy coś i tym gownem przybila mi kolana do pseudomatmuru okienka. chuj zgine tu – może bym sobie odgryzl jezyk i się nim udlawil? Niestety zombie-urzędniczka wciągnęła mi korektę PIT-16 w ryj i tyle z mego planu. Wbiła mi paluchy w oczodoly, bo tak najłatwiej się do mózgu dostać. Krzyknął bym, ale wiecie PIT-16. Przynajmniej jak mi oczy wydlubala to nie musiałem więcej patrzeć na jej biurwiowy ryj niczym z kalendarza dla mleczarzy z lat ’80. I teraz pytanie czy się wykrwawie z kplan przybitych czy prędzej mi mózg zeżre? Wredna suka usunęła się chyba na bok, bo nie czuję już tipsów w czasce.
    Kurwa jestem konserwa, przyszpilila mnie unieruchomila i zawyla przez dawno uschniete gardło: nahhhhhhczelniiiiik.!!!
    Jestem konserwa dla szefowej, czy nawet po śmierci zombie utrzymują hierarchię urzędnicza?
    Na szczęście się wykrwawilem niczym nadzombie-naczelniczka przyszła.

    Pamiętajcie:
    „Śmierć i podatki”

  • WSPOMNIENIE ŚMIERCI
    Bełchowska huta szkła. Kiedyś jeden z niewielu zakładów w całej Polsce produkujący butelki dla dzieci i słoiki na krew. Dziś ruiny, w których robotnicze życie zamarło ostatniego dnia deszczowego listopada 1992 roku. Miejsce dawno zapomniane przez Boga, powierzone w opiekę surowej i bezwzględnej Matce Naturze. Zniszczone budynki i puste pomieszczenia do tej pory ukrywały sekrety przeszłości, tajemnice sprzed lat. Lecz wszystko to, co dawne tej nocy uległo przemianie. Skrywane od lat zło zostało uwolnione. Mrok spowił ziemię, napełniając ją duchem śmierci. Nie ma już odwrotu. Nazywam się Piotr Grabowski i to wszystko moja wina. Przez mój błąd ta zielona oaza spokoju zamieniła się w najgorszy koszmar ludzkości…
    Wszystko wydarzyło się w nocy z 29 na 30 czerwca 2017. Wtedy to właśnie mroczna i bezwzględna Pani Ciemności za moją pomocą otworzyła mitologiczną Puszkę Pandory. Wszystko zaczęło się tak spokojnie i niewinnie…
    Było kilkanaście minut przed północą. Ubrany w czarną bluzę z kapturem i wytarte ciemnoniebieskie jeansy wracałem od znajomego, u którego spędziłem kilka dobrych godzin. Przechodząc obok starej stacji załadunkowej niedaleko huty usłyszałem szepty. Zdezorientowany rozejrzałem się wokół siebie, ale nikogo nie zauważyłem. Nastawnia kolejowa straszyła ciemnością, a ruchliwy w dzień przejazd kolejowy świecił pustkami. Pomyślałem, że widocznie mój mózg świruje ze zmęczenia, więc dalej kontynuowałem swoją wędrówkę wzdłuż torów kolejowych. Moment później zrozumiałem, że tamte głosy nie były jednak przypadkowe…
    W pewnej chwili dostrzegłem ludzką sylwetkę. Przerażony zamarłem w bezruchu. Jedynie moje oczy poruszały się analizując wydarzenie, które właśnie nastąpiło. Dostrzegłem kobietę w średnim wieku ubraną w roboczy kombinezon siedzącą pod zarośniętą krzewami latarnią, tuż przy torach kolejowych. Wyglądała na przerażoną, a jej ukryta w dłoniach twarz dała mi do zrozumienia, że płacze. Niepewnym krokiem powoli podszedłem do niej i zapytałem, co się stało. Nie byłem w stanie przewidzieć, jak bardzo jej odpowiedź do mnie przemówi…
    To był dosłownie moment. Postać gwałtownie wstała, a jej poharatana, zakrwawiona twarz wydała z siebie krzyk rozpaczy. Poczułem się niczym bohater niskobudżetowego horroru. Niestety, ten koszmar rozgrywał się naprawdę. Śmiertelnie wystraszony zacząłem uciekać. Przeskoczyłem metalowy płot i czym prędzej wbiegłem do budynku administracyjnego bełchowskiego zakładu hutniczego, zatrzaskując za sobą drzwi zasuwą. W tamtej chwili było to dla mnie jedyne miejsce, gdzie mogłem znaleźć schronienie i choć na chwilę uwolnić się od tej kobiety. Chwilę później jednak zdałem sobie sprawę, że jestem w potrzasku. W pułapce, do której sam dobrowolnie wbiegłem. Bez telefonu komórkowego nie byłem w stanie wiele zdziałać. Mogłem jedynie liczyć na swoje umiejętności, trochę szczęścia i przychylność losu. A ten ostatnio nie był dla mnie zbyt łaskawy. Siedząc skulony w kącie, ukryty w spowitym mrokiem pomieszczeniu administracyjnym przekonałem się boleśnie po raz kolejny, jak to życie mnie uwielbia…
    W jednym z podwójnych okien pojawiła się kobieca postać, z którą niechętnie chciałem się spotkać. Myślałem, że jej zainteresowanie moją osobą przeminie i po prostu odejdzie stąd spokojnie, zostawi mnie w spokoju. Lecz ona nie chciała odpuszczać. Bez problemu wybiła szybę i przecisnęła się przez niewielki otwór do środka. Moje przerażenie w tamtej chwili osiągnęło poziom krytyczny, ale za wszelką cenę nie chciałem zostać przez to coś odnaleziony. Miałem nadzieję, że martwa cisza zniechęci tą wariatkę do dalszych poszukiwań. Tak bardzo się wtedy myliłem…
    Głęboką ciszę przerwały kroki opętanej oraz wywracane co kilka sekund meble. Wtedy porządnie spanikowałem. Do tego stopnia, że nie potrafiłem już zapanować nad sobą, swoimi emocjami. Strach i przerażenie w połączeniu z determinacją wygrały. Zrobiłem coś szalonego. Poderwałem się na nogi, po czym podbiegłem do tej przerażającej kobiety i popchnąłem ją tak mocno, że upadła na podłogę z przeraźliwym krzykiem. Zdobyty czas wykorzystałem na ucieczkę. Otworzywszy drzwi wybiegłem na zewnątrz. Po chwili znalazłem się na olbrzymim betonowym placu porośniętym wysoką trawą. Spowity blaskiem księżyca byłem pełny nadziei, że wreszcie uda mi się wyrwać z tego nocnego koszmaru. Pobudka okazała się jednak trudniejsza niż przypuszczałem…
    Niespodziewanie księżyc na niebie wypełnionym tysiącami złotych gwiazd przecięły sylwetki trzech ptaków. Było to kruki o piórach ciemniejszych niż smoła. Ich obecność wcale mi nie pomagała. Widok mistycznych strażników tajemnic przyprawiał mnie o dodatkowe dreszcze. Miałem ku temu swoje powody, które później okazały się jak najbardziej trafne. Niespodziewanie ptactwo zaczęło szybować w moim kierunku i ani myślało zmienić swoją trasę. Dowiedziawszy się o tym manewrze czym prędzej porzuciłem pragnienie odzyskania dawnej wolności i udałem się w kierunku jednej z hutniczych wież. Teraz tylko tam mogłem zaznać chwili wytchnienia od tego niekończącego się horroru. Z impetem przebiłem się przez metalowe wrota i szybko zamknąłem je za sobą, żeby kruki nie dostały się do środka. Po przesunięciu zamka usłyszałem głuche uderzenia, po czym oddalające się krakanie. Uskrzydlona część Mrocznego Królestwa zostawiła mnie w spokoju. Pełen adrenaliny usiadłem, żeby chociaż na trochę uspokoić skołatane nerwy i zaplanować swoją najbliższą przyszłość. Mimo tych wszystkich okropnych rzeczy, które mnie spotkały tej pamiętnej nocy wciąż miałem nadzieję, że to wszystko się niedługo kończy. Tak bardzo chciałem wierzyć, że te wszystkie wydarzenia są po prostu kolejnymi fragmentami bardzo realistycznego snu. Nie przypuszczałem, z jakim rozmachem zostanie przygotowane zakończenie tego mrocznego przedstawienia…
    Nie mogąc odnaleźć się w zaistniałem sytuacji postanowiłem kierować się ku górnej części wieży. Nie miałem innego wyjścia. Na zewnątrz grasowała zakrwawiona psychopatka, a Krucza Trójca mogła w każdej chwili z powrotem się pojawić. Kolejne schody pokonywałem niepewnym krokiem. Pełen niespokojnych myśli oczekiwałem dalszego biegu wydarzeń. W nostalgicznym nastroju mijałem kolejne powybijane okna, przez które chłodny wiatr bez problemu wdzierał się do środka. W końcu udało mi się dotrzeć do końca. Właśnie stanąłem przed drzwiami, które skrywały przede mną wcześniej niedostępne pomieszczenie. Ostrożnie pociągnąłem za klamkę. Drzwi okazały się otwarte. Zdziwił mnie ten fakt, ponieważ huta od ponad 20 lat nie funkcjonowała, a pozostałe wejścia były pozabezpieczane przed niechcianymi gośćmi. Brnąc coraz głębiej we własnym koszmarze odkryłem, że z tym miejscem wszystko wyglądało zupełnie inaczej…
    Zamknąwszy za sobą drzwi uświadomiłem sobie, że właśnie stąpam butami po miejscu żywcem wyjętym z horroru. W górnej części wieży obserwacyjnej bełchowskiego zakładu hutniczego znalazłem przerażający pokój przypominający z wyglądu opuszczony gabinet psychiatryczny. Obskurne ściany zdobiły resztki wyblakłej ciemnozielonej tapety. Przez niewielkie okienka umieszczone tuż pod sufitem łagodnie wbijał się blask księżyca niczym Wojownik Światła spokojnie wkraczający do Królestwa Ciemności. Dzięki temu całe pomieszczenie nabrało bladej poświaty, w której dostrzegłem kilka zakurzonych mebli. Nie było ich zbyt wiele. Pod ścianą drewniane biurko i wiśniowy dywan z ornamentami roślinnymi, obok zaś przewrócony fotel obity wypłowiałą skórą w kolorze szarym. Gdzieś z boku zauważyłem krzesła z czerwonym siedziskiem i drewnianymi podłokietnikami, oddzielone od siebie wysoką patynowaną lampą z beżowym abażurem. Wszędzie leżały porozrzucane stare książki i wyblakłe kartki maszynopisu. Ostrożnie stąpając po panelowej podłodze dotarłem do biurka. Dopiero teraz spostrzegłem, że na jego powierzchni znajdują się jakieś przedmioty. W rogu stara metalowa lampa z podłużną prostokątną żarówką, po przeciwnej stronie telefon stacjonarny doskonale pamiętający okres PRL, a po środku tajemniczy zeszyt. Lampa na moje szczęście wciąż działała, ponieważ zaraz po kliknięciu przełącznika załączyła się żarówka, która migocącym światłem chociaż trochę rozświetliła to ponure miejsce. Ukojony obecnością tak przyjemnego w obecnej sytuacji światła podniosłem przewrócony fotel, po czym usiadłem na nim i otworzyłem ów tajemniczy zeszyt. Nie byłem świadomy, jak bardzo ta przerażająca lektura da mi odczuć konsekwencje wszystkich czynów mijającej nocy…
    Zeszyt wyglądał na dosyć stary. Wyblakła okładka przedstawiająca rysunek dużego miasta nie zachęcała do otwarcia. Mimo wszystko jednak postanowiłem zajrzeć do środka. Nieświadomy popełniania fatalnego błędu, wodziłem swoim bystrym spojrzeniem od kartki do kartki czytając kolejne słowa. Im więcej stron przekręcałem, tym bardziej zaplątywałem się w sidła Mrocznej Pani. Pożółkły papier zapełniony wycinkami z lokalnych gazet i odręcznymi notatkami na temat zaginięć z sekundy na sekundę przerażał mnie coraz bardziej. Jednak dopiero ostatnie strony sprawiły, że zrozumiałem wszystko, co mnie do tej pory spotkało. Oto niektóre fragmenty:

    „Co to takiego? Wciąż mnie śledzi, zna każdy mój krok. Dlaczego… Co mam z tym wszystkim wspólnego? Ja… Nie powiem nikomu… Obiecuję… Więc proszę…

    C. B.
    30.11.1992r.”

    Czy opętana kobieta, którą wcześniej spotkałem stała się przed laty ofiarą „tego czegoś”? Kto był twórcą tych słów?

    „Lista Śmierci:

    58 Aleksandrowicz
    63 Jóźwiak
    61 Jóźwiak
    31 Wilk
    8 Wilk
    29 Wilk
    30 Paradowski
    24 Wieczorek
    19 Laska
    18 Zagawa

    Nazwiska już wyryte. Lista Śmierci. Tak, już ich policzono. Młodzi i starzy ustawieni według lat. Wtedy przejście się otworzy. Czekam na nich.”

    Lista Śmierci? Wszystkie nazwiska pokrywają się z nazwiskami osób zaginionych. To oznacza, że zostali porwani i zamordowani? Przez kogo?

    „Poprosiłam Pana, aby zwolnił mnie od odpowiedzialności za nich. To takie dziwne… Wciąż żyją mimo ran, które im zadano…”

    Kim jest Pan? Czyżby Bogiem? Słowa miałyby wtedy sens, bo z tekstu wynikałoby jasno, że osoba prosiła go o przebaczenie. Ale co się ostatecznie stało z zaginionymi? Stali się ofiarami? Wciąż żyją?

    „Zaginieni

    30.06.1975r. – nauczycielka z psem

    W szkole podstawowej na zebraniu nie pojawiła się 58-letnia nauczycielka. Dzień wcześniej pani Aleksandrowicz w godzinach wieczornych wybrała się z psem na spacer w okolice stacji załadunkowej. Tam ostatni raz widziana była przez jedną z pracownic bełchowskiej huty.

    30.06.1979 – starsze małżeństwo

    Córka państwa Jóźwiak zgłosiła zaginięcie swoich rodziców (63-letniego ojca i 61-letniej matki), kiedy żaden z nich nie pojawił się na rodzinnym obiedzie. Dzień wcześniej starsze małżeństwo wybrało się na wieczorną wycieczkę w okolice stacji załadunkowej. Tam ostatni raz widziała ich jedna z pracownic bełchowskiej huty.

    30.06.1981r. – mężczyzna w flanelowej koszuli

    Pani Paradowska zgłosiła zaginięcie swojego 30-letniego męża, kiedy ten nie wrócił na noc do domu. Kilka godzin przed zaginięciem wyszedł z kwiaciarni z kupionym dla żony bukietem kwiatów z okazji zbliżającej się rocznicy ślubu. Ostatni raz widziano go w drodze powrotnej niedaleko stacji załadunkowej przez jedną z pracownic bełchowskiej huty.

    30.06.1983r. – kobieta w garsonce

    Pani Wieczorek zgłosiła zaginięcie swojej 24-letniej siostry, kiedy wieczorem nie pojawiła się na umówionym spotkaniu w kawiarni. Kilka godzin przed zaginięciem zakończyła pracę. Ostatni raz była widziana w drodze powrotnej niedaleko stacji załadunkowej przez jedną z pracownic bełchowskiej huty.

    30.06.1987r. – para zakochanych

    19-letni syn pana Laski nie wrócił z wieczornej dyskoteki. W tym samym czasie milicja dostała telefon od pani Zagawy, że jej 18-letnia córka zaginęła. 19-latek i 18-latka byli parą. Oboje mieszkali w tej samej miejscowości. Dzieliła ich jedynie przynależność subkulturowa. On był punkiem, ona gotką. Oboje ostatni raz byli widziani w drodze powrotnej niedaleko stacji załadunkowej przez jedną z pracownic bełchowskiej huty.

    30.06.1991r. – rodzina lekarza

    Pan Wilk i pani Wilk nie pojawili się na nocnej zmianie w skierniewickim szpitalu. Babcia zawiadomiła policję, kiedy 8-letnia wnuczka nie dotarła do jej domu w Sierakowicach. Dziecko ostatni raz było widziane, razem z ojcem (31-letnim lekarzem) i matką (29-letnią pielęgniarką), przez jedną z pracownic bełchowskiej huty w samochodzie (ciemnozielony Polonez) niedaleko stacji załadunkowej.”

    Dopiero teraz uświadomiłem sobie, co się wpakowałem. Zrozumiałem, że tamta kobieta przeżyła kontakt z mrocznymi siłami, których do końca sama nie rozumiała. Jej umysł i ciało opętał Mrok. Przez 20 lat swojej pracy widziała za każdym razem, jak giną niewinni ludzie. Zawsze co 4 lata, zawsze w nocy z 29 na 30 czerwca, zawsze przypadkowe osoby. Tylko ona była jedynym świadkiem. Nie potrafiła się uwolnić od tego spisku. Postanowiła więc ukryć swój sekret za murami hutniczego zakładu. Nikt miał się o tym nie dowiedzieć. Chciała o wszystkim zapomnieć, lecz jej koszmar był wieczny…
    Minęło 25 lat od zamknięcia największego zakładu pracy w mojej rodzinnej miejscowości, a horror wciąż trwał. Tym razem do koszmarnej rozgrywki dołączyłem ja. Przypadkowy przechodzień, który tej feralnej nocy znalazł się w pobliżu miejsca zbrodni sprzed lat. Ta nieszczęsna kobieta dalej pilnowała największej tajemnicy Bełchowa i chciała mnie uchronić od zła, lecz nie potrafiła. Wprawdzie próbowała powstrzymać koszmarny bieg wydarzeń i chociaż jeden raz pomóc, uratować jedno ludzkie życie, ale na ratunek dla mnie było już za późno. Dlaczego? Odpowiedź na to pytanie przyszła szybciej niż tego oczekiwałem…
    Niespodziewanie jeden z reliktów przeszłości odezwał się. Kilkudziesięcioletni telefon stacjonarny zadzwonił. Byłem w szoku, że po upływie tylu lat telekomunikacja na tym wymarłym przed laty terenie wciąż działała. Przerażony i niezdecydowany podniosłem słuchawkę. Usłyszałem szlochającą kobietą. Był to ta sama, którą spotkałem zapłakaną pod latarnią niedaleko torów kolejowych. Nie powiedziała zbyt wiele. Dowiedziałem się, że przeprasza, że nie może mi pomóc. Nie umie, bo sprawy zaszły za daleko. Wspomniała również, żebym uciekał jak najszybciej, ponieważ Mroczne Królestwo powróci w każdej chwili. Mam również pamiętać, że uśpione zło nigdy nie zapomina, a sekrety przeszłości są kluczem do naszej przyszłości. Na koniec dodała, że Puszka Pandory została otwarta i już nic nie powstrzyma upadku ludzkiej cywilizacji. Po tych słowach rozłączyła się. Drżącą ręką odłożyłem słuchawkę na miejsce. Przepełniony różnymi myślami rzuciłem się w kierunku wyjścia. Nie wahałem się nie wykorzystać szansy uwolnienia się raz na zawsze z tego horroru. Moje wysiłki były jednak nadaremne. Mrok postanowił zakończyć swoją grę na własną rękę…
    Zbiegając w pośpiechu po schodach poczułem, jakby ziemia się trzęsła. Chwilę później usłyszałem syreny alarmowe. Kiedy wybiegłem na zewnątrz, zrozumiałem, że tamta roztrzęsiona kobieta miała racja. Właśnie nadszedł nasz koniec. Miejsce nieba wypełnionego tysiącami złotych gwiazd zastąpiła olbrzymia czerwono-pomarańczowa chmura. Całe otoczenie prawie natychmiast pokryło się złotawo-rudą barwą i gwałtownie ściemniało. Na horyzoncie zaczęły pojawiać się jaskrawe formacje przypominające języki ognia. Zupełnie, jakby ktoś podpalił sklepienie niebieskie. Doszło do mnie, że nie miałem zbyt wiele czasu. Musiałem działać…
    Biegiem ruszyłem w kierunku bramy. Niespodziewanie w pobliskich zaroślach dostrzegłem fragment pojazdu. Przebijając się przez wysokie krzewy dotarłem do zniszczonego kombi. Okazało się, że jest to zardzewiały ciemnozielony Polonez. Ten sam, w którym na początku lat 90-tych zaginęła rodzina Wilków. Sam samochód wyglądał przerażający. Pogięta blacha, powybijane okna i ślady krwi nie wróżyły nic dobrego o losie poprzednich właścicieli. Mimo wszystko odważyłem się wsiąść do środka, ponieważ dostrzegłem w stacyjce kluczyk. W tamtej chwili wszystko postawiłem na jedną kartę. Była to moja ostatnia nadzieja na wyrwanie się z tego koszmarnego miejsca. Miałem nadzieję, że dwudziestoparoletni zabytek jest jeszcze na chodzie. Duże było moje zdziwienie, kiedy pomimo dużych obrażeń silnik zaskoczył. Myślałem, że chociaż teraz mi się uda, że wszystko zakończy się pozytywnie. Niestety, pozory mylą…
    W tej samej chwili, kiedy opuściłem zarośla i znalazłem się na placu, do moich oczu doszedł przerażający obraz. W odległości kilkunastu metrów od maski stanęło dziesięć postaci. Dziesięć ofiar Mrocznego Królestwa, które nieustępliwie podążało w moim kierunku. Mężczyzna w flanelowej koszuli, kobieta w garsonce, rodzina lekarza, nauczycielka z psem, starsze małżeństwo i para zakochanych. Ubrani w zakrwawione ubrania, z licznymi obrażeniami i uszkodzeniami ciała mogliby stanowić obsadę hollywoodzkiego horroru. Ten jednak rozgrywał się na moich oczach, na mojej rodzinnej ziemi…
    W nagłym przypływie adrenaliny wrzuciłem bieg wsteczny i cofnąłem. Zatrzymałem pojazd dopiero wtedy, kiedy znalazłem się w bezpiecznej odległości pomiędzy tym, co kiedyś można było nazwać ludźmi. Po chwili zmieniłem bieg i przycisnąłem pedał gazu do samej podłogi. Samochód ryknął, po czym szarpnął i ruszył z miejsca. Nie sądziłem, że panowanie nad socjalistyczną myślą techniczną może okazać się takie trudne. To był dosłownie moment. Rozbiłem bramę i znalazłem się na torach, a chwilę później rozbiłem pojazd o zarośniętą latarnię. Tą samą, gdzie cały mój koszmar się zaczął. Nie pamiętam zbyt wiele. Silnik płonął. Wszędzie była krew. Gdzieś z tyłu dźwięk nadjeżdżającego pociągu. Czułem olbrzymi ból w lewym boku, słyszałem odgłosy tłuczonego szkła i miażdżonej blachy. Później tylko ciemność, wspomnienie śmierci…

  • Zaczęło się gdy byłem na strzelnicy. Z przodu toru właśnie odwracał się od tarczy instruktor raczej martwy niż żywy. Dwoma strzałami w kolana instruktora kupiłem sobie chwilę czasu. Na korytarzu było pusto, ale rozbryzgi krwi na ścianach mówiły same za siebie. Szybko uzbroiłem się jak Arnie w Commando i poszedłem odstrzelić tego zombiaka który został na torze. Wchodzę i widzę trupa chwiejącego się na przestrzelonych kolanach wyciągającego do mnie rękę z pistoletem. Nawet nie zdążyłem się zdziwić glockiem w jego dłoni. Przewrócił się, pistolet wypalił i kula przebiła mi płuco. Padając zdążyłem się ucieszyć że się wykrwawię zanim się do mnie doczołga zombie, ale zdążył mi zjeść jeszcze pół łydki zanim dałem radę wyszarpnąć pistolet z kieszeni i zdrętwiałymi i osłabłymi palcami palnąć najpierw jemu a potem sobie w łeb.

  • Wchodząc na szczyt Kasprowego Wierchu zastanawiam się dlaczego kolejka nie kursuje. Dochodzac do stacji widzę strażnika TOPRU nieśmiało idącego w moją stronę. Jego dziwnie wykręcona ręka zaczyna zwracać moją uwagę, ale jest już za późno. Zombie strażnik wczepia się w moje ramię i razem staczamy się w stronę polany z której z takim trudem szedłem. Śmierć jest szybka rozbijam sobie główę o wystający kamień a mój stręczyciel ma danie podane jak otwarta puszka z konserwą turystyczną w postaci mojego mózgu.

  • Nie wiem co się dzieje. Wszyscy tacy jakby.. martwi? Są, ale tak jak by ich nie było.
    Poczułem przeszywający ból na szyi. To jeden z nich. Właśnie umieram. Krew sączy mi się z szyi a ubrania barwią na krwisto czerwony kolor. Czuję, jak jego żuchwa powoli ale zdecydowanie wgłębia się w moją szyję. Przecina żyły, tętnicę i wszystko co napotka na swojej drodze. Nasze oczy się spotykają. Widzę w nich złość i bezradność. Nie chce tego robić, ale to wszystko jest ponad nim. Nie jest sobą. Widzę i czuję jak powoli zatapia swoje przerośnięte paznokcie w mojej skórze. Chce mieć mnie tylko dla siebie. Na wyłączność. Zatapia swoje zęby w moim lewym ramieniu. Nie mam siły się uwolnić. Widzę, jak zębami wyrywa mi mięśnie. Krew nie przestaje się sączyć. Jest mi słabo. Czuję jak centymetr po centymetrze ścięgno wysuwa się z mojego ramienia. Od nadgarstka. Prosto do jego przełyku. Centymetr po centymetrze, milimetr za milimetrem wyrywa ze mnie cząstki i z każdą sekundą mojego nędznego życia, jest mnie coraz mniej. A on jest nadal głodny. Widzę to. To dopiero początek mojego cierpienia. Wszystko mnie boli. A on jest coraz silniejszy. Moje życie daje mu siłę. Odczepił się. Nie na długo. Wbił się w mój tors. Nie mam siły uciekać. Nie mam siły się odganiać od niego. Jestem cały jego. Ostrymi zębami niczym pułapka na niedźwiedzie wyrywa ze mnie kolejne cząstki. Z każdą kolejną cząstką, wysysa ze mnie życie. Kolejne mięśnie żuje niczym gumę w swojej szczęce. Jedną dłonią wczepił się w mój bark żebym mu nie uciekł, choć i tak nie miał bym na to siły. Drugą wyrywa ze mnie wątrobę. Jest już tak blisko, a jednak nadal tak daleko. Jelita są dla niego zabawą, przekąską. Nie czuję już bólu. To wszystko dzieje się tak szybko… Moje ubrania przybrały kolor purpury. Nie jestem już sobą. Czuję, że coś się dzieje. Czuję, że coś jest nie tak ze mną. Brzydki kolega chyba skończył ucztę. Powoli ale niezdarnie odchodzi ode mnie. Nie czuję żadnej swojej kończyny. Widzę ciemność. Powoli ale nieubłaganie pochłania mnie mrok. A jednak nie do końca. W oddali widzę światło. Bardzo jasne światło. Ciekawe światło. Takie, które nie daje spokoju i karze iść w swoją stronę. Poszedłem. Nie mogłem się powstrzymać. To nie światło. To nowe życie. Nie jestem sobą. Umarłem. Jestem jednym z nich. Jestem głodny…

  • Znacie to uczucie stresu? Strachu? Zwłaszcza przed odrzuceniem?
    Tak, jak znam. Ale dziś miałem to przełamać bo, jak to się mówi, miał to być ten, najważniejszy dzień, w życiu każdego mężczyzny. Wyszło jak zawsze tylko, że jeszcze gorzej.
    Bari, piękna miejscowość, umiejscowiona na południu Włoch. Wakacje życia, zwłaszcza dla średniej klasy robola, przyjezdnego z Polski. Wiecie jak ciężko sobie pozwolić na takie wakacje i chcąc przy tym jeszcze kupić pierścionek zaręczynowy? Podpowiem Wam. W cholerę ciężko.
    Miasto samo w sobie piękne. To jest takie miejsce, w jakim mogą się zakochać tylko ludzie z północy. Miasto w którym przez większość roku niebo jest błękitne, a lśniące bielą kamienne domki wyglądają, jakby nigdy nie nastał XXI wiek. Przy starych uliczkach siedzą ludzie, oferują swoje produkty turystom, rozmawiają z sąsiadami i zajadają się lokalną kuchnią.
    Akurat tego dnia, który sobie wybrałem na ten specjalny, miasto wydawało się jakoś wymarłe. Gwar był zdecydowanie mniejszy. Zdecydowałem jednak, że nic nie może mi tego dnia popsuć… poza oczywiście jedną rzeczą. Odmową…
    Wieczór nadchodził, a Bari, jako że jest miastem portowym, oferowało tego dnia piękny zachód słońca. To moja szansa. Wybraliśmy się na spacer, w stronę molo, nieopodal hotelu. Nasze, bose stopy były obmywane przez wieczory przypływ. Choć moja ukochana wydawała się być jakaś nieobecna, jakby chora, czerpała każdą piękną chwilę, przebywając w tym mieście.
    Dotarliśmy na molo, skąd rozpościerał się piękny widok na panoramę miasta, a także na Morze Adriatyckie, którego tafla odbijała promienie zachodzącego słońca. To moja szansa – uznałem. Po czym monolog, wiecie taki ckliwy, ale chyba nie miałem jaj by spojrzęć lubej w oczy.
    Uklęknąłem przed nią i zaczeło się: XYZ, wiesz, jesteś całym moim światem. Odkąd Cię poznałem, to moje życie się zmieniło o 180′, bla bla bla, nie będę Was zanudzać szczegółami, ale padło kluczowe pytanie: -Jeśli mamy życie tylko jedno, to chce je przeżyć razem z Tobą. Czy wyjdziesz za mnie?
    Cisza… klęczałem tak, patrząc centralnie na jej płaski brzuch, skryty pod czarną sukienką. Coś jej nie tak, jej ręce, na których nagle pojawiły się żyły, zaczeły drżeć, w dość nieatrykułowany sposób. Czyżby stres? Zaskoczenie tym pytaniem? Nagle zauważyłem, że chce się pochyla. Tak to jest to, zgodzi się, chce mnie pocałowac. Podniosłem głowę, by spojrzeć w jej piękne, zielone oczy… i stały się jakieś dziwne, mętne, bez wyrazu. Pocałunku jednak się doczekałem, niestety moje wargi przypłaciły to tym, że zostały oderwane od reszty mojego ciała i trafiły prosto do ust mojej, niedoszłej ukochanej.
    Nawet nie wiedziałem, co powiedzieć, hell… nawet krzyczeć nie mogłem tak zszokowany sytuacją. A nawet gdybym chciał, to bym nie mógł, bo jej zęby w chwilę później zanużyły się w mojej szyi, na dobre rozrywając struny głosowe.
    Padłem, w kałuży własnej krwi, podczas gdy moja ukochana, rozpoczeła wieczorny posiłek…

  • Za moimi plecami oberwany szyld kołysał się smętnie na jednym zawiasie w leniwych podmuchach wiatru. Strzałka z napisem „Centrum handlowe” wskazywała pod skosem dokładnie w miejsce gdzie zaparkowałem swojego jeepa. Patrzyłem przez lornetkę na potężny gmach, starając się ocenić stopień zagrożenia. Po parkingu, zapchanym masą splątanych aut wałęsały się liczne zombie. Budynek skrywał ich na pewno o wiele więcej, ale zapasy, które spodziewałem się tam znaleźć były warte ryzyka. Przede mną stał istny skarbiec, nie tknięty jak dotąd przez innych poszukiwaczy.
    Ostatni raz obejrzałem powolutku upatrzoną trasę podejścia. Biegła niemal cały czas po dachach stłoczonych samochodów, z dala od zasięgu łap nieumarłych. Jedynie przed samym wejściem musiałem pokonać około pięćdziesięciu metrów wolnej przestrzeni.
    Wysiadłem z auta i sprawdziłem jeszcze raz sprzęt. Plecak. Maczeta. Nóż. Łom. Siekiera. Flary. Pistolet i ostatnie pół magazynka.
    To po naboje tu przyszedłem. Przed wybuchem epidemii w tym położonym na uboczu centrum był sklep z bronią.
    Dopiąłem ostatnie paski, wyciągnąłem maczetę i ruszyłem przed siebie. Całe szczęście, że przedapokaliptyczna popkultura dokładnie przygotowała mnie na tą ewentualność. Wszystkie seriale i komiksy o zombie okazały się istną encyklopedią survivalu.
    Karoserie pojazdów tworzyły nieprzerwany pomost. Dawne alejki parkingowe były teraz zapchane pozderzanymi, splątanymi samochodami, wiele z nich miało pootwierane drzwi. Widocznie podczas wybuchu epidemii ludzie starali się za wszelką cenę wydostać z parkingu. Niektóre z nich łomotały rytmicznie, gdy uwięzione w środku żywe trupy wyczuwały moje przejście. Raz czy drugi musiałem odrąbać wystające zza potłuczonych szyb ręce, a raz odciąć głowę uwięzionemu między dwoma zderzakami korpusowi. Gdy dotarłem do skraju parkingu, odbezpieczyłem flary i rzuciłem je jak najdalej od wejścia, odciągając na chwilę kłębiące się zombie od drzwi. Krótki sprint, pchnięcie przeszklonych drzwi i byłem w środku.
    Wiedziałem gdzie iść. Szybkim ciosem zdjąłem zombiakowi w uniformie ochroniarza łeb z ramion i pognałem w kierunku nieczynnych schodów ruchomych. Nieumarli byli tu rozsiani rzadziej niż na parkingu.
    Co nie znaczy, że nie było ich w ogóle.
    Zdołałem przebyć połowę drogi nim najbliższe stwory zorientowały się kto wpadł do ich królestwa z wizytą. Z pobliskich alejek nadciągały już pokraczne sylwetki. Pchnąłem opuszczony wózek sklepowy w stronę największej grupki, zagradzającej mi drogę, po czym lewą ręką wyciągnąłem pistolet. Tylko sześć kul.
    Nie dostaniecie mnie.
    Wózek rozepchnął nieumarłych, a tuż za nim wpadłem ja. Ściąłem kobietę po prawej i równocześnie strzeliłem z przyłożenia do grubasa po lewej. Krok w tył poza zasięg łap, kolejny zamaszysty cios, a potem dwa strzały. Druga kula trafiła ostatniego zombiego w żuchwę, więc musiałem jeszcze raz poprawić maczetą, w samą porę by odwrócić się i kolejnym strzałem załatwić trupa chwytającego mój plecak. Kolejne człapały tuż za nim. Chwyciłem wózek i pędem wciągnąłem go za sobą na schody, klinując go w poprzek i tarasując przejście. Pobiegłem w górę. Kolejne dwa trupy już schodziły na moje spotkanie. Wskoczyłem na poręcz schodów i biegnąc po wąskiej krawędzi raz za razem rozłupałem obie czaszki. Kolejny trup, zwabiony hałasem wyjrzał zza krawędzi szczytowej barierki, ale chwyciłem go za fraki i ściągnąłem w dół. Wypadłem na galeryjkę na piętrze. Pobliskie zombie obracały się w moją stronę, ale korytarz w stronę sklepu, oszklony z jednej strony niską barierką, był w miarę czysty.
    Jeszcze mnie nie dostaniecie.
    Pobiegłem przed siebie. Za sobą słyszałem człapanie i chóralny jęk kilku nieumarłych. Zbyt wielu. Przed sobą widziałem już wejście do sklepu, ale z naprzeciwka nadciągały kolejne dwa zombie, a kilkanaście metrów za nimi stało ich chyba z sześć. Na szczęście te dalsze jeszcze mnie nie zobaczyły.
    Wystawiłem maczetę przed siebie i z rozpędu wpadłem na pierwszego zombiaka, przebijając mu głowę.. i pchając go jednocześnie na drugiego. Chciałem przyszpilić obu, ale ciężar nabitego ciała pociągnął ostrze w dół i klinga trafiła drugiego potwora w obojczyk. Szczęki kłapnęły niebezpiecznie blisko mojej ręki. Nie ma wyjścia. Bang! Piąta kula przebudziła z letargu szóstkę stojących dalej zombie, a grupa pościgowa była już o krok. Puściłem rękojeść zaklinowanej maczety i wskoczyłem w zbawcze drzwi sklepu. Z miejsca pozbyłem się ostatniej kuli, kładąc trupem – czy też ostatecznym trupem – nacierającego sprzedawcę, po czym zatrzasnąłem drzwi, podpierając je czym prędzej chwyconym naprędce stołkiem.
    Jeszcze mnie nie dostaniecie.
    Modląc się w duchu otworzyłem pierwszą szafkę. Alleluja. Choć raz szczęście się do mnie uśmiechnęło.

    Wybuch targnął drzwiami wejściowymi do centrum, siejąc naokoło odłamkami szkła i metalu. Zombie kręcące się po parkingu odwracały głowy w stronę niezwykłego zjawiska. Z kłębów dymu wynurzyłem się ja ze strzelbą w rękach. Za paskiem miałem cztery pistolety, do plecaka pełnego amunicji przytroczyłem kuszę. Rzuciłem kolejny granat na parking, a potem niespiesznie podążyłem w stronę samochodowego pomostu. Wszedłszy na karoserię, odwróciłem się i trzema strzałami położyłem trzech najbliższych umarlaków, po czym ruszyłem w drogę powrotną. Bez przeszkód dotarłem do auta zaparkowanego pod drogowskazem. Zanim wsiadłem, odwróciłem się i spojrzałem ostatni raz na zombiaki przed centrum.
    – Nie dostaniecie mnie! – zawołałem tryumfalnie, robiąc w ich stronę gest Kozakiewicza.
    Wiatr dmuchnął nagle ze zdwojoną siłą, a ja usłyszałem trzask. Spojrzałem w górę, by zobaczyć jak oberwany właśnie szyld zmierza prosto w kierunku mojej gło….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

13 − three =