1. Niespodziewani Goście

Najkrótsza droga do Warszawy prowadziła przez ogromne pola. Były to obszary dość niebezpieczne. W przypadku ataku bandytów nie było gdzie się schronić.
Na początku całej tej apokalipsy, zdarzały się grupy rozbitków, którzy żyli tylko dzięki napadom na żywych. Z czasem te grupy rozrastały się i już nie tylko martwi byli zagrożeniem. Zawsze to zjawisko intrygowało mnie i wciąż nie mogłem tego zrozumieć. Ludzie w takich czasach powinni stanąć po jednej stronie by przeżyć, a nie strzelać do siebie nawzajem. Nikt nie widział logicznego wytłumaczenia całego zajścia i nikt nie mógł na to nic poradzić. Powstał pewien łańcuch pokarmowy. Na samym szczycie pojawiły się zombie, pod nimi byli bandyci, dalej wojsko i na końcu rozbitkowie próbujący przeżyć. Każda z tych grup była zagrożeniem dla nas – rozbitków. Odkąd powstał obóz codziennie zmagaliśmy się z atakiem zombie. Bandyci z reguły omijali takie miejsca, lecz zdarzały się pojedyncze występki. Często jednak atakowali ekipy, które oddalały się od obozu w celach zaopatrzeniowych. Wielu ludzi poległo w starciu z nimi i jeszcze więcej zostało rannych. Najczęściej byli to przestępcy starego świata, mordercy, lub inni, których prawo nie interesowało. Nigdy nie zadawali pytań. Ich główną siłą przetargową była przemoc, wobec innych żywych.
Znajdowaliśmy się w miejscu, w którym grabieżcy najczęściej szykowali pułapki. Otwarta przestrzeń była dla nich idealnym miejscem. Trzeba było stąpać ostrożnie. Szliśmy poboczem, by nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Na szczęście nasze ubrania zlewały się z tłem, więc pozornie mogliśmy się czuć bezpiecznie.
– Ile osób znajdowało się w obozie? – Krzysiek wiedział, że nie można być teraz głośno, lecz to pytanie nie dawało mu spokoju. Rozmawialiśmy szeptem.
– Około 70.
– I wystarczył jeden zombiak by to wszystko upadło? Niesamowite.
– Większość z nas nie było wyszkolonych w walce z nimi. Sami musieliśmy nauczyć się wszystkiego.
– Poczekajcie – Angie zatrzymała nas ruchem ręki – słyszycie to?
Stanęliśmy i wsłuchiwaliśmy się w panującą wokół ciszę. Docierał do nas lekki odgłos jęków. Oznaczało to, że w pobliżu znajduje się grupka chodzących trupów.
– Dziwne – powiedział Krzysiek – z reguły są ciche, może to oznaczać tylko jedno – wszyscy spojrzeliśmy na siebie – w pobliżu muszą być żywi.
Dźwięk dobiegał z głębi lasu. Postanowiliśmy sprawdzić co się dzieje. Z każdym krokiem wycie truposzy było bardziej wyraźne. Kiedy w końcu dotarliśmy do źródła hałasu, naszym oczom ukazał się dość niesłychany widok. Pięciu zombie stało pod drzewem, z czego trzech z nich zajętych było pałaszowaniem czyjegoś ciała. Okazało się, że dwójka dzieci – chłopiec i dziewczynka – wspięło się na drzewo by uniknąć napastników.
Co w tym miejscu robiły dzieci? Skąd się tutaj wzięły? Jedno było pewne, trzeba było działać. Pochyliliśmy się by opracować plan.
– Trzeba pomóc tym dzieciakom, gałęzie nie wyglądają na zbyt wytrzymałe. Lada moment mogą pęknąć.
– Masz rację, jednak nie możemy użyć broni, bo jeszcze bandyci dowiedzą się o naszym położeniu, a wtedy będzie pozamiatane.
– Nie mamy pewności, czy w ogóle tu są jacyś bandyci.
– Lepiej nie ryzykować.
– Zakradnijmy się do nich od tyłu i po prostu ich powybijajmy – pomysł Angie wydał się dość szalony, ale w obecnej sytuacji nie było lepszego.
– Dobra, Dawid, ty pójdziesz od lewej i postarasz się zdjąć tych dwóch. Ja zajmę się tymi po prawej a Angie…
Jak widać Angie już miała swój własny plan. Z niedowierzaniem patrzyliśmy jak zbliża się do zombiaków mając w ręku tylko nóż. Bez problemu zakradła się do tych, którzy właśnie kończyli posiłek. Nie zważając na nic, wbiła pierwszemu nóż w tył głowy. Cały czas wydając z siebie ten nieznośny syk, pozostałe dwa trupy wstały, by pożywić się świeżym mięsem. Kiedy już wyjęła ostrze z pierwszych zwłok, bez wahania drugiemu zaserwowała nóż w oczodół. Wyjmując go kopnęła ciało drugiego, by przewalić tego, który został. Udało się, a gdy ten był na ziemi, bez zbędnych popisów, zakończyła męczarnie ostatniego z trupów jednym precyzyjnym cięciem.
Wraz z Krzyśkiem staliśmy jak wryci. Wiedziałem już, że Angie to kobieta niecackająca się z niczym. Wciąż nie mogliśmy uwierzyć w to, czego właśnie dokonała. Nie zauważyłem nawet kiedy załatwiła pozostałych dwóch stojących pod drzewem. Słychać już było tylko płacz dzieci.
– Możecie się w końcu ruszyć i pomóc mi ściągnąć te dzieciaki?
Bez słowa podeszliśmy do drzewa, na którym znajdowały się dzieci. Ciało, które leżało obok należało do kobiety. Prawdopodobnie była to ich matka.
Kiedy w końcu zeszli na ziemię, cali aż się trzęśli. Jak się okazało, byli rodzeństwem i wraz z matką, uciekali przed goniącymi ich zombie. Chłopiec miał na imię Michał i miał 9 lat, a dziewczynka Kasia i miała 11 lat. Angie uklękła przed nimi i delikatnie zaczęła rozmowę.
– Możecie mi powiedzieć, co się tutaj stało?
Głos zabrała Kasia.
– Uciekaliśmy wraz z mamą od tych paskudnych, niedobrych panów, którzy nas więzili – w oczach dziecka zaczęły pojawiać się łzy – kiedy te śmierdzące stwory zaatakowały mamę.
– Boję się – chłopczyk, stojący za siostrą, wtulił się w nią bardzo mocno i wraz z nią zaczął płakać.
A więc w pobliżu znajdowali się bandyci. Nasze przeczucia niestety okazały się prawdziwe. Zastanawialiśmy się co zrobić z rodzeństwem kiedy dotarł do nas odgłos zbliżającego się pojazdu.

2. O Włos Od Prawdy

Jak widać, poza nami w okolicy znajdował się ktoś jeszcze i wcale nie był martwy. Dźwięk silnika był coraz bardziej wyraźny. Nie wiadomo czy byli to bandyci, czy może ktoś inny. Kiedy Angie próbowała uciszyć maluchy, wraz z Krzyśkiem postanowiliśmy sprawdzić co się dzieje. Okazało się, że na horyzoncie pojawił się dość sporych gabarytów pojazd terenowy. Lakier z motywem moro był dobrym pomysłem, ale na otwartej przestrzeni był całkowicie bezskuteczny. Tablice rejestracyjne wydawały mi się dziwnie znajome. Miałem wrażenie, że już gdzieś je widziałem.
– O kurwa – Już wiedziałem skąd je znam. Był to wóz do misji zaopatrzeniowych z obozu. Często siedziałem na miejscu pasażera, kiedy Karol prowadził jak wariat. Na samą myśl o przyjacielu, zrobiło mi się ciężko na sercu.
– Co się stało? – Głos Krzyśka lekko zadrżał – wiesz kto to jest?
Nie mogłem zrozumieć co oni tu robią. Przecież nigdy nie zapuszczaliśmy się aż tutaj. Z różnych map i wypadów rozpoznawczych, oznaczyliśmy ten teren, jako pozbawiony jakichkolwiek zasobów potrzebnych do obozu.
Nagle pojazd stanął w miejscu. Przestraszyłem się, bo pomyślałem, że ktoś w środku mógł nas zauważyć. Wszystkie cztery drzwi się otworzyły i po każdej stronie wysiadła jedna osoba. Z tyłu i z miejsca kierowcy wyłonili się zwykli żołnierze, których najczęściej widywałem na wartach przy bramie. Jendak gdy zobaczyłem kto wysiada z miejsca pasażera, z trudnością przełknąłem ślinę. Był to dowódca obozu, do którego niegdyś należałem. Z reguły nie brał udziały w naszych misjach, więc jego obecność była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Najczęściej przesiadywał w swoim biurze. Rzadko kiedy gdziekolwiek wychodził. Musiało wydarzyć się coś nadzwyczajnego.
– Dawid! Żyjesz? Kto to jes…
– Tato! – pomiędzy nami pojawił się mały Michałek – to nasz tata tam stoi! – chłopiec palcem wskazał na dowódcę, radość na jego twarzy była nie do opisania – Tato! Tutaj jesteśmy! – zaczął wymachiwać rękami by pokazać ojcu swoją pozycję.
Grupa żołnierzy zaczęła się rozglądać. Na całe szczęście nie mogli sprecyzować skąd dokładnie dobiega hałas. Bez chwili namysłu przyłożyłem dłoń do ust Michała, by tylko stłumić jego krzyk. Kasia słysząc słowa brata wstała i podbiegła do nas. W jej oczach pojawił się ten sam błysk, co przed chwilą w oczach Michała.   Dzieci coraz mocniej szarpały się, by tylko pobiec do ojca. Gdy w końcu grupka żołnierzy była zdezorientowana całym zajściem, wszyscy pędem wsiedli do samochodu i nie zastanawiając się dłużej, pojechali dalej. Prawdopodobnie hałas, który usłyszeli, według nich był spowodowany bandytami a nie małymi dziećmi. Kiedy w końcu pojazd ruszył w dalszą drogę, wraz z Krzyśkiem puściliśmy maluchy. Spodziewałem się wielu pytań ze strony Angie czy Krzyśka ale oboje zamarli. Łzy w oczach rodzeństwa stawały się większe. Ich oczy były coraz bardziej spuchnięte od nadmiernego płaczu. Nie wiedziałem co w tej chwili zrobić. Ukląkłem przy maluchach. Temperatura coraz bardziej uderzała mi do głowy. Najwidoczniej infekcja nie dawała o sobie zapomnieć. Starałem się o tym nie myśleć, bo ból, jaki wyrządziłem tym dzieciom był o wiele większy.
– To był wasz ojciec?
Od nikogo nie uzyskałem odpowiedzi. Właśnie przekreśliłem nadzieję, dwóch młodych istot na tym bezlitosnym świecie, więc czego mógłbym się spodziewać? Działałem instynktownie. Cały czas nie mogłem pojąć, dlaczego tak walczę o swoje życie. Szansa, że wyjdę z tego cało, była z godziny na godzinę coraz mniejsza. Czułem w sobie sprzeczne emocję. Z jednej strony była złość na siebie i Sylwię, przez którą stałem się zupełnie kimś innym. Druga strona była zadowolona, że w tej chwili nie skończę z kulką w głowie.
– Wybaczcie mi, że postąpiłem tak a nie inaczej. Zdaje sobie sprawę, że to był wasz ojciec. Prawda może być bolesna, ale to był zły człowiek – w tym momencie skierowałem wzrok na Angie i Krzyśka – On i jego towarzysze od bardzo dawna próbowali zrównać nasz obóz z ziemią. Wiele razy widziałem jego twarz. Za wszelką cenę, próbował dostać się do nas, by powybijać wszystkich żywych. Z trudem udało mi się od niego uciec.
Angie skierowała na mnie swój wzrok.
– A to wasz obóz nie padł, przez umarłych?
Zbyt dużo pojawiło się nowych kłamstw, by pamiętać o tych starych. Wszystko mi się pomieszało. Starałem się, by nikt tego nie zauważył.
– Tak, przez umarłych. Ci tutaj zaatakowali nas wcześniej, ale na szczęście udało się ich odeprzeć.
Zapadła cisza. Nawet dzieci już nie płakały. Wszyscy popatrzyli po sobie.
Z niesmakiem na ustach głos zabrał Krzysiek.
– No tak – i tak oto w naszej drużynie, nikt więcej nie zabrał głosu.

3. Wizja Lepszego Świata

– Już niedługo będziemy razem – głos dobiegał z oddali – nie walcz z tym, poddaj się, byśmy mogli żyć wiecznie.
To była Sylwia. Jej dusza krążyła nade mną. Odkąd przemieniła się i odeszła z tego świata, często przemawiała w mojej głowie. Nigdy jednak nie było to tak silne.
– Dlaczego próbujesz się mnie pozbyć? Już nic dla ciebie nie znaczę?
– Zostaw mnie!
Wszyscy odwrócili się w moją stronę. Nie mogłem powstrzymać tego, co we mnie jest. Poczucie winy za śmierć ukochanej, nie dawało mi spokoju. Wewnątrz mnie, rozpętała się prawdziwa walka. Nie wiem czy to był jeden z efektów działania wirusa. Może już dotarł do mojego mózgu i to on powodował te omamy? Wszystko było takie prawdziwe. Na nowo poczułem jej bliskość, czułem jak stoi obok mnie i chwyta mnie za rękę. Jej słodki zapach był taki realny. Pierwszy raz od początku zapragnąłem, by dołączyć do niej po drugiej stronie. Pragnąłem umrzeć tylko po to, by znaleźć się w jej ramionach. Potrzebowałem jej tu i teraz. Niczym dziecko w sklepie ze słodyczami, chciałem jej tak bardzo, że wszystko inne było nic niewarte. Cały świat przypominał mi o niej. Błękitne niebo miało kolor jej oczu. Obserwowała mnie z góry, jej duch był moim aniołem stróżem.
W jednym momencie, moja ręka znalazła się przy pasku. Wyczułem nią zimną stal pistoletu. Przez myśl przeszło mi, by właśnie w tej chwili ukoić ból i znaleźć drogę do mojej ukochanej. Nieważny był dla mnie cel tej misji. Moje wewnętrzne pragnienie było dla mnie wszystkim. Widziałem świat cudzymi oczami. Czułem na sobie wzrok towarzyszy, ale nie obchodziło mnie to ani trochę. Czekałem na jej kolejny ruch, na sygnał, który pomoże mi podjąć decyzję. Jej głos był kluczem do bramy lepszego świata. Wystarczyło jedno słowo.
Cisza. Wszędzie nieznośna cisza. Tylko wiatr delikatnie trącał moje spocone ciało. Gdzie ona była? W głębi wołałem jej imię, lecz wciąż czułem ziemię pod stopami. Droga jaką wybrałem nie była słuszna. W tej chwili powinienem być wraz z nią i wspierać żywych modlitwą.
Wszystko jednak się zmieniło, kiedy podniosłem głowę i zobaczyłem ich twarze. Właśnie wtedy uznałem, że to wszystko jednak ma sens. Ludzkie życie jest cenniejsze niż cokolwiek innego. Nawet wtedy. kiedy świat przypomina ruinę. Człowiek powinien walczyć o to, co ma. W tym świecie bóg miał plan, a ja byłem jego częścią. Nie bez powodu dostałem szansę, by dalej żyć. To jest próba, którą muszę przejść. Nie mogę się teraz poddać. Może Sylwia musiała oddać życie bym to właśnie ja czegoś dokonał. Zacząłem wierzyć w siebie. Wizja śmierci oddalała się coraz bardziej. Wróciłem na ziemię, by dokonać czegoś wielkiego. Jeszcze nie wiedziałem co to będzie, ale na pewno coś ważnego. Zrobię to dla Sylwii. Jej głos był pierwszym sprawdzianem, który przeszedłem. Nie wiedziałem co mnie czeka dalej, lecz wiedziałem jedno. Nie mogę się więcej poddawać.

4. Wewnętrzny Żar

W końcu myślami wróciłem na ziemie. Przeżyłem chwilę zwątpienia, która była tak silna, że niemal czułem jej realizm. Nie mogłem się teraz wycofać. Każdy kolejny krok, zbliżał mnie do pozbycia się wirusa. Nie mogłem się doczekać, by wrócić do tego co było.
– Dobra, zróbmy sobie chwilowy postój, dzieciaki jesteście głodne?
Oba maluchy twierdząco pokręciły głową.
Angie wyjęła z plecaka parę puszek fasoli – najczęściej spotykane danie w menu dzisiejszych czasów. Wszyscy usiedliśmy w kółku, po czym głos zabrał Krzysiek.
– Poszukam czegoś by móc rozpalić ognisko, na ciepło smakują o wiele lepiej. Wrócę za chwilę.
– Bądź ostrożny – kierując wzrok na brata, Angie wypowiedziała to z niezwykłą troską w głosie – w razie czego krzycz, a będziemy w mgnieniu oka.
– Będę pamiętać – wstając poczochrał Michała po głowie – jak mnie nie będzie, pilnujcie tych tam, zgoda?
– Zgoda – rodzeństwo odpowiedziało chórkiem.
Kiedy Krzysiek zniknął z horyzontu, ja obserwowałem dzieciaki. Cały czas miałem na sumieniu to, że musiałem pozbawić ich kontaktu z ojcem, dla własnej korzyści. Dowódca nigdy nie wspominał nam, o swoim wcześniejszym życiu. Nie przypominam sobie, by mówił cokolwiek innego, niż sprawy obozu. Był skrytym, lecz dobrym człowiekiem. Zastanawiał mnie też fakt, dlaczego wybrał się w ten rejon ze swoimi ludźmi. Może Karol naopowiadał wszystkim, że planuje przyłączyć się do bandytów i teraz mnie szukali, bym zapłacił za zdradę? Nic nie było wykluczone. W tej chwili mogłem spodziewać się wszystkiego.
– Powiedz mi jak było na prawdę
Nim się spostrzegłem, Angie była obok mnie.
– Wiem, że coś skrywasz. Czuje to tak jak czułam, że nie jesteś martwy – zobaczyłem, że jej ręka nagle przykrywa moją – Chcę ci pomóc, ale nie wiem jak.
– Gdybym mógł ci powiedzieć, już dawno bym to zrobił – czułem ciepło jej dłoni na swojej.
– Wiem, że jesteś dobry, znamy się raptem od paru godzin, ale nigdy nie czułam czegoś takiego, co czuje od ciebie – jej wzrok w jednej chwili stał się bardzo głęboki, przeszywał mnie od środka.
Już zbierałem się w sobie, by powiedzieć jej wszystko, od początku do końca. Byłem tego tak bliski, lecz w tej chwili zjawił się Krzysiek. Niósł ze sobą różnej długości gałęzie. Z kieszeni wystawała mu kora brzozowa – idealna rozpałka. Jak widać pomyślał o wszystkim.
Nagle Angie zabrała swoją dłoń z mojej. Całe ciepło jakie od niej biło, rozprysło się niczym pył.
– Cisza w tym lesie jest nie do zniesienia – po chwili konsternacji dodał – chociaż jedno miejsce wydawało mi się dość dziwne. Na drzewach pojawiało się sporo krwi, oraz zadrapań. A jedyne trupy jakie znalazłem były już martwe z widocznymi śladami strzału w czaszce. Nie wiem czy jesteśmy tutaj bezpieczni. Myślicie, że to bandyci?
Na dźwięk tego słowa w oczach dzieci pojawiły się łzy. Momentalnie oboje się rozpłakali. Pewnie przypomniały im się czasy, jak byli przetrzymywani wraz z matką w jednym z ich obozów.
– Brawo, zobacz co narobiłeś – Angie skarciła brata wzrokiem.
– Ej… wiesz przecież, że nie chciałem sprawić im przykrości.
– Dobra, lepiej rozpal te ognisko zanim znowu coś głupiego palniesz.
Kiedy Angie pocieszała małe rodzeństwo, a Krzysiek rozpalał ognisko, ja siedziałem cały czas w jednej pozycji. Nie chciałem zabierać głosu. Ostatnio moje słowa sprawiły więcej bólu i przykrości, niż nie jeden zombie.
Po paru chwilach, Krzyśkowi udało się w końcu wzniecić ogień. W tym momencie zamarłem. Widok ogniska sprawił, że poczułem strach, jakiego nigdy wcześniej nie znałem. Czułem ten ogień w sobie, jak pali moje wszystkie wnętrzności. Osunąłem się do tyłu. Poczułem mdłości i potworne zawroty głowy. Za każdym razem, kiedy spojrzałem na płonące ognisko, mój stan stawał się coraz gorszy. Zamknąłem oczy i po raz kolejny poczułem ranę na ramieniu. Teraz to ona była moim wewnętrznym płomieniem. Zakażenie nasilało się coraz bardziej, a to był dopiero początek. Nie chciałem myśleć o tym, co by było podczas dwudziestej godziny infekcji.
Kiedy objawy zelżały, spojrzałem na zegarek. Była godzina 13. Już od 6 godzin zmagam się z ugryzieniem. Miałem dość tego, jak reszta na mnie patrzy. Za każdym razem, mówiłem, że gorzej się poczułem, ale to wszystko stawało się coraz bardziej niepokojące.
Poczułem jak Angie pomaga mi wstać. Otwierając oczy, widziałem jak patrzy na mnie z wielkim niepokojem.
– Wiem, że boisz się powiedzieć, szanuje to, ale jeżeli jest to coś, o czym powinniśmy wiedzieć, zrób to teraz – mówiąc dalszą część, starała się, bym tylko ja to usłyszał – Dzieci zaczynają się ciebie bać. Najpierw ta akcja z ich ojcem, teraz to. Daj sobie pomóc.
– Za późno na pomoc – mówiąc to, posłałem jej wzrok, w którym nie było już nadziei.
Usiedliśmy przy ognisku i tym razem spojrzałem w sam środek ognia. Czuć było śmierć, ból i cierpienie. Ogień był symbolem zła.

5. Nagły Zwrot

Dalsza droga nie była ubarwiona niczym szczególnym. Co jakiś czas pojawiał się pojedynczy zombie, ale nie stanowiło to dla nas większego problemu. Jednak cały czas obawiałem się pewnej kwestii. Czym bardziej zbliżaliśmy się do miasta, tym więcej umarłych spotykaliśmy po drodze. Ryzyko było wielkie, ale nie miałem innej możliwości by przeżyć.
Na filmach ugryzienie zombie, często kończyło się wykrwawieniem ofiary i tym samym szybką śmiercią. Na całe szczęście, w realnym świecie, osoba pogryziona dość niegroźnie, miała szansę pożyć chociaż jedną dobę, zanim przemiana dobiegnie końca. W takiej oto sytuacji byłem ja. Ciężko było ukryć objawy infekcji. Miałem wrażenie, że Angie powoli domyśla się wszystkiego, lecz nie mogłem być pewny. Od czasu do czasu, przyłapywałem ją na dziwnym spoglądaniu w moją stronę. Bacznie obserwowała każdy mój krok.
W końcu na niebie pojawiły się chmury. Zakryły one bezlitosne promienie słońca. Od razu zrobiło się chłodniej, a lekki wiatr był przyjemny dla spoconego ciała.
– Już dalej nie mogę – stwierdził Michał po czym usiadł na ziemi – nogi mnie bolą.
– Oj nie bądź beksą – pierwszy komentarz padł z ust Kasi.
– Ja chcę do taty.
Po usłyszeniu tych słów, poczułem się winny. Miałem nadzieję, że w końcu uda mi się o tym zapomnieć. Okazało się, że to nie jest takie łatwe jak bym chciał.
– No już, wstawaj. Wezmę cię na barana, ale tylko przez chwilę – W słowach Krzyśka czuć było troskę o malca. Najwidoczniej miał wprawę w opiekowaniu się dziećmi.
– Ja też chcę na barana! – Kasia wręcz zażądała, by również nie musieć iść.
– Idź do wujka Dawida, on z wielką chęcią cię weźmie, prawda Dawid?
– Jasne, że tak – Odparłem spoglądając na Kasię.
Wzrok dziewczynki był negatywnie nastawiony na propozycję Krzyśka. Cały czas miała mi za złe, jak postąpiłem z jej Ojcem. Nie było w tym nic dziwnego, lecz skrycie miałem nadzieje, że w końcu jej i Michałowi to przejdzie. Przed dalszą podróżą, musiałem sprawdzić jedną rzecz.
– Zanim ruszymy dalej, muszę iść na stronę.
– Dobra, tylko w razie zagrożenia…
– Tak wiem, krzyczeć, ale o to się nie martw, gdy jakiś zombiak będzie próbował odgryźć mi ptaka, na pewno mnie usłyszycie.
Lekki chichot wydobył się z ust Angie. Jeszcze nie słyszałem jej śmiechu, aż do teraz.
– O jakiego ptaka chodziło?
Słowa Kasi, już do końca rozśmieszyły Angie, nawet Krzysiek wydobył z siebie cichy rechot.
– Nieważne Skarbie, wujek zaraz wróci.
Kiedy odszedłem kawałek od grupy, uśmiech całkowicie zniknął z mojej twarzy. Postanowiłem w końcu zobaczyć, jak wygląda rana po ugryzieniu. Zdjąłem koszulę i od razu wiedziałem, że wdało się zakażenie. Z rany wypływała dziwna czarna ciecz. Towarzyszył jej również nieprzyjemny zapach rozkładu. Pomimo, iż Sylwia była dość krótko przemieniona, w jej ustach było wystarczająco dużo bakterii, by powoli rozkładały moje ciało. Spodziewałem się takiego widoku, lecz i tak wywołał we mnie obrzydzenie. Zdecydowanie trzeba było założyć nowy opatrunek. Kiedy wyciągałem z plecaka nową gazę i bandaż, w pobliżu usłyszałem ruch. Trzask gałęzi był coraz bardziej wyraźny. Z powrotem nałożyłem na siebie koszulę, zapominając o opatrunku. Z krzaków przede mną, wyłonił się martwy mężczyzna. Był w zaawansowanym stadium rozkładu, lecz można było jeszcze stwierdzić płeć. Wyciągnąłem broń by skrócić jego męki. Zanim pociągnąłem za spust, zaraz za nim wyłowił się kolejny stwór, a za nim kolejny i jeszcze następny. Nim się zorientowałem, przede mną pojawiło się około dziesięciu trupów. Zbyt ryzykowane było podejmować walkę, więc postanowiłem się wycofać. Powoli stąpając do tyłu, poczułem jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Nie był to nikt z towarzyszy. Martwa blondynka, której brakowało dolnej szczęki i ucha, postanowiła bliżej się ze mną poznać. Nie była jednak sama. Za nią pojawił się dalszy rząd zombiaków. Wyglądało na to, że jestem w pułapce…
– Co on tak długo tam robi? – z niepokojem stwierdził Krzysiek – już dawno powinien wrócić, chyba pójdę go posz… – odgłos strzału przerwał wypowiedź Krzyśka – jasna cholera!
Nie zastanawiając się dłużej, pobiegł w stronę, z której dobiegł huk wystrzału. Angie wyciągnęła broń, lecz została z dziećmi, na wypadek, gdyby ktoś postanowił zrobić im niespodziankę.
Pierwszy trup padł na ziemię. Otoczyli mnie. Nie miałem jak uciec. Podniosłem, broń by wystrzelić kolejny nabój, lecz oni byli szybsi. Bez problemu powalił mnie na ziemię, próbując dostać się do mojej szyi. W szarpaninie udało mi się wystrzelić kolejny raz. Nie zdołałem jednak zlikwidować nadciągającego stwora. Kula trafiła go w kolano, dzięki czemu upadł i dalej poruszał się za pomocą rąk. Zguba zbliżała się coraz bardziej. Tym razem wiedziałem, że nie skończy się na lekkim ugryzieniu, lecz na całkowitym pożarciu.
Cały czas odpychałem ręką leżącego na mnie trupa, a drugą próbowałem powybijać kolejne, nadciągające ze wszystkich stron. Wiedziałem, że w magazynku miałem jeszcze cztery naboje. Ostatni postanowiłem przeznaczyć dla siebie. Udało mi się zlikwidować dwóch trzema strzałami, to już był koniec. Stwór spoczywający na mnie oraz pozostali, którzy coraz bliżej się do mnie zbliżali, skreślili moją szansę na odnalezienie lekarstwa.
Odwróciłem głowę i przystawiłem pistolet do skroni, kiedy zza horyzontu wyłonił się Krzysiek. Na jego twarzy widać było narastające przerażenie, lecz nie powstrzymało go to przed działaniem. Zdołał wybić połowę chodzących trupów, wymierzając każdemu strzał w głowę. Drugą musiał zlikwidować za pomocą noża. Kiedy pozbawiał “życia” ostatniego stwora, przeoczył tego, który z przestrzelonym kolanem, cały czas zbliżał się do niego. kiedy chwycił go za but i już niemal go ugryzł, wystrzał ostatniej kuli z magazynku, pozbawił pełzacza możliwości dalszego działania. Został już tylko jeden. Powoli brakowało mi sił, by walczyć z uwalonym na mnie trupem. Z uwięzi uratowało mnie dobrze wymierzone kopnięcie Krzyśka. Odrzuciło to umarlaka na jakiś metr. Jednak nie pozbawiło go to kolejnej próby ataku. Zanim cokolwiek zdążył zrobić, jego głowa eksplodowała pod siłą miażdżącego buta. Wnętrze czaszki zalało ziemię niedaleko mnie.
Oszołomiony całym zajściem, wstałem i się otrząsnąłem. Tak samo jak i ja, Krzysiek był w szoku. Kiedy z obu nas powoli schodziła adrenalina, skierował wzrok na moje ramię.
– Nic ci nie jest? Masz wyraźny ślad krwi na ramieniu.
Faktycznie w miejscu rany pojawiła się plama krwi.
– Jestem cały. Po prostu kiedy pierwszemu z nich odstrzeliłem łeb, nie zdążyłem się uchylić przed tym, co z niego wyciekło.
– Dla pewności lepiej podciągnij rękaw, zobaczymy, czy to coś poważnego.
Nie zdążyłem pomyśleć o wybrnięciu z tej sytuacji, obaj zobaczyliśmy biegnącą w naszym kierunku Angie. Na rękach miała Michała, a u boku biegła Kasia.
– Spierdalamy stąd! Są za nami!
Zapominając o wszystkim, zaczęliśmy biec za Angie. Tym razem wszyscy uszliśmy z życiem.

Zapomniany przekaz

Od niedawna nurtuje mnie jedna kwestia. Ludzie chyba zapominają, co tak naprawdę pokazują filmy o zombie. Co w nich jest takiego, że podbiły one serca niezliczonej rzeszy fanów? Może są to efekty specjalne, pokazujące zniszczony świat? A może same zombie, które są na tyle niebezpieczne, by przez cały czas się przed nimi chronić? Nic z tych rzeczy. No więc co? Otóż chodzi o przedstawienie ludzkiego zachowania, w sytuacji zagrażającej życiu jednostki, jak i całej populacji. Czytaj dalej…

6. Niespodzianka

    Cały czas mieliśmy wrażenie, że poruszamy się znacznie szybciej, niż te chodzące zwłoki. Pomimo tego, że nie zwalnialiśmy biegu, oni ciągle byli za nami. Za każdym razem, kiedy patrzyłem za siebie, było ich coraz więcej. Z każdej strony przybywali nowi, zwabieni zapachem świeżego mięsa. Scena wyglądała niczym z wyjęta z horroru.
   Leśna droga, którą podążaliśmy, nie była łatwa do pokonania. Wszędzie znajdowały się korzenie i różnego rodzaju nierówności. Każdy kolejny kro, mógł przynieść zgubę.
   Przebiegliśmy około czterysta metrów, kiedy Kasia upadła. Na reakcję mieliśmy zaledwie krótką chwilę.
   – Moja noga! – Z każdą sekundą namysłu, trupy były coraz bliżej – pomocy!
   Nie mogliśmy jej tak zostawić, zbyt dużo przeżyła, by teraz została pożarta przez tych kanibali.
   Nie zastanawiając się nad konsekwencjami, ruszyłem z pomocą. Pobiegłem w jej stronę, podczas gdy Angie z Krzyśkiem osłaniali mnie przed napastnikami. Rozumieliśmy się bez słów.
   Niemalże mogłem już po nią sięgnąć, ale to nie ja byłem pierwszy. Zombie rzucili się na dziewczynkę. Była całkowicie bezbronna. Leżała tak w jednym miejscu, kiedy głowa jednego z trupów eksplodowała. Widok rozlatującej się czaszki, przypominał mi fajerwerki w sylwestra.
   Następni byli na wyciągnięciu ręki. Udało mi się w końcu złapać Kasie i wrócić do reszty. Kule świszczały mi przy głowie, bałem się, że sam zaraz oberwę. Niezawodne umiejętności strzeleckie starszego rodzeństwa, po raz kolejny uratowały mnie i Kasię przed śmiercią z rąk tych stworów.
   – Niema czasu na kolejny postój!
   – Biegniemy! – po tych słowach, każdy zaczął biec w określonym wcześniej kierunku.
   Każdy z nas, przez cały ten czas, był pod wpływem adrenaliny. Nie czuliśmy zmęczenia ani bólu. Droga ciągnęła się w nieskończoność. Nikt nie wiedział dokąd zmierzamy i co będzie dalej. Najważniejsze teraz było to, by w końcu pozbyć się zapachu rozkładu, podążającego za nami.
   Kolejne drzewa pojawiały się na drodze. Nikt nie chciał podzielić losu Kasi. Bez przerwy płakała i mówiła o bolącej nodze. Prawdopodobnie było to zwykłe zwichnięcie lub nadwyrężenie. Wyjdzie z tego szybciej, niż trwa mrugnięcie oka.
   Po dłuższej chwili, zacząłem czuć zmęczenie. Odkąd pojawiła mi się rana na ramieniu, moja sprawność już nie jest tak dobra, jak wczoraj o tej samej porze. Odnosiłem wrażenie, że z każdą chwilą, ciężar dziecka bardzo odczuwalnie się zwiększa. Opadałem z sił.
   – Dawid – Delikatny głos wybrzmiał w mojej głowie – musisz mnie wysłuchać.
   Znowu ona. Niewiedziałem, czy posłuchać rady własnego wytworu wyobraźni. Przecież od 6 godzin była martwa. Jakim cudem mogłem ją słyszeć? A może to tylko złudzenie?
   – Moja misja na tym świecie dobiegła końca, teraz czas na twoją – jednak to nie było złudzenie, słyszałem ją naprawdę – Nie ma czasu na wyjaśnienia. Za chwilę zobaczysz charakterystyczną brzozę. Gdy ją ujrzysz, policz do czterech i skręć w prawo.
   Teraz czas na moją misję? O co jej chodziło? I co miała na myśli mówiąc o tej…
   Nie minęła chwila, a przed moimi oczami wyrosła wielka, wyróżniająca się brzoza. Czuć było od niej jakąś dziwną aurę. Kiedy byliśmy już prawie przy niej, usłyszałem na koniec tylko trzy słowa.
   – Zrób to teraz!
   Niewiedziałem, czy dobrze robię, ale czułem, że mogę zaufać Sylwii.
   1…2…3…
   – Za mną!
   Wszyscy usłyszeli mój krzyk, po czym zobaczyli, że skręcam. Nie mając innego wyboru, zrobili dokładnie to samo.
   Biegliśmy przez chwilę, gdy ujrzeliśmy coś na kształt chaty. Miałem nadzieje, że to właśnie tutaj mieliśmy się udać i w wewnątrz nic na nas nie czeka.
   – Do środka!
   Tłum za nami jakby ucichł. Chodź w ciąż w powietrzu czuć było smród rozkładu. Może udało nam się ich trochę oszukać, biegnąc w innym kierunku. Każdy wiedział, że nie grzeszyły inteligencją i zdolnościami taktycznymi. Jedyne co ich obchodziło to ludzkie mięso.
   Wbiegliśmy po dość starych, lecz jeszcze wytrzymałych drewnianych schodach. Kiedy wszyscy wbiegli do środka, zatrzasnęliśmy za sobą drzwi. Na całe szczęście nie były one zamknięte, więc chociaż teraz uniknęliśmy kłopotów. Od razu po wkroczeniu do domku,  zaczęliśmy wypatrywać czegoś, by móc zabarykadować wejście. Pierwszo co było pod ręka i nadawało się do utworzenia prowizorycznej barykady, to dość sporych rozmiarów szafa, która stała niedaleko nas.
   – Krzysiek, pomóż mi z tym!
   Obaj ruszyliśmy w kierunku mebla i bez większych problemów, przesunęliśmy ją tak, by nikt nie miał możliwości dostać się do środka.
   – Dobra! A teraz cicho.
   Wrzaski dobiegające z zewnątrz jeszcze długo będą mi się śniły. Sądząc po natężeniu dźwięku, było ich około pięćdziesięciu. Strach pomyśleć co by było, gdyby nas dopadli. W końcu byliśmy bezpieczni lecz nikt z nas nie wiedział, co to za budynek.

Zombie Survival (Max Brooks)

Wielokrotnie zadawano mi pytanie „co ty byś zrobił w takiej sytuacji?”. Ciężko na to odpowiedzieć. Jedni zabarykadowaliby się w domu, czekając na ratunek. Inni postawili by wszystko, na podróż w nieznane. Skąd mamy wiedzieć, która droga jest lepsza? Zapewne Brooks również został o to spytany i jako jedyny postanowił odpowiedzieć. „Zombie Survival” to nic innego, jak podręcznik z informacjami, które mogą być bezcenne w razie inwazji umarłych. Czytaj dalej…