5. Zdrada

   Na środku pokoju pojawiła się wielka kałuża krwi. Nie można było powstrzymać krwawienia. Kula przeszła na wylot, pozostawiając dość paskudną ranę.
Twarz Karola była coraz bardziej blada. Na całe szczęście lekarz był już przy nim. Po wielu minutach, w końcu udało się założyć opatrunek. Jak na obecne czasy, obozowy lekarz był bardzo dobrze zaopatrzony w przybory do pierwszej pomocy. Z reguły przy wypadach po zaopatrzenie, znajdowało się wiele lekarstw, bandaży i wielu innych niezbędnych rzeczy, ale aż tyle? Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, było zbyt wiele innych spraw, by przejmować się tym.
W drzwiach pojawiła się Sara. Widząc całe zajście, nie mogła uwierzyć, że to wszystko zrobił Dawid. Fakt, że odkąd wstał dziwnie się zachowywał, ale by dopuścić się takiego czynu? Postrzelić własnego przyjaciela? Wszystko to co mówił Karol, było niewiarygodne.
– Jak to nas zdradził? – dowódca był w wielkim szoku, nie spodziewał się tego po jednym ze swoich najlepszych ludzi.
– Normalnie – Karol zeznawał przy głównej radzie – Poszedłem do jego pokoju i zobaczyłem, że się pakuje. Gdy chciałem go powstrzymać, to ten skurczybyk wyciągnął pistolet i postrzelił mnie w nogę – ruchem ręki wskazał na świeży opatrunek – raczej nie zrobiłem sobie tego sam.
– Na pewno miał jakiś powód by dopuścić się do takiego czynu – do rozmowy przyłączyła się Sara – znamy go wszyscy i wiemy, że nigdy by nas nie zdradził. Nie on.
Chcąc przekonać wszystkich, dołączyła do zgromadzenia. Nie spotkała się jednak z poparciem.
– Dowody mówią co innego. Postrzelił naszego człowieka a potem uciekł. Co to mogło oznaczać, jak nie zdradę?
– Karol. Przecież znasz go najlepiej z nas wszystkich. Myślisz, że mógłby to zrobić bez konkretnej przyczyny?
Z zakłopotaniem spojrzał na Sarę. W jego oczach widać było wiele zmartwień, oraz pytań, na które nigdy nie otrzyma odpowiedzi.
– Czasy się zmieniły. Ciężko teraz stwierdzić kto jest dobry a kto zły. Nawet najbliżsi byliby w stanie wbić ci nóż w plecy – zapadła chwila ciszy, po czym Karol kontynuował – sam nie mogę w to uwierzyć, ale stało się.
Nie była w stanie udowodnić im, że się mylą. Nie pierwszy raz czuła się bezsilna. Jedno było dla niej pewne, Dawid musiał mieć jakiś powód. Tylko jaki? Bez słowa opuściła pomieszczenie. Musiała dać sobie chwilę, by wszystko przemyśleć. Wychodząc usłyszała tylko słowa dowódcy.
– Musimy wysłać za nim patrol, za dużo wie. Jeżeli faktycznie nas zdradził, lada moment możemy mieć tutaj towarzystwo. Trzeba zrobić wszystko by sprowadzić go z powrotem, żywego lub martwego.
Słysząc to, serce stanęło jej w gardle. Żyła w tym świecie już na tyle długo, by przyzwyczaić się do panujących tu reguł. Tym razem przeczucie mówiło jej, że Dawid jest niewinny i musiała go odnaleźć pierwsza.
Będąc w pokoju i pakując się do wyprawy, dopadła ją pewna myśl. Powoli docierało do niej co mogło się wydarzyć. Cały ten stan, w którym Dawid znajdował się od rana coś jej przypominał. Nie wiedziała jeszcze co.
– Przecież on został ugryziony!
Nie zdawała sobie sprawy, że powiedziała to nagłos. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu, by mógł to usłyszeć. Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Rano było ciepło, a mimo to ubrał się w koszulę z długim rękawkiem. Jego ręce były lodowate. Cały był blady. Siedząc na łóżku, nie wiedziała co z tym zrobić. Skoro został zainfekowany, to w najlepszym razie zostało mu 24 godziny życia. Chyba, że uda się do miasta… To właśnie chciał zrobić. Dlatego uciekł. Był tak zdesperowany, że postrzelił swojego przyjaciela, by mieć szanse na dalsze życie. Ta decyzja musiała go dużo kosztować.
Spakowała do końca plecak i wybiegła z pokoju. Musiała wydostać się z obozu i podążać szlakiem uciekiniera. Trzeba było go ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem i to właśnie była jej misja.

6. Na Krańcu Światów

   Z zewnątrz przypominał człowieka, lecz w środku na pewno nim nie był. Zachowaniem upodabniał się do zwierzęcia, dla którego jedynym celem w życiu, było zdobycie pożywienia. W jego oczach widać było mgłę przesłaniającą duszę.
Kiedy powoli cofałem się do tyłu, potknąłem się o krawężnik. W tym momencie byłem w pułapce. Obcy wciąż podążał w moją stronę, wydając dziwny skrzek. Kiedy był na tyle blisko, bym poczuł jego swąd, wtedy…
Potworny krzyk dobiegł z okolic krzaków, znajdujących się zaledwie 200m od nas. Od razu zerwaliśmy się na równe nogi i wyciągnęliśmy broń. Rozglądaliśmy się w poszukiwaniu nieproszonych gości. Krzyk coraz bardziej przybierał na sile.
– Słyszeliście to? Brzmiało jak kobieta.
Spojrzeliśmy po sobie po czym zrozumiałem jedno.
– Zaraz… ja znam ten głos.
Nie zastanawiając się dalej, pobiegłem w miejsce, skąd dobiegał hałas. Angie i Krzysiek od razu ruszyli za mną. W myślach błagałem bym miał omamy i głos jaki słyszałem nie należał do…
Obraz, który objawił mi się przed oczami, wstrząsnął mną do końca. Padłem na kolana i z niedowierzaniem patrzyłem jak 3 zombie wgryza się w ciało kobiety. W pewnym momencie złość, która we mnie narastała ujrzała światło dzienne. Podniosłem broń, i wycelowałem w stronę stworów. Nie panowałem nad sobą. W mgnieniu oka opróżniłem cały magazynek, a żadna wystrzelona przeze mnie kula nie trafiła ich w głowę. Nim dotarło do mnie to co przed chwilą zrobiłem, oni byli już na wprost mnie. Wygłodniali ruszyli w moją stronę, chcąc pożreć i mnie. Na całe szczęście moi nowi towarzysze, pojawili się w odpowiednim momencie i precyzyjnymi strzałami, wyeliminowali cel.
Ból jaki we mnie narastał, był nie do zniesienia. Pierwszy raz od bardzo dawna zachciało mi się płakać. Spoglądając na ciało leżące niedaleko mnie udało mi się wydusić słowa przez łzy.
– To ona…
Oboje spojrzeli na zmasakrowane, lecz wciąż żywe ciało.
– Kto taki?
– To Sara.
Łzy same napływały mi do oczu. Co ona tu robiła? Przecież była bezpieczna w obozie. Nawet dzisiaj nie było zaplanowanego żadnego wypadu po zapasy. Więc dlaczego? Dlaczego wyszła na zewnątrz i naraziła się na niebezpieczeństwo?
Cichy szept dobiegał od strony konającej Sary. Podszedłem bliżej by usłyszeć co mówi. Jej policzek był nadgryziony a na ręce widać było fragment kości. Najwidoczniej napastnicy dawno nic nie jedli.
Gdy nachyliłem się nad jej twarzą, usłyszałem tylko lekki świst. To była kwestia sekund, kiedy powróci na świat po tamtej stronie. Pomyśleć, że mogłem tak samo skończyć, kiedy rano Sylwia mnie ugryzła. Nie mogłem pozwolić, by powróciła jako zombie. Poprosiłem Krzyśka, by podał mi swój pistolet. Bez słowa podszedł do mnie i wręczył mi swojego glocka.
– Jeżeli dla ciebie jest to za ciężkie, mogę…
W tym momencie padł strzał. Na jej czole pojawiła się dziura, a zaraz potem mnóstwo krwi. Poczułem dłoń na ramieniu. Kiedy odwróciłem wzrok zobaczyłem, że to Angie.
– Na prawdę mi przykro, była dla ciebie kimś ważnym.
Otarłem łzy i w końcu mogłem normalnie mówić.
– To właśnie ona otworzyła mi oczy na świat i pokazała realia obecnego życia. Kiedy potknąłem się i byłem z góry skazany na śmierć, to właśnie ona uśmierciła pierwszego zombie jakiego spotkałem, ratując mi tym samym życie. Nie wierzę, że leży przede mną martwa. Tyle jej zawdzięczam, a to właśnie ja musiałem wpakować jej kulkę w łeb.
– Dzięki tobie nie będzie musiała tkwić na świecie bez duszy i celu.
– W dupie to mam! – nie mogłem powstrzymać napływu agresji – Cały ten pierdolony syf zaszedł za daleko! Czemu te pierdolone trupy nie mogą już zniknąć i dać nam spokoju!?
Zapadła niezręczna cisza. Oboje patrzyli na mnie, nie wiedząc co powiedzieć. Głowa zaczęła dokuczliwie pulsować od nabrzmiałych emocji. Coraz bardziej czułem jak nadciąga ból. Ramię powoli zaczynało mnie palić. Kolejny etap zakażenia dawał o sobie znać. W pewnym momencie wszystko zaczęło wirować w okół mnie, że w końcu upadłem. Nie docierało do mnie nic. Straciłem przytomność.

 

Kiedyś i Dzisiaj

Zapewne każdy z nas ma swój własny obraz typowego zombie. Filmy czy książki tylko go potwierdzają. Oglądając nowsze produkcje, łatwo zauważyć, że stereotypowy trup – bezmyślny i powolny – dawno wyszedł z mody. W dzisiejszych czasach, umarlaki przewyższają człowieka w wielu kwestiach. Są szybsze, silniejsze, mądrzejsze…ogólnie lepsze. Granica ewolucji żywych trupów, dawno przestała istnieć. Postanowiłem ocenić to zjawisko. Czytaj dalej…

1. Przebudzeni

Wszystko działo się tak szybko, czas pędził nieubłaganie. Dzień zamieniał się w noc, a ludzie z dnia na dzień stawali się zupełnie kimś innym. Nic nie było już takie, jak kiedyś. Każdy myślał już tylko o sobie. Każdy chciał uciec jak najdalej od otaczającego go świata. Emocje przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, wszyscy zapomnieli czym jest szczęście, radość i miłość… Teraz liczyło się tylko jedno – przetrwanie. Nie można było polegać na najbliższych. Przyjaciele i rodzina stali się największymi wrogami. Słońce nie świeciło już tak jasno, a noc nigdy nie była bardziej ciemna. Nie było czasu na rozmyślanie o tym, co by było gdyby… Każda godzina, minuta i sekunda decydowały o tym, kim lub czym się staniesz. Świat stanął w ogniu i nikt nie przybył z pomocą. Całe życie na planecie zamieniało się w pył, w nic nie znaczący element rozkładu. To co pamiętasz już nie istnieje i nigdy nie powróci… Życie straciło sens a mimo to walczysz o to by żyć. Słowo “nadzieja” już dawno zniknęło, a “śmierć” przybrało na sile, lecz gdy pytasz “dlaczego ?” nikt nie jest w stanie ci odpowiedzieć.
Tak właśnie teraz wygląda mój świat. Już nie pamiętam co było przed rozprzestrzenieniem się zarazy, która pochłonęła wszystko to, na czym mi zależało. Nie pamiętam nawet jak wygląda twarz mojej matki. Zapomniałem też, czym jest szczęście. W tym świecie wiele słów zmieniło swoje pierwotne znaczenie. Dzisiaj radością jest fakt, że wciąż żyjesz i nie stałeś się jednym z nich. Ciągła myśl o tym, że w każdej chwili może przyjść twoja kolej, nie dawała spokoju nikomu. Niektórzy nie mogli żyć z ciągłym strachem przed zbliżającą się śmiercią, więc popełniali samobójstwo. Jedni robili to poprzez strzał w głowę, inni przez upadek z wysokości. Ciężko zliczyć w tym momencie dokonania tych wszystkich ludzi, było ich zbyt wielu. Ci którzy pozostali przy życiu, stali się zwierzętami. Byli w stanie zabić drugą osobę tylko po to, by zdobyć ich buty. Ludzkość popadła w szał bycia ciągle lepszymi i właśnie to ich zgubiło. Chęć przewyższenia stwórcy nie mogła pójść dobrze, ale kto mógł o tym wiedzieć? Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, było już za późno. Wirus zbyt szybko przedostał się do naszego, niegdyś spokojnego świata. Zapanował chaos, niszczycielska siła, która zapanowała na tyle, by w 2 lata pozbawić życia 60% ludzkich istnień na świecie. Powoli lecz nieubłaganie zbliżał się koniec.
W tym wszystkim pojawiam się ja. Zwykła ludzka istota. Nie posiadam nadludzkich zdolności i wątpię abym to właśnie ja, uratował świat przed całkowitą zagładą. Czym więc różnię się od wszystkich tych, którzy jeszcze walczą i kryją się po kątach? Otóż tym, że przed chwilą zostałem ugryziony przez jednego z “nich”

2. Strach

Nie był to byle kto, lecz osoba, która jako jedyna sprawiała, że wciąż byłem człowiekiem. Dzięki niej potrafiłem wierzyć, że kolejny dzień będzie tym, który przyniesie zbawienie, i przywróci blask słońca.
Krew… Czerwona plama pojawiła się w miejscu ugryzienia. Czułem potworny ból i pieczenie. Nigdy nie przypuszczałem, że człowiek fizycznie jest zdolny do tego, by tak mocno wgryźć się w mięsień. Ale ona nim już nie była. Jej człowieczeństwo przestało istnieć wraz z nadejściem dzisiejszego dnia. Gdy patrzę teraz tak na nią, gubię się we własnych myślach. Co teraz zrobię? gdzie się podzieje? gdzie znajdę mój mały świat bez bólu i strachu. Przez moment wszystko stało się jedną wielką czarną plamą. Wszystkie myśli połączyły się w jedną, nieposiadającą żadnej konkretnej formy.
Czas stoi w miejscu, a w mojej głowie brzmi tylko jej imię… Sylwia… coraz głośniej i wyraźniej, odbija się echem od dna mojego umysłu… Sylwia… Cały czas mam wrażenie, że to tylko zły sen, który minie i wszystko wróci do normy. Dlaczego ona? czemu ten świat nie zna umiaru w wyrządzaniu krzywd?
Boje się… wiem jak wszyscy kończą po ugryzieniu, i wiem, że ze mną nie będzie inaczej. W tej chwili całe moje życie przemknęło mi przed oczami. Zobaczyłem, że kiedyś niebo potrafiło być niebieskie, a trawa zielona. Przypomniało mi, że kiedyś ludzie potrafili żyć wspólnie i nie musieli martwić się o kolejny dzień.
Ile czasu mi zostało? Mam go liczyć w minutach? sekundach? dniach? a może to się stanie teraz? Patrzę po pokoju i widzę lustro, lecz jest zbyt daleko bym mógł zobaczyć swoje odbicie. Chcę wstać i stwierdzić, czy nadal jestem żywy, ale całe moje ciało jest zbyt ciężkie bym mógł je unieść.
Na 18 urodziny otrzymałem od matki zegarek, który służył mi do tej pory. Nic szczególnego, był srebrny i niegdyś błyszczący. Kiedy na niego spojrzałem, w diamentowej tarczy ujrzałem swoją twarz, była blada niczym ściana, lecz wciąż należała do człowieka. Nie wiem co miałem o tym myśleć, bo nie wiem ile ten stan mógł jeszcze potrwać.
Strach nie odstępował mnie o krok. Ściany zaczynały się zbliżać i zgniatać mnie ze wszystkich stron. Cała ta sytuacja nie podziałała korzystnie na moją psychikę. W takich momentach najlepiej mieć przy sobie kogoś, i faktycznie nie byłem sam. Ona wciąż tu leżała, i wpatrywała się we mnie matowym spojrzeniem. Przez chwilę wydawało mi się, że na jej twarzy pojawia się uśmiech. Mówiła do mnie.
– Już niedługo mój ukochany, będziemy mogli być razem na wieczność – jej słowa brzmiały tak realistycznie, że przez chwilę pomyślałem, że żyje. Prawda była zupełnie inna.
Coraz większa czerwona plama na koszuli zaczęła mnie niepokoić. Nie chciałem tego robić, lecz musiałem w końcu spojrzeć na ranę. Kiedy to zrobiłem, od razu zakręciło mi się w głowie. Sufit zaczął zlewać się z podłogą. Rana była głęboka, i sączyła się z niej krew. Musiałem w końcu coś zadziałać, bo powoli opadałem z sił. Obok łóżka znalazłem kawałek urwanego prześcieradła. Było stare, i już dawno rwało się na wiele kawałków. Owinąłem nim ranę, by powstrzymać krwawienie. Nie miałem czym jej odkazić, ani z czego zrobić normalny opatrunek, więc ten był tymczasowy. Zmieniłem koszulę wciąż nieświadomy tego co się dzieje. Cały czas byłem pod wpływem adrenaliny, więc nie zdawałem sobie sprawy, jaki ból musiał towarzyszyć mi przy zakładaniu opatrunku.
Gdy czas w końcu wrócił do normy, a całe zajście nie powracało nieustannie w mojej głowie, usłyszałem walenie do drzwi. Po chwili ustąpiły, a do środka wpadł Karol.
– Słyszałem… – w tym momencie ujrzał ciało Sylwii – co tu się stało!? – nie byłem w stanie odpowiedzieć mu, co tu dokładnie zaszło. Cały czas ciało odmawiało mi posłuszeństwa.
– Hej, Dawid! słyszysz mnie? nic ci nie jest? ugryzła cie?
W tej chwili mogłem powiedzieć tylko jedno.
– Nie.

3. Kiedy Słońce Świeci Nad Nami

Dzięki pomocy Karola udało mi się wyjść na zewnątrz. Od razu uderzył we mnie blask wschodzącego słońca. Dopiero teraz, doceniłem to, co tak naprawdę miałem na co dzień. Lekki wiatr targał moimi włosami we wszystkie strony, a promienie słoneczne ogrzewały moje ciało. Próbowałem spojrzeć w sam środek słońca, lecz światło było zbyt intensywne. Całe otoczenie wydawało się cieszyć na mój widok. Był środek lata, a temperatura sięgała już ok. 20 stopni. Mimo to, cały czas było mi zimno i miałem dreszcze. Zauważyłem też, że na ręku mam gęsią skórkę, będąc ubranym w długie spodnie, oraz koszulę z długimi rękawami. Prawdopodobnie był to skutek utraty krwi, ale nikt nie mógł się o tym dowiedzieć, nawet Karol, który w tym i poprzednim świecie był i jest moim najlepszym przyjacielem. Nie chciałem być zagrożeniem dla nikogo, lecz śmierć też nie wchodziła w grę. Strach przed odejściem był zbyt silny. Już wiem jak czuły się osoby śmiertelnie chore, które właśnie dowiadywały się o swoim stanie zdrowia. Tak jak i im, mnie nie zostało dużo czasu, maksymalnie 24 godziny. – Na pewno nie chcesz iść do lekarza? Nie wyglądasz najlepiej.
Nie miałem nastroju, ani siły do rozmów z kimkolwiek. Chciałem zapaść się pod ziemię. Tam na pewno nie zrobiłbym nikomu krzywdy. Lecz w tym momencie nie mogłem pozwolić sobie, by moją głowę opanowały bezsensowne myśli. Teraz najcenniejszy był czas.
– Hej! Słyszysz mnie?
Po chwili ciszy w końcu udało mi się odezwać.
– Niczego nie potrzebuję. Dziękuję Ci za wszystko, ale teraz marzę o tym, by zostać sam – mój głos był cichy lecz stanowczy.
– Jasne, rozumiem. W razie czego, wiesz gdzie mnie szukać.
Twierdząco kiwnąłem głową, i udałem się w stronę prowizorycznej stołówki.
Usiadłem przy stole, i starałem się wpaść na pomysł jak temu zapobiec. Może jednak jest jakieś lekarstwo? Może nie warto tracić nadziei? Na wszystkie te pytania znałem odpowiedź, ale nie chciałem jej przyjąć do wiadomości. Gdy tylko pomyślałem o Sylwii i o tym co się z nią stało, wstrząsnął mną silny dreszcz. Zimno opanowało całe moje ciało. Starałem się w jakikolwiek sposób rozgrzać, lecz wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem. Z każdą chwilą czułem się coraz słabszy. Krew przestała już ciec. Spojrzałem na rękę, czy nie powstała jakaś nowa plama. Na całe szczęście rękaw był czysty.
Po chwili zauważyłem, że do mojego stołu zbliża się Sara z 2 kubkami ciepłej herbaty – zawsze o mnie dbała.
– Karol powiedział mi co się stało – spuściła twarz, po czym ponownie na mnie spojrzała – Bardzo mi przykro. Lubiłam Sylwię, to wielka szkoda, że odeszła w taki sposób. Przyjmij moje wyrazy współczucia – mówiąc to, delikatnie chwyciła mnie za dłoń, i od razu się skrzywiła. Jej dłonie w porównaniu z moimi były gorące.
– Jesteś lodowaty. Masz, przyniosłam Ci ciepłą herbatę – podsunęła mi kubek, z którego para unosiła się ponad nami – jeżeli chcesz mogę potowarzyszyć ci, byś nie musiał tego przeżywać sam – jej troskliwy głos był ukojeniem dla mojej zranionej duszy.
– Doceniam to i dziękuję, ale potrzebuje chwili samotności.
Z upływem czasu coraz łatwiej przychodziło mi mówienie. Uśmiechnąłem się i skulony ponownie podziękowałem. Sara odeszła, a ja chwyciłem kubek, by chodź trochę rozgrzać moje zmarznięte palce. Przy pierwszym łyku, stwierdziłem, że herbata nie smakuje jak wczoraj. Czułem gorzki posmak w ustach. Nie wiedziałem, czy to kolejny objaw zakażenia, czy po prostu mój umysł bawi się ze mną zmieniając mój zmysł smaku. Jednak jedno było pewne. Z każdym kolejnym łykiem, moje życie zmierzało ku końcowi.

4. Chwila Wieczności

Zbliżała się godzina 8. Dreszcze nie odpuszczały, lecz stanowczo stały się mniej uciążliwe. Zaczynałem się przyzwyczajać do obecnego stanu sytuacji. Niczym kobieta w ciąży, czułem jak wewnątrz mnie rodzi się nowe życie, które chce pokazać swą twarz. Przez mój umysł przelatywał ogrom zupełnie nie związanych ze sobą obrazów. Widziałem drzewo, które płonie, oraz tęczę przelatującą nad miastem. Czułem ból i cierpienie, a jednocześnie szczęście i ulgę. Nie wiem co to wszystko miało znaczyć. Wydawało mi się, że jestem tu sam, a mimo to byłem otoczony przez tłum ludzi. Jedni chcieli mnie zabić a inni pocieszyć. Próbowałem z tym walczyć, lecz bezskutecznie, obrazy nie pozwalały mi trzeźwo myśleć. Chciałem krzyczeć, wrzeszczeć by w końcu to wszystko zniknęło z mojej głowy. Bym wyzbył się bólu, który we mnie tkwi. Może podczas ugryzienia, osoby zarażone przekazują część siebie i teraz czuje to co czuła Sylwia po przemianie. Może tak na prawdę nie chodzi o to, by stwory zaspokoiły swój głód, tylko o to, że chcą przekazać nam swoje cierpienie. Może inaczej nie mogę się z nami skontaktować? Ciekawe czy osoby zainfekowane też tak o tym myślały. Jeszcze okaże się, że będę pierwszym człowiekiem, który to będzie w stanie pojąć i przed śmiercią opisać. Po chwili zapadła ciemność.