4. Celebryta Apokalipsy

   – To naprawdę ty? Ten Alex? – cały czas trzymając jego rękę, nie mogłem opanować ekscytacji.
   – We własnej osobie – uśmiech na jego twarzy wyraźnie mówił, że już niejednokrotnie spotkał się z takim entuzjazmem u nowo poznanej osoby – jak widzę, wiesz o mnie sporo. Może teraz ty powiesz coś o sobie?
   Pomimo szczerych chęci, nie mogłem powiedzieć ani słowa. Możliwość poznania takiej osoby w tym świecie, jest czymś nierealnym. Pamiętam jak za czasów normalnego życia, marzyłem, by osobiście spotkać sławnego muzyka lub pisarza. Zapewne dzisiaj gdybym ich spotkał, zmuszony byłbym strzelić im w głowę, ale wtedy… Można powiedzieć, że Alex to taki celebryta apokalipsy.
   –  Niedaleko stąd leży moja przyjaciółka, która potrzebuje glukagenu. Zapadła w śpiączkę i jest na skraju pomiędzy życiem a śmiercią. Twój brat powiedział mi, że macie zapas i nie byłoby problemu z udostępnieniem mi kilku buteleczek.
   – Faktycznie mamy lekki zapas – tutaj urwał, jakby zastanawiał się czy dać mi lekarstwo, czy odesłać z pustymi rękami – nie wyglądasz jakbyś kłamał, więc jestem skłonny uwierzyć w twoją historię. Jak daleko leży…
   – Angelika, ale mówimy do niej Angie.
   – Czyli nie jesteście sami?
   – Dokładnie. Przyszło nam spotkać po drodze dwójkę dzieci w wieku 9 i 11 lat. Rodzeństwo.
   – I zostawiłeś je tam na pastwę losu?
   – Nie miałem wyboru. Ta misja była zbyt niebezpieczna by zabierać je ze sobą. Poza tym są bezpieczne w piwnicy domu, w którym schowaliśmy się przed umarłymi.
   – Dobra, to nie przeciągajmy tego. Pozwól za mną, a dam ci potrzebne leki.
   Pomimo braku nogi, Alex poruszał się całkiem sprawnie. Wystarczyła mu jedna kula, by móc przemieszczać się z normalną prędkością.
   Obaj skierowaliśmy się w stronę drzwi, znajdujących się po przeciwnej stronie pokoju niż te, którymi weszliśmy.
   Pomieszczenie przypominało coś na wzór zaplecza jakiegoś sklepu. Znajdowały się tutaj przeróżne przedmioty. Począwszy od artykułów spożywczych, przez broń, aż do części samochodowych. Było tu wszystko, co nie potrzebowało specjalistycznych metod magazynowania. Wyjątek stanowiła lodówka, na samym końcu wąskiego przejścia. Kiedy Alex otwierał drzwiczki i wyciągał po kolei buteleczki, zadał mi pytanie, które aż mną wstrząsnęło.
   – Dobra, to jak dawno cię pogryźli?
   Skąd on o tym wiedział? Przecież rana nie była widoczna, a mój obecny stan przypominał wiele schorzeń, jak np. niedożywienie, lub przemęczenie.
   – Ale skąd… jak…
   – Myślisz, że jestem ślepy? Od razu po tobie widać, że w twoich żyłach krąży wirus. Zostało ci 24 godziny życia, jeżeli będziesz mieć odrobinę szczęścia.
   – Ale jak… skąd ty to wiesz?
   – Oczy. To one świadczą o naszej czystości przed wirusem. Myślisz, że dlaczego umarli mają zamglone gałki oczne?
   A więc to oto w tym chodzi… Z każdą minutą ten człowiek zadziwiał mnie coraz bardziej. Widać, że wiele przeszedł i zapewne walczył z niejednym nieumarłym. Ale skąd on mógł wiedzieć tyle o wirusie? Chyba że…
   – Miałeś już do czynienia z wirusem?
   Bez słowa, Alex podciągnął koszulkę i pokazał ślady ludzkich zębów w okolicach żeber.
   – Stąd, że sam przez to przechodziłem. To teraz powiedz, kiedy ciebie ugryźli?
   – Ok 7 rano – skoro ugryźli go i teraz normalnie może przede mną stać, nie chcąc mnie zjeść, to znaczy, że musi istnieć antywirus.
   – Muszę przyznać, że trzymasz się całkiem dobrze, jak na 9 godzinę infekcji.
   – Jest na to lek? Masz go? – nie zdając sobie sprawy, mój głos był coraz mocniejszy.
   – Oczywiście, że jest. Opracowano go jakiś rok po ogólnoświatowej zagładzie. Mam znajomego w ekipie badawczej i to właśnie on zdobył dla mnie jedną dawkę. Niestety nie mam więcej i z lekiem jest pewien problem – mówiąc to spojrzał na swoją brakującą nogę – działa tylko raz. Jeżeli te skurwysyny ugryzą cię ponownie, to on nie zadziała. Pewnie się domyślasz dlaczego nie mam nogi?
   – Dlaczego tylko raz?
   – Odpowiedź nie do końca jest zrozumiała dla takiego ciemniaka jak ja – krótki uśmiech zawitał na twarz Alexa – z tego co pamiętam, ma to coś wspólnego z pewnym rodzajem bakterii, która niweluje działanie wirusa. Jest ona dosyć słaba, więc ludzki organizm szybko uczy się jak z nią walczyć. Dziwne prawda? Nasz organizm sam zwalcza to, co tak naprawdę mogłoby uratować ludzkość.
   Faktycznie brzmiało to dość irracjonalnie, ale grunt, że jest nadzieja.
   Nagle poczułem mocne zawroty głowy. Czułem, że zaraz znowu stracę przytomność.
   – Muszę usiąś… – nie dałem rady dokończyć, atak mdłości był zbyt silny. Szybko wybiegłem za budynek i zwymiotowałem. Coraz większy problem polegał na tym, że nie za bardzo miałem czym. Wytarłem usta i na ręku pojawiła mi się krew. Było coraz gorzej. Czułem się słabszy. Bałem się dalszego rozwoju sytuacji. Wtem na ramieniu poczułem dłoń. Była to Małgośka. Młoda i piękna patrzyła na mnie z wyrazem współczucia.
   – Nic ci nie jest? Nie wyglądasz najlepiej. Jak chcesz to możesz u nas odpocząć, odstąpię ci moje łóżko.
   Gdyby nie mój obecny stan, na pewno skorzystałbym z oferty, zaproponowanej przez tą ślicznotkę. Niestety czas nie był po mojej stronie i szybko musiałem wracać do Angie i kontynuować moją podróż po antywirusa.
   – Niestety nie może u nas zostać. Jego przyjaciółka potrzebuje tego – w tym momencie Alex wyciągnął przed siebie mój plecak – są tam potrzebne ci leki i mały liścik na drogę, oraz trochę pożywienia i duża butelka wody. Idź już bo każda sekunda jest na wagę złota.
   Miałem ogromne szczęście, że trafiłem na takich ludzi. Praktycznie od początku powstania obozu, nie spotkałem nikogo, kto byłby tak pomocny jak oni.
   – Nie wiem jak wam dziękować. Jesteście wspaniali.
   – Nie ma o czym mówić. I pamiętaj, by jutro rano włączyć radio.
   – Na pewno nie zapomnę, jeszcze raz dziękuje – podszedłem do niego i wyciągnąłem rękę na pożegnanie – do zobaczenia i do usłyszenia.
   Z uśmiechem na twarzy dodał od siebie.
   – Nie wątpię w to.

Świt Żywych Trupów (2004)

Pierwszy remake  „Świtu Żywych Trupów” z roku 1978. Ponownie znajdziemy się w wielkim centrum handlowym, chcąc przetrwać natarcie hordy wygłodniałych trupów. W tej odsłonie wiele się zmieni, na pewno nie na korzyść bohaterów… Tym razem za pomocą  Zacka Snyder’a, przeniesiemy się w odnowiony świat, stworzony przez Georga Romero. Nazwisko bardziej kojarzy się z filmem „300”, ale to właśnie on, po prawie 30 latach, wrócił do klasycznego horroru i pokazał go w innym świetle. Co z tego wyszło? Kawał dobrej roboty! Czytaj dalej…

5. Powtórny Początek

   „Zaoszczędzisz czas, kiedy udasz się drogą S8 na północ od domku, do którego zmierzasz. Pozdrów przyjaciółkę i dobrze zajmuj się dzieciakami. Pamiętaj, że jak zdobędziesz lek, u nas jest dużo miejsca, by przyjąć i was 
Alex.”
   Coraz szybciej traciłem siły. Bez problemu udało mi się przedostać w jedną stronę, natomiast droga powrotna była o wiele trudniejsza. Już po 5 minutach podróży, musiałem zrobić chwilę przerwy.Potworna ilość potu, spływała ze mnie jak z rwistego, górskiego strumienia. Nie nadążałem nawet, by to wszystko z siebie wytrzeć. Byłem dopiero w połowie drogi do miasta, w którym spotkałem Patryka i resztę. Bogu dzięki za brak jakichkolwiek oznak umarłych w okolicy. W obecnej sytuacji, nie byłbym w stanie obronić się nawet przed jednym. Gorączka stopniowo się powiększała. Czułem się jak wrak człowieka, którym jeszcze byłem wczoraj.
   Siedziałem tak modląc się, by osłabienie szybko minęło. Wcześniej takie ataki zdarzały się rzadko i trwały niewiele ponad minutę, może dwie. Sugerując się zegarkiem, odpoczywałem już od 10 min, a stan w żaden sposób się nie poprawiał. Mroczki przed oczami przybierały kształt niestworzonych rzeczy. Na pierwszy rzut oka, przypominały one komórki zwierząt, które oglądałem na lekcjach biologii przez mikroskop. Jednak po chwili wszystko tak wirowało, aż obraz tracił kolor, a ciemność zasłaniała wszystko.
   – Nawet nie waż się teraz zasypiać! – męski głos przebudził mnie na tyle, by jednak świat nabrał kształtów – jeżeli to zrobisz, już możesz pożegnać się z dzieciakami i moją siostrą.
   Jaką znowu „siostrą”? Gdy w pełni otworzyłem oczy, przede mną stał Krzysiek. Jakim cudem się tu znalazł? Przecież nie żył od dobrej godziny.
   – Zaskoczony, że mnie widzisz? Pomyśl sobie, jaki ja byłem zaskoczony, kiedy mnie zostawiłeś na pastwę tego stwora!
   Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Język był zbyt ciężki. Z moich ust wypłynął tylko niezrozumiały bełkot.
   – Od początku wiedziałem, że coś z tobą nie tak. Gdyby nie moja siostra wtedy, twoje ciało gniłoby teraz, jedzone przez umarłych. Ona uratowała ci życie, a ty jej się tak odwdzięczasz? Jesteś niczym! Żałuje, że nie wpakowałem ci kulki w łeb, kiedy miałem ku temu okazję.
   – To… to ni… nie ta…tak jak myślisz.
   – A skąd ty wiesz co ja sobie myślę? Wyprowadzę cię z błędu. Nie jesteś nic wart! Poświęciłem życie dla takiego śmiecia jak ty! Słyszysz mnie!? Jesteś gównem!
   Dawno nie czułem takiej agresji jak w tej chwili. Chciałem wstać i pokazać mu, jak bardzo się myli. Niestety moje ciało nie było gotowe na taki wysiłek.
   – Może poszukam twojej mamusi, by się teraz tobą zajęła, co? A no tak, zapomniałem… pewnie jest teraz jednym z tych tutaj – ruchem ręki wskazał dwóch zbliżających się do mnie zombie – chętnie popatrzę tak, jak ty patrzyłeś wtedy.
   Oddzielało nas raptem 5 metrów, miałem mało czasu na podjęcie jakichkolwiek działań. W głębi miałem nadzieje, że w końcu infekcja pozwoli mi przeżyć jeszcze trochę. Niestety się na to nie zapowiadało. Z całych sił próbowałem wyciągnąć pistolet, lecz poruszanie ręką było trudniejsze, niż bym kiedykolwiek przypuszczał. Dystans gwałtownie się zmniejszał, a ja cały czas byłem w kropce, kiedy nagle… Ulga… Poczułem błogosławioną wolność. W tej chwili mogłem zdobyć każdy szczyt. Niestety nim bym mógł chociaż spróbować, dwa chodzące zwłoki, bardzo mi to uniemożliwiały. Z całych sił starałem przesunąć się w bok. Gdybym był bohaterem z filmów akcji, na pewno by mi się to udało, a następnie bezproblemowo unieszkodliwiłbym stwory i na koniec naplułbym w twarz Krzyśkowi. Niestety to był realny świat i nie zdążyłem się uchronić. Pierwszy z truposzy zdążył się na mnie uwalić. Na szczęście tylko jeden, ale nadal nie wyglądało to zbyt kolorowo. Obiema rękami trzymałem przeciwnika jak najdalej od odsłoniętych części ciała. Kątem oka ujrzałem dość niewielki, ale wystarczający kamień, który pomoże mi w unieszkodliwieniu napastnika. Musiałem to zrobić wyjątkowo szybko, bo długo nie wytrzymałbym, osłaniając się tylko jedną ręką. Nie było czasu na namysł. Drugi zombiak zbliżał się coraz bardziej. Pomyślałem sobie „albo teraz, albo nigdy”. Odepchnąłem zwłoki z całej siły i szybkim ruchem zdobyłem kamień, by następnie użyć go do rozbicia czaszki. Wystarczyły dwa uderzenia, by pozbyć się ciężaru, znajdującego się na mnie. Gdy został jeden przeciwnik, było już za późno.
   Po raz kolejny musiałem przez to przejść. Zęby stwora, zatopiły się w moim ramieniu. Czułem niewyobrażalny ból. Nie zastanawiając się dłużej, potężne uderzenie wylądowało centralnie w coś, co kiedyś było nosem człowieka. Następnie uderzyłem drugi raz, trzeci i czwarty, aż do momenty, kiedy została z niego wyłącznie mokra plama.
   Patrząc na świeżą ranę, usłyszałem oklaski. Przyciskając z całej siły dłoń do rany, kroki Krzyśka zmierzały w moją stronę.
   – Brawo. Jestem w szoku, że ci się udało… no może nie do końca, ale jednak wciąż możesz oddychać – aprobata ze strony zmarłego towarzysza, była nie do zniesienia – Już miałem położyć obok ciebie kwiatek, upamiętniający twoją „bohaterską” śmierć. Zaskoczyłeś mnie, ale jednak została ci mała pamiątka. Najpierw od własnej dziewczyny, a teraz od tego gościa… albo od gościówy… ciężko odróżnić jak są w takim stanie.
   Jego twarz zbliżyła się do mnie na tyle blisko, że poczułem jego oddech na policzku.
   – Dam ci ostatnią radę. Nie myśl sobie, że dlatego bo cię lubię. Pragnę twojej śmierci jak niczego innego na tym świecie, ale niestety nikt poza tobą, nie jest w stanie dostarczyć leków mojej siostrze. W tej chwili ruszaj dupę, bo za maksymalnie 2 do 3 minut, będziesz miał tutaj sporo towarzystwa.
   Miałem ochotę przyłożyć mu z całej siły, ale wiedziałem, że jego tak naprawdę tu nie ma. To mój umysł płatał mi figle. Z godziny na godzinę coraz bardziej realne. Poza tym, musiałem przyznać mu rację. Nie było czasu na użalanie się nad sobą. W końcu już wcześniej zostałem pogryziony, a ta rana nic nie zmieni.
   Wstałem i zarzuciłem sobie plecak na ramię. Przez niecałe 5 sekund wpatrywałem się w Krzyśka. Jego oczy już dawno pozbawione były duszy.
   Ze stanu osłupienia wyrwał mnie nieludzki dźwięk. Mogło to oznaczać tylko jedno. Towarzystwo, o którym mówiła zjawa w postaci brata Angie, zaczynało się zbiegać. To był mój czas na kontynuowanie podróży.
   Kiedy ruszyłem w drogę, obejrzałem się, by sprawdzić jak daleko znajdują się ode mnie zombie. Ich sylwetki były widocznie jakieś 200 metrów stąd. Poza nimi, ujrzałem machającego mi Krzyśka, lecz dosłownie po chwili zniknął. W końcu uwolniłem się od jego zagubionej duszy.
   Na całe szczęście dalej nie spotkałem nikogo, kto mógłby pokrzyżować moje plany. Drewniany domek był coraz bliżej. Nie odrywając dłoni od ramienia, niemal biegłem, by w końcu podać niezbędne leki Angie. Nie wiedziałem jak wyjaśnić nowo nabytą ranę, ale to nie było teraz ważne. Kiedy już się ocknie, wezmę ją w ramiona i powiem całą prawdę. Chcę zacząć od nowa z czystym sumieniem.
   Na wprost były drzwi. Otworzyłem je i wparowałem do środka, niczym wystrzelony z procy. Widok salonu był ostatnim widokiem, jaki zapamiętałem przed ciemnością.

6. Prawda

   Obudził mnie potworny ból głowy. Swoboda poruszania się była równa zeru. Byłem związany, a na oczach miałem opaskę. Ciemność i pulsowanie potylicy – to jedyne co teraz czułem.
   – Kogo my tu mamy? No proszę, nasz uciekinier.
   Głos jakby dobiegał z daleka. Musiała minąć chwila, by dotarł do mnie.
   – Zdejmijcie mu to.
   Czyjeś ręce ściągnęły ze mnie opaskę. Przez chwilę obraz był niewyraźny, ale gdy przyzwyczaiłem się już do światła, wszystko stało się jasne.
   – Teraz mnie poznajesz? Miło mi cię znowu widzieć Dawidzie.
   Dowódca obozu stał nade mną, niczym rzeźnik nad świnią. Jego twarz sugerowała, iż jest zadowolony, że mnie widzi.
   – Szukaliśmy ciebie cały boży dzień, a ty tak po prostu przyszedłeś tutaj. Los jednak nam sprzyja. Zapewne nie zdajesz sobie sprawy co to za miejsce?
   – Gdzie jest Angie!? – nie obchodziło mnie w tej chwili, gdzie jesteśmy i co tu się wyprawia. Najważniejsze dla mnie było odnaleźć moją przyjaciółkę.
   – Mówisz o tej tutaj? – odsuwając się, moim oczom ukazał się obraz związanej dziewczyny. Nadal była nieprzytomna.
   – Ona jest chora! Rozwiąż ją!
   – Tak wiem, wiem. A ty bohatersko poszedłeś w poszukiwaniu leków dla niej. Naprawdę wzruszające – szyderczym gestem, dowódca przetarł dłońmi po twarzy, jakby wycierał łzy – ona dla nas nic nie znaczy, ty teraz również.
   Nagle przy dowódcy, wyrosły dwie małe postacie. To była Kasia i Michał. Już wiedziałem skąd ich ojciec dowiedział się o chorobie Angie i o moim powrocie.
   – Jako iż poniekąd zawdzięczam tobie życie moich pociech, zanim cię zabije, opowiem ci trochę o tym miejscu. Maciek, zabierz dzieciaki na górę.
   Nieznajomy wszedł do pomieszczenia i wziął ze sobą rodzeństwo, prowadząc je za rękę. Wychodząc Kasia patrzyła mi prosto w oczy. Widziałem w nich współczucie oraz bezradność. Teraz to jednak nie miało znaczenia.
   – Widziałem, że spotkałeś się z dr. Edwardem na górze. Możesz tego nie wiedzieć, ale zabiłeś naukowca, który jest odpowiedzialny, za stworzenie lekarstwa na to całe gówno. Niestety przy badaniach sam się zaraził i no cóż… sam zresztą widziałeś co się z nim stało. Przy tworzeniu leku, niechcący sprawiliśmy, że wirus zmutował, przemieniając swoich nosicieli w bliżej nieokreślone monstra. Są silniejsze, szybsze niż te na zewnątrz. A teraz wstawaj, przejdziemy się.
   Jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi. Coraz ciężej mi było się poruszać, ale chyba do tej pory nic nie zauważył.
   – Sam wiesz, że nasz obóz został stworzony, jako pierwszy w tej okolicy. W całej Polsce są jeszcze takie trzy. Czym się one wyróżniają? No cóż. Istnieją tylko dlatego, że mamy wsparcie wojska. W innym przypadku, dawno by było po nas. Myślisz, że skąd mamy te wszystkie leki, naboje i pożywienie? Tylko 28 procent z tego wszystkiego, to zasługa ekip zaopatrzeniowych. Resztę dostarczają nam Polskie Siły Zbrojne.
   Cały czas szliśmy ciemnym korytarzem. Jedyne światło jakie nam towarzyszyło, to migające żarówki, znajdujące się w niektórych miejscach.
   – A co wy macie wspólnego z wojskiem?
   Dowódca stanął w miejscu. Odwrócił się i z uśmiechem na twarzy powiedział.
   – Spokojnie, wszystko w swoim czasie.
   – Dlaczego mi to wszystko mówisz, skoro i tak chcesz mnie zabić?
   – Powiedzmy, że spełniam twoje niewypowiedziane życzenie.
   Faktycznie cały czas mówiąc o tym wszystkim, coraz bardziej chciałem wiedzieć o co tutaj chodzi. Laboratorium w środku lasu i to powiązanie z wojskiem? Byłem zdezorientowany.
   – Jak już mówiłem, obóz, z którego uciekłeś to była forteca nie do zdobycia. Jedyny warunek był taki, byśmy zadbali o wynalezienie tego cholernego lekarstwa. Po wielu nieudanych próbach, w końcu się udało. Sęk w tym, że trzeba je podać osobie, która jeszcze się nie przemieniła. Nie działa również wielokrotnie, tylko jeden jedyny raz. Przypuśćmy, że jakiś zombiak cię teraz pogryzł, wstrzykuje ci to i po problemie.
   W ręku dowódcy znalazła się mała strzykawka, z dziwnie zabarwioną cieczą. To na pewno było to, czego szukałem od rana. Tylko jak mogłem je zdobyć? Wpadłem na pewien pomysł.
   – A co się stanie z niezarażoną osobą, której wstrzykniecie lek?
   – Na pewno nic dobrego. Przypuszczam, że taką osobę czeka dość powolna śmierć. Kiedy organizm nie jest zarażony, antywirus niszczy zdrowe komórki krwi, zamiast tych zainfekowanych.
   Skoro cały czas nie przyszło mu do głowy, że jestem zarażony, może uda mi się go przechytrzyć i zaproponować taką „śmierć” dla mnie. Wiedziałem jednak, że to jeszcze nie ten czas.
   Kiedy myślałem, że będziemy iść tak w nieskończoność, w końcu skręciliśmy w drzwi, znajdujące się po prawej stronie korytarza. Wcześniej będąc tutaj, nie pomyślałem, by przeszukać całe pomieszczenie. Nie było wtedy na to czasu.
   – Jak już pewnie wiesz, cały ośrodek służy nam do celów badawczych. Mamy tutaj wszystko, by zwalczyć tą cholerną apokalipsę. W tym celu służą nam oni.
   Całe pomieszczenie wypełniło światło. Akurat stałem przy szybie, za którą znajdowało się bardzo wielu umarłych. Z przyzwyczajenia odskoczyłem do tyłu, zwalając z biurka jakieś notatki.
   – Uważaj trochę, to jest cenniejsze niż całe twoje dotychczasowe życie. Na razie jesteś bezpieczny. Te szyby trzymają ich już tak od wielu miesięcy. Nie ma możliwości, by teraz pękły. To pancerne szkło – dowódca zapukał kilkakrotnie w materiał, oddzielający nas od truposzy – nic nam tu nie grozi.
   Kiedy poczułem pewną ulgę, przypatrzyłem się twarzom wykrzywiającym się w moim kierunku.
   – Przecież to ludzie z obozu!
   – Nie mylisz się. Potrzebowaliśmy wielu okazów do badań, a zdobycie ich poza obozem, było zbyt ryzykowne. Wstrzykiwaliśmy im wirusa, byśmy mogli przeprowadzać na nich różnego rodzaju eksperymenty naukowe. To dlatego przyjmowaliśmy tak wielu ocalałych do naszego obozowiska. Poniekąd przyczynili się oni, do stworzenia lepszego świata.
   – Wątpię by robili to z własnej woli. Wabiliście ludzi by potem skazać ich na to? Jesteście gorszymi potworami, niż wszystkie zombie razem wzięte.
   – Nazywaj to jak chcesz, robimy tylko to, co nam każą. Każdy chce przeżyć na swój sposób. Pozostając na wolności, ci ludzie tak czy inaczej byliby martwi. Tutaj przynajmniej dają nam jakiś pożytek.
   Już miałem oskarżyć dowódcę o wiele innych rzeczy, gdy w tłumie umarlaków, ujrzałem twarz Karola. To nie była iluzja. On naprawdę tam był.
   – Karol…
   – Zgadza się. Po twojej ucieczce, bardzo się zmienił. Oczywiście na niekorzyść dla nas. Musieliśmy znaleźć mu nowe zajęcie.
   – Wy skurwysyny! Jak mogliście mu to zrobić!?
   – Wszystko przez ciebie – chwilowa cisza wypełniła pokój – Chciał za tobą biec i ci powiedzieć o naszej małej tajemnicy. Trzeba go było odizolować od reszty ludzi, bo za dużo wiedział. Tak właśnie przyczyniłeś się do jego przemiany.
   Zatkało mnie. Czy naprawdę Karol o wszystkim wiedział i nic nie mówił? Przecież to co się działo w obozie, to czysty obłęd. Przez cały czas myślałem, że ci wszyscy ludzie umierali przy misjach zwiadowczych, lub zaopatrzeniowych. A tak naprawdę trafiali tutaj. Nic dziwnego, że ten teren został wykluczony z poszukiwań. Za dużo mogliśmy tutaj znaleźć.
   – Co się stało? Nagle przestaliśmy być tymi złymi? Tylko nie płacz, bo nie mam przy sobie chusteczek.
   Z trudem powstrzymywałem w sobie atak złości. Już nie tylko na dowódcę, ale i na siebie. Ze wszystkich bliskich mi osób, tylko Angie pozostała przy życiu. A i tak było to pod dużym znakiem zapytania. Nie mogłem pozwolić, by i ją spotkał taki los, jak Karola, Krzyśka czy Sarę. Ich wszystkich miałem na sumieniu. Kolejne imię na tej liście, doprowadziłoby mnie do wewnętrznego wyniszczenia.
   Rozglądałem się po pomieszczeniu. Szukałem czegoś, co pozwoli mi na wydostanie się z tej pułapki. Popatrzyłem na Karola i w myślach prosiłem, by pomógł mi i teraz. Jego ręka ześlizgnęła się z szyby i jakby wskazała mi przycisk, który się znajdował jakieś cztery metry ode mnie. Był niewielki, dlatego nie zauważyłem go wcześniej. Uśmiechnąłem się i wiedziałem co dalej robić.
   W pewnym momencie przestałem słuchać tego, co dowódca do mnie mówił. Musiałem się skupić, na wybraniu idealnego momentu, do zrealizowania mojego planu. Czas mijał nieubłaganie. Starałem się pomału przybliżyć do ściany, na której znajdował się guzik. Nie wiem czemu, ale byłem pewien, że służy on do otwarcia drzwi, w których było pełno trupów.
   Wyglądało na to, że ta chwila nigdy nie nastąpi. Moje obawy były jednak mylne. Dowódca w pewnym momencie odwrócił się do mnie plecami, by coś pokazać. Nie wahając się długo, po prostu podbiegłem do ściany, naciskając klawisz plecami. Miałem związane ręce, więc nie mogłem zrobić tego inaczej.
   Drzwi otworzyły się, wypuszczając na wolność umarłych. Dowódca był w szoku i zajęło mu chwilę, by uchwycić moment, w którym pierwszy z zombie ugryzł go w rękę. Potworny krzyk wydobył się z jego gardła. To był koniec tyrani na ludziach z obozu. Kiedy patrzyłem tak na całą scenerię, uświadomiłem sobie, że ja też jestem ich celem. Na całe szczęście miałem możliwość ucieczki z pokoju. Wybiegłem i kierowałem się w stronę pomieszczenia, w którym się obudziłem. Nie miałem pojęcia, która jest godzina, ale myśl o Angie dodawała mi siły.
   Pomimo chęci, nie mogłem biec tak szybko, jak chciałem. Powoli kręciło mi się w głowie, a cały obraz, zachodził mgłą. Nie poddawałem się jednak i poruszałem się dalej. W końcu dotarłem do miejsca – gdzie nadal związana – w kącie leżała Angie. Tak naprawdę nie mogłem nic zrobić, bo sam byłem skrępowany. Opadłem na kolana. Traciłem siły w zastraszającym tempie. Unosząc głowę, zobaczyłem dziewczynkę. To była Kasia. Nie wiem po co wróciła, ale była moją jedyną szansą.
   – Kasiu proszę cię, musisz mi pomóc. Rozwiąż mnie.
   – A gdzie jest tatuś?
   – Później ci wszystko wyjaśnię, niema czasu na tłumaczenie.
   Niezbyt ufnie, podeszła do mnie, wzięła nóż, który leżał na jednym ze stolików i z całej siły rozcinała więzy. Gdy poczułem ulgę, od razu zacząłem działać. Podbiegłem do plecaka i wyciągnąłem leki. Całe szczęście, nikt nie przeszukał go i wszystko było na miejscu. Nawet liścik od Alexa.
   Wziąłem jedną strzykawkę i od razu podałem ją Angie. Minęła chwila, aż wszystko spłynęło. Błagałem by otworzyła oczy i powiedziała cokolwiek. Cały czas było bez zmian. Leżała tak bez ruchu jak wtedy, gdy ją tutaj zostawiłem. Obawiałem się, że mogło być już za późno.
   Smród zgniłego mięsa, docierał do mnie coraz bardziej. Wiedziałem, że zaraz pojawią się ci, których uwolniłem i wcale nie chcieli okazać mi swojej wdzięczności. Nie mogłem dłużej czekać. Musiałem wydostać się stąd, zanim wraz z Angie i Kasią, zostaniemy pożywieniem dla trupów.

7. Cztery Koła

   Każde spojrzenie bijące od nadciągających trupów, sprawiało, że nie mogłem się skupić. Ich pustka przenikała mnie, niczym strzał z pistoletu. Fascynowało mnie to, a jednocześnie przerażało. Widziałem coś, czego nikt inny nie widział. Poczułem z nimi pewną więź, której nie mogłem opisać. Byli coraz bliżej i bliżej, a strach całkowicie mnie opuścił. Byłem w innym świecie.
   Musiała minąć spora chwila, nim dotarł do mnie wrzask Kasi. Czułem się jak świeżo wybudzony ze snu. Powróciły wszystkie myśl, a świat nabrał kształtów.
   – Obudź się! Dawid, słyszysz mnie!?
   Nie było czasu na odpowiedź. Wróg był coraz bliżej. Uniosłem nadal nieprzytomną Angie, zarzuciłem jej ramię na siebie i czym prędzej pognaliśmy w stronę schodów. Gdybym pozostał we wcześniejszym stanie odrobinę dłużej, już niemiałbym jak uciekać. Jakim cudem mogłem poczuć jakąkolwiek więź z tymi stworami? Teraz wydawało się to absurdalne, ale wtedy… wtedy to miało sens.
   – Kiedy wrócimy po tatę?
   Udawałem, że nie usłyszałem pytania. Jak mogłem jej wyjaśnić, że musiałem postąpić w ten sposób? Zapewne jest teraz na dole, wśród tej całej hordy.
   – Jak będziemy na górze, wszystko ci wyjaśnię – tylko tyle udało mi się powiedzieć. Najwidoczniej to wystarczyło, ponieważ nie padło już ani jedno słowo z ust Kasi.
   Będąc przed drzwiami, zorientowałem się, że przecież dowódca nie był tu sam. Do tej pory widziałem dwóch żołnierzy, ale nie oznaczało to, że nie może być ich więcej. Poczułem się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Nieważne, którą drogę bym wybrał, w obu czekała mnie ciężka próba.
   Odgłosy umarłych były coraz bliżej. Bardzo niwelowało to czas na podjęcie jakichkolwiek kroków. Po chwili wybrałem przekroczenie progu drzwi. Jeżeli i tak wybrałem śmierć, to przynajmniej od kul a nie pogryzień.
   Wyjąłem broń i modliłem się, by przy drzwiach nie stał żaden strażnik. Uwieszona na mnie Angie, bardzo ograniczała moje ruchy. W razie strzelaniny, nie będę w stanie odskoczyć na bok i ukryć się za najbliższym meblem. Nie było czasu. Pchnąłem klamkę i od razu uderzyło we mnie intensywne światło od słońca. W zasięgu wzroku nie ujrzałem nikogo. Wyglądało na to, że jestem bezpieczny – chwilowo.
   Nie tracąc czujności, wykonałem parę kroków przed siebie. Postanowiłem, że łatwiej mi będzie poruszać się bez Angie, więc położyłem ją na kanapie. Kiedy sprawdzę dom, będę w stanie określić dalszy plan działania. Mając obie ręce wolne, ujrzałem przed domem wojskowy pojazd terenowy, który widzieliśmy parę godzin temu w okolicy. Jako iż cały czas walczyłem z czasem, a najszybsza droga do miasta wiedzie drogą S8, do głowy wpadł mi pomysł. Musiałem tylko wymyślić jak zdobyć auto.
   Moje przemyślenia przerwały męskie głosy, dochodzące z piętra. Wyglądało na to, że nie byliśmy tu sami. Z tego co udało mi się usłyszeć, w domu było dwóch żołnierzy.
   – Jak w końcu uporamy się z tym gównem, wrócę do obozu i porządnie się upije.
   – Ja to chyba skoczę do burdelu. Widziałeś nową dostawę? Ta ruda jest niczego sobie.
   Kroki dobiegały ze schodów. Byli blisko, ale nie na tyle bym nie mógł się schować. Stanąłem przy ścianie z naładowanym pistoletem. Nie chciałem zużywać amunicji, ale jeżeli byłoby to konieczne, to nie miałem innego wyboru.
   – Ciekawe co dostaniemy za wykonanie tej gównianej roboty. Jeżeli znowu jakieś konserwy, to przysięgam, że wywalę to i… kurwa, kto to jest?
   Faktycznie było ich dwóch. Byli tak zajęci rozmową, że nie zauważyli mnie, stojącego przy ścianie. To był ich błąd. Nie zdążyli zareagować przed tym, jak otrzymali ogłuszający cios w tył głowy. Nie chciałem ich zabijać, bo wierzyłem, że są to dobrzy ludzie.
   Przeszukałem ich ciała i znalazłem to czego szukałem. Kluczyki do samochodu w kieszeni jednego z nich. Plan układał się wprost idealnie, ale zapomniałem o jednym szczególe. Mianowicie o małej dziewczynce, której uśmierciłem ojca. Rozejrzałem się za nią. Stała dokładnie przy mnie. Nie zauważyłem nawet, że schowała się wraz ze mną. Już miała zadać pytanie, lecz uprzedziłem ją, odzywając się pierwszy.
   – Posłuchaj mnie, twój tata jest na dole w pokoju, z którego udało mi się uciec. O mały włos, a umarłbym z jego ręki. Musiałem coś zrobić, bym jednak mógł żyć dalej. Bardzo mi przykro, ale jemu nie udało się uciec – mówiąc to było mi przykro, nie z powodu dowódcy, ale z powodu lekarstwa, które miał przy sobie. Muszę teraz znaleźć go w innym miejscu. Na całe szczęście wiedziałem gdzie szukać.
   – Czyli on…
   – Obawiam się, że tak.
   Po raz kolejny w oczach dziewczynki, zaczęły błyszczeć łzy. Wiem, że nie zrozumie tego, jak bardzo jej ojciec był zły, ale obiecałem sobie, że nie będę już kłamał. Za dużo osób przez to umarło. Cały ten moment przerwało potworne walenie w drzwi, z których niedawno wybiegliśmy. Przecież przez cały czas, te zombiaki szły w naszym kierunku. To była kwestia czasu, by dotarły do nas.
   Stare wejście do laboratorium, nie stanowiła trwałej barykady, na nadciągający tłum. Musieliśmy uciekać.
   – Słyszysz to? – ruchem ręki wskazałem miejsce, z którego dobiegał hałas – za chwilę pojawią się tu dziesiątki tych stworów. Jedynym wyjściem z tej sytuacji, jest samochód stający przed domem. Poszukamy bardziej bezpiecznego miejsca. Chodź ze mną.
   – Zabiłeś mojego tatę! Nienawidzę cię!
   W tym momencie Kasia odwróciła się i uciekła w stronę schodów.
   – Nie biegnij tam! Stój!
   Prawdopodobnie odgłos nadciągającego zagrożenia, częściowo zagłuszył mój krzyk. Chciałem pobiec za nią i ją uratować, lecz drzwi nie wytrzymały i do salonu wtargnęły zombie. Pierwsze z nich upadły na podłogę. Reszta nie zważając na to, parła do przodu. Jako pierwszy cel, obrały dwóch nieprzytomnych mężczyzn, kolejnym byliśmy my.
   Szybko podbiegłem do kanapy, na której spoczywała Angie i biorąc ją na ręce, pobiegłem w stronę wyjścia. Żaden ze stworów na szczęście nie zdołał nas złapać, ale było naprawdę blisko. Cudem wydostałem się z budynku. Nie było jednak czasu na odpoczynek. Potwornie zmęczony udałem się w kierunku samochodu.
   Drzwi od strony pasażera były otwarte. Postanowiłem właśnie tam usadzić Angie. Nie myśląc nad tym, czy ktoś będzie w środku, skierowałem się w tą stronę. Chwała bogu samochód był pusty. Posadziłem Angie na fotelu i od razu do mojej głowy dotarła pewna myśl. Przecież wtedy z samochodu wysiadło czterech żołnierzy. Jednym z nich był dowódca, dwóch kolejnych zostało przekąską dla umarłych, a co z ostatnim? Kierując się na miejsce kierowcy, w oddali ujrzałem ostatniego członka ekipy. Prawdopodobnie był na stronie, ponieważ właśnie zapinał pasek u spodni. Gdy mnie zobaczył, nie zadając pytań, wyciągnął pistolet i zaczął mierzyć w moją stronę. Pierwsza kula trafiła jakieś parę centymetrów od mojej głowy. Nie czekałem na to, aż wypali drugi nabój i szybko pognałem do samochodu. Druga i trzecia kula świsnęły obok mnie, ale żadna mnie nie dosięgła. Byłem już na swoim miejscu, włożyłem kluczyki do stacyjki i wcisnąłem gaz do dechy.
   W lusterku widziałem, jak żołnierz biegnie za wozem, ale nie był w stanie mnie dogonić. Wystrzelił jeszcze dwa naboje ale bez efektów. Gruba blacha pojazdu była przygotowana na takie warunki.
   Kiedy myślałem, że słyszałem już wiele strasznych rzeczy w obecnym życiu, to co usłyszałem teraz, było o wiele gorsze. Do moich uszu dobiegł krzyk małej dziewczynki.

1. Odbicie

   Słychać było tylko ciszę. Każdy z nas był wykończony i potrzebował chwili odpoczynku. Siedzieliśmy tak bez słowa, aż oddech stał się spokojniejszy.
   Miejsce, w którym obecnie się znajdowaliśmy, przypominało zwykłą wiejską chatkę w starym stylu. Prawdopodobnie mieszkał tu myśliwy. Wszędzie na ścianach widniały trofea w postaci poroży czy głów zwierząt. Nigdy tego nie popierałem, do czasu, aż sam zacząłem polować. Tylko ja robiłem to by przeżyć. Nie sprawiało mi to radości, ale w obecnych czasach, panowało prawo jungli – zabij, albo zostaniesz zabity.
   Na zewnątrz nie było nikogo słychać. Wszystkie trupy zniknęły, pozostawiając po sobie tylko odór śmierci. Szafa przy drzwiach wyglądała stabilnie, więc mogliśmy pozostać tutaj chwile. Na więcej nie mogłem sobie pozwolić.
   Byliśmy oddaleni od miasta jakieś 30 km. Przy odrobinie szczęścia, cała droga zajęła by nam nie więcej niż 5 godzin. Zważając na fakt, że zostałem pogryziony ok. 7 rano, a na zegarku była godzina 14, na miejscu bylibyśmy wieczorem. Może udało by mi się pójść spać bez tego przeklętego wirusa. Jak na 7 godzinną infekcję, czułem się całkiem dobrze, poza napadami ciepła, oraz drętwieniem dłoni. Najwidoczniej pierwsze godziny były najgorsze. Zobaczymy co będzie dalej.
   – Dobra Dawid, teraz powiedz mi, co to kurwa miało znaczyć!? Jesteś jakąś pieprzoną wróżką!? Skąd wiedziałeś o tym miejscu, skoro mówiłeś, że nie zapuszczaliście się tutaj z obozu? – wiedziałem, że w końcu usłyszę to pytanie i wcale mnie nie dziwi, że zadał je akurat Krzysiek.
   Na samą myśl o głosie Sylwii, zakręciło mi się w głowie. Cały czas, słyszałem delikatne echo jej słów, odbijających się na dnie mojego umysłu. Wiedziałem, że jest martwa, ale skąd wiedziała o tym miejscu? I o jaką misję jej chodziło? Kolejne pytania bez odpowiedzi, zaczynało mnie to męczyć. Pierwszy raz od dłuższego czasu, zamierzałem powiedzieć prawdę.
   – Miałem przeczucie – powoli zacząłem, nie spuszczając Krzyśka z oczu – w pewnym momencie usłyszałem głos, który kazał mi tu skręcić. Brzmi to niewiarygodnie, zwłaszcza, że należał do mojej nieżyjącej dziewczyny – widziałem, jak z każdym słowem, wzrok Krzyśka stawał się coraz bardziej otępiały – możecie mi nie wierzyć, ale to właśnie dzięki niej jesteśmy tutaj bezpieczni.
   Nie usłyszałem żadnego komentarza z niczyich ust. Problem w tym, że nie wiedziałem czy to dobrze, czy źle. Chyba wybrałem zły moment na wyzwolenie swojego sumienia z kolejnego kłamstwa. Głos martwej dziewczyny, który z niewyjaśnionych przyczyn ratuje nam życie? Aż trudno mi było sobie wyobrazić, co oni teraz o mnie myślą.
   – Nie ważne jak, ważne, że żyjemy – nagłe słowa Angie, wyrwały Krzyśka ze stanu odrętwienia – Wypadało byśmy się tutaj rozejrzeli, może jest coś co nam się przyda.
   Bez zbędnych przemówień, każdy zaczął przeszukiwać pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy. Nawet dzieciaki były skłonne nam pomóc.
   Wiele szafek z wieloma szufladami, ale w większości nic nie było. Ktoś kto był tu wcześniej najwidoczniej wszystko ze sobą zabrał. Udało nam się znaleźć sześć opakowań chusteczek higienicznych, cztery dodatkowe baterie, trochę plastikowych sztućców i najcenniejszy łup – dobrze zaopatrzoną apteczkę. Najwyższy czas, by w końcu założyć opatrunek. Tym razem żaden trup nie stanie mi na przeszkodzie. Przeprosiłem wszystkich i poszedłem do łazienki. Jak na wiejską chatę, łazienka była dość nowoczesna. Pralka stojąca w kącie, dość duży prysznic i wielkie lustro nad umywalką. W końcu miałem okazję zobaczyć swoje odbicie. Zbladłem, a oczy miałem podkrążone. Zmieniłem się, ale jeszcze nie tak bardzo, by widać było po mnie skutki infekcji. Założyłem opatrunek. Przedtem musiałem oczyścić ranę z ziemi, która dostała mi się podczas szarpaniny z umarłymi.
   Kiedy wychodziłem z łazienki, widać było schody prowadzące na drugie piętro. Jedynym źródłem światła, jakie tam docierało, było okno, mieszczące się na szczycie schodów. Przez chwilę stałem tak i patrzyłem właśnie tam, kiedy nagle zauważyłem, że w szybie mignęło coś na kształt człowieka. Nie wiedziałem, czy to się stało na prawdę, ponieważ zniknęło tak szybko jak się pojawiło.
   Po chwili zobaczyłem, że w moją stronę idzie Krzysiek. Pewnie wtedy, kiedy byłem w łazience, wraz z siostrą, usłyszeli coś na górze i postanowili to sprawdzić. Nie myliłem się.

2. Bliska Krew

    Skrzypienie schodów towarzyszyło nam, podczas wchodzenia na górę. Może wtargnęliśmy na czyjeś terytorium i teraz ten ktoś będzie się bronić? Tak czy inaczej mieliśmy broń w gotowości.
   Kiedy dotarliśmy na szczyt, naszym oczom ukazały się drzwi po obu stronach. Te po prawej były lekko uchylone. Znikąd nie dochodził choćby najcichszy szmer. Było to niepokojące, ponieważ mogła to być pułapka. Ruchem głowy wskazałem Krzyśkowi kierunek, skąd wcześniej mógł wydobywać się hałas. Najwidoczniej oboje byliśmy tego samego zdania, bo pokazał mi ten sam gest.
   Stanęliśmy na wprost od wejścia, gdy poczuliśmy niesamowity smród. Świadczyć to mogło tylko o tym, że ktoś jest w środku i na pewno nie był to ktoś żywy. Po niedawnej ucieczce przed całą hordą trupów, miałem ich serdecznie dość, lecz trzeba to obyło sprawdzić, byśmy mogli się czuć bezpieczniej.
   Serce biło mi coraz mocniej. Kto, lub co mogło tam być? Nie było czasu na dyskusje, trzeba było działać. Chwytając za klamkę próbowałem otworzyć drzwi, redukując dźwięk do absolutnego minimum. Krzysiek cały czas stał z przygotowaną bronią do wystrzału. Nagle coś z dużą siłą uderzyło w drzwi, odpychając mnie do tyłu. Nie zdążyłem zarejestrować co to dokładnie było. Ocknąłem się i zobaczyłem, że nieznany stwór trzyma Krzyśka. Co to kurwa jest!? Nie jest to ani człowiek ani zombie. Nie czas na wpisywanie nowo odkrytego gatunku do listy zagrożeń, tylko trzeba pomóc towarzyszowi. Bez wahania podniosłem broń i wycelowałem w to “coś”. Wystarczyło pociągnąć za spust, lecz nic się nie stało. Stałem jak wryty, patrząc jak bestia dobiera się do Krzyśka. Właśnie teraz po całym moim ciele przeszedł dreszcz, powodujący paraliż każdego mięśnia. Czułem się jak manekin na tandetnej sklepowej wystawie. Z całych sił próbowałem zwalczyć blokadę. Każda próba zakończyła się niepowodzeniem. Mogłem tylko obserwować rozwój wydarzeń.
   – Pomóż mi! Rozjeb mu łeb!
   Słowa Krzyśka, docierały do mnie jak przez mgłę.
   – Strzelaj kurw…
   W jednej chwili moja dusza odłączyła się od ciała. Cały czas śledziłem całe zajście, lecz nie z miejsca, w którym przed chwilą byłem. Stałem się duchem, niemogącym wpłynąć na rozwój sytuacji. Dopiero gdy krew trysnęła na szybę, wróciłem na ziemię. Otworzyłem oczy i od razu wypaliłem w stwora, który kierował się w moją stronę. Kula przeszyła jego głowę i całe wnętrze czaszki, znalazło się na ścianie. Niestety było już za późno, by ta kula uratowała Krzyśka przed zagrożeniem. Jego ciało osunęło się bezwładnie na ziemię. Człowiek, który uratował mi życie raptem parę godzin temu, leżał teraz na podłodze z wielką dziurą w szyi. Cały teren pokryła jego krew i kawałki mózgu z głowy bestii.
   To wirus tak na mnie zadziałał? Pozbawił mnie szans, uratowania nowego przyjaciela? A może to było zupełnie co innego? Teraz to nie miało znaczenia. Brat Angie leżał martwy i to była wyłącznie moja wina. Nie byłem w stanie postawić się wirusowi, okazał się silniejszy. Kolejne stracone życie, przez tą jebaną infekcję. Najpierw Sylwia, potem Sara, a teraz Krzysiek. Ten świat pochłonął zdecydowanie za dużo cennych istnień. Usłyszałem nadbiegającą Angie z dołu. Jej krzyk był nie do opisania.

3. Wiara

   Oba ciała leżały teraz na ziemi. Jedno z nich należało do Krzyśka a drugie… no właśnie, kim lub czym było to coś, co przyczyniło się do kolejnych cierpień Angie? Na kształt przypominało człowieka, ale nie mogło nim być. Zwykły człowiek nie jest w stanie zrobić tego, co dokonał ten stwór. Jego ruchy nie były naturalne, a siła z jaką otworzył drzwi, też była daleka od ludzkiej. Na rękach i twarzy miał wyraźnie odznaczone żyły. Strój, w jaki był odziany sugerował, że był to lekarz, lub ktoś, którego zawód wymagał kitla.
   Otarłem twarz z resztek krwi napastnika, kiedy ujrzałem klęczącą Angie przy ciele brata. Od bardzo dawna nie widziałem tak poruszającego i smutnego widoku. Codziennie ktoś tracił bliską osobę, ale widok tak zrozpaczonej dziewczyny sprawił, że na twarzy pojawiła mi się łza. Krzysiek był wspaniałym człowiekiem, lecz na planie śmierci jest każdy z nas, bez żadnych wyjątków.
   Musiałem upewnić się, czy z pokoju nie wybiegnie coś jeszcze, ale nie mogłem zostawić Angie w takim stanie. Czuje, że poczucie winy wykończy mnie szybciej niż wirus.
   Powoli podszedłem do niej i ukucnąłem obok. Przez chwilę nie wiedziałem co powiedzieć.
   – Angie… Ja… Na prawdę mi przykro.
   Była tak pogrążona śmiercią brata, że chyba mnie nie słyszała.
   – Gdyby nie on, to ja leżałbym tu martwy. Zawdzięczam mu życie.
   Nadal nie było żadnej reakcji.
   – Nie wiem co powiedzieć, by ukoić twój ból.
   – Nie mam już nikogo dla kogo miałabym żyć – Mówiąc to podniosła wzrok na mnie. Błękit jej oczu aż lśnił od łez.
   Nie mogłem patrzeć jak cierpi, zwłaszcza, że to była moja wina.
   – Co teraz zrobimy? Czuje się taka bezsilna bez Krzyśka. On był moim oparciem w całym otaczającym nas świecie. Byłam przy nim taka silna, a teraz? Jedyne o czym myślę to śmierć, by móc spotkać jego i wszystkich tych, którzy dawno odeszli.
   Kolejna łza a za nią następna i następna. Nie mogłem tego powstrzymać. Od tak dawna nie towarzyszyły mi żadne uczucia, poza miłością do Sylwii, że teraz nie wiem co mam zrobić.
   – Obecny świat nie zna litości, Krzysiek oddał życie, byś ty mogła walczyć w jego imieniu. Założę się, że teraz patrzy na nas i trzyma kciuki byś dotrwała do końca. Za dużo osiągnęłaś, by teraz tak po prostu się poddać.
   Lekki uśmiech nadziei pojawił się na jej twarzy. Nie mamy, a raczej nie mam czasu na to, by tkwić w jednym miejscu. Choć wiedziałem, że ona teraz go bardzo potrzebuje.
   – Posłuchaj mnie uważnie, wiem co czujesz, bo sam rano straciłem bardzo bliską osobę, ale musimy trzymać się razem. Nie wolno nam patrzeć w przeszłość. Musimy żyć przyszłością, tylko wtedy mamy szansę przeżyć w tym jebanym świecie. Potrzebuje twojej pomocy bo sam nie dam rady.
   Przez chwile patrzyliśmy na siebie w absolutnej ciszy. Najwidoczniej rozumieliśmy się bez słów, ponieważ oboje w tym samym czasie wstaliśmy.
   – Gotowa?
   – Gotowa!
   Ucieszyłem się, że wróciła stara Angie. Ciałem Krzyśka zajmiemy się za chwile. Najpierw trzeba było sprawdzić, co jest w pokoju, z którego wybiegło stworzenie.