4. List

   Mrok wypełniający pokój, budził we mnie strach. W powietrzu nadal wisiał smród, należący do martwego stwora. Jedna część mnie, chciała poznać wnętrze pomieszczenia. Druga natomiast nalegała, by wybiec stąd i schować się wraz z dziećmi na dole. Postanowiłem zostać.
    Wszystkie okna w środku były zasłonięte grubymi kocami. Ktoś bardzo nie chciał, by dostało się tu jakiekolwiek światło ze świata zewnętrznego. Nawet górna lampa została zbita, i wyrwana. Zostało po niej tylko kilka kabli wystających z sufitu, oraz porozbijane szkło na podłodze.
   Jedyne co mogło pozbawić to miejsce ciemności, była świeca na biurku. Poza tym jednym meblem, wszystkie inne były wywrócone i zniszczone. Ogólnie panował tu chaos.
   Cały czas nie padło ani jedno słowo od Angie. Mimika jej twarzy, również nie ulegała zmianie. Wyraźnie było widać, że była wściekła na cały świat za to, co się stało z jej bratem. Nie chciałem podejmować żadnej rozmowy, ponieważ czułem się winny. Oboje po cichu sprawdzaliśmy pokój w poszukiwaniu czegoś, co by wyjaśniało istnienie stwora, lub innej przydatnej rzeczy. Niestety poza zniszczonymi książkami, nie znalazłem nic cennego. Kiedy Angie przeszukiwała regały przy oknach, ja postanowiłem podejść do biurka. Widniało na nim sporo zapisanych kartek. Wziąłem jedną do ręki, lecz przez panujący tu mrok, nie mogłem przeczytać ani jednego zdania. W poszukiwaniu zapałek, czy też zapalniczki, zajrzałem do każdej kieszeni w spodniach. Nic takiego nie znalazłem. Bałem się spytać Angie, czy posiada jakiekolwiek źródło ognia, więc z kartą w ręku podszedłem do frontowych drzwi. Starałem się nie patrzeć na oba ciała leżące przed wejściem. W końcu światło było wystarczające, bym mógł przeczytać zawartość notatki.
   „Tak bardzo się boje. Czuje, że przestaje panować nad wirusem. Mutacja następuje zbyt szybko. Oni mieli rację. Moja teoria jest błędna. Czemu ich nie posłuchałem i nie uciekłem z nimi? Muszę zająć czymś umysł by nie zwariować… Światło zaczyna mnie drażnić. Zasłoniłem wszystkie okna i pozbyłem się tej cholernej lampy. Nie wiem co się ze mną dzieje. Potrzebuje snu, lecz gdy się położę to już nie wstanę jako ja… Badania mojej krwi wskazują, że ten cholerny wirus uodpornił się na antidotum. Zużyłem już ostatnią fiolkę i tylko przedłużam to, co jest nieuniknione… Kocham Cię Ewo, już niedługo będziemy razem”
   Po przeczytaniu tego, na ręku pojawiła mi się gęsia skórka. O czym on do cholery mówił? Jaka mutacja? Czy stwór leżący zaledwie 4 metry ode mnie, był kiedyś człowiekiem, który napisał ten list? U dołu strony widać było wyraźne ślady krwi. Nie wiedziałem, czy pokazać go Angie. Nadal unikała mnie wzrokiem i tylko słychać było dźwięk otwieranych szafek i szuflad. Nie chciałem jej przerywać, ale uznałem, że musi to przeczytać.
   – Angie! – krzyknąłem, a ona nawet nie zareagowała – Angie! Musisz to…
   – Nic nie muszę! – jej wrzask aż mnie zamurował – a ty się lepiej do mnie nie zbliżaj.
   Widać wyczuła moją winę w całej tej sytuacji, tylko jak? Może podejrzewa u mnie infekcję? Coraz bardziej czułem się pozbawiony sił witalnych. Po chwili zorientowałem się, że „profesorek” – jak pozwoliłem sobie nazwać autora notatki – wspomniał coś o antidotum. Pomimo reakcji Angie, na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Nadzieja wróciła. Antidotum istnieje! Cały problem polegał na tym, gdzie go szukać.

5. Wzrok Z Poza Grobu

   – Angie! Angie! Spójrz co znalazłam!
   – Nie to ja znalazłem!
   Krzyk dzieciaków słychać było nawet na górze. Pierwszy raz odkąd je spotkaliśmy, usłyszałem ekscytację w ich głosach. Przez tą całą sytuację, prawie o nich zapomniałem.
   Angie rzuciła książkę, którą trzymała w ręku i szybkim krokiem poszła w stronę schodów. Wychodząc z pokoju, nie próbowała mnie ominąć. Potraktowała mnie jak powietrze. Najwidoczniej sobie na to zasłużyłem. Schowałem list do kieszeni spodni i również poszedłem zobaczyć, co udało się znaleźć rodzeństwu.
   Kiedy byłem na dole, Kasia trzymała w dłoni dość sporych rozmiarów klucz. Angie uważnie oglądała znalezisko. Wszystkie drzwi w tym domu, miały zupełnie inne zamki. Nie przypominam sobie, by do którychkolwiek pasował. Chyba takie samo wrażenie odniosła klękająca przy dzieciach kobieta.
   – Bardzo ładny, gdzie go znalazłaś?
   – To ja go znalazłem! – Z niezadowolenia krzyknął Michał, stający za siostrą.
   – Dobrze już, nie kłóćcie się.
   Cały czas słychać było smutek towarzyszący wypowiedziom Angie.
   – Czy ty…. ty płakałaś?
   Już z mniejszym entuzjazmem w głosie spytała dziewczynka. Nie odpowiadając nic, Angie wzięła w objęcia dwoje dzieciaków i bardzo mocno je ściskała. Na sam widok poczułem, że jestem sam. Byłem od nich inny i tylko ja to wiedziałem, a teraz i czułem. Wyglądali jak zżyta rodzina, do której nigdy nie dołączę. Najpierw pozbawiłem dzieci ojca, a teraz siostrę brata. Buzujący gniew wypełnił mnie całkowicie. Nie zauważyłem nawet, kiedy zrobiło mi się niedobrze. Poczułem, że natychmiast muszę zwrócić nadmiar treści żołądkowych.
   Szybkim ruchem otworzyłem drzwi do łazienki, wbiegłem jak szalony i od razu pochyliłem się nad ubikacją. To nie były wymioty tylko czysta krew… gęsta i czerwona, a miejscami nawet czarna. Bałem się tego widoku. Coraz bardziej traciłem nadzieje, na wyzdrowienie. Wszystkie symptomy infekcji, następowały w mniejszych odstępach czasowych. To mogło źle wróżyć mojej przyszłości. Wstając spojrzałem w lustro, było lekko brudne, lecz dało się zobaczyć swoje odbicie.
   Moje oczy! Co się z nimi stało!? Nie mogłem uwierzyć. By upewnić się, że nie mam złudzeń, przyjrzałem się dokładniej. Niestety to nie było złudzenie, tylko prawda. Cała tęczówka wypełniona była czarnymi kropkami, a całość zachodziła lekka mgła. Powoli przypominałem jednego z umarłych. Aspekty fizyczne stawały się coraz bardziej zauważalne. Byłem cały blady a teraz i to… Co będzie dalej?
   – Angie! Zobacz! Tym razem to ja znalazłem!
   Kolejne znalezisko i to w przeciągu 5 minut? Byłbym dumny gdyby nie fakt, że znajduje się nad kiblem i z każdym kaszlnięciem wypluwam krew.
   Jedyne co dalej słyszałem, to ciche rozmowy Angie z rodzeństwem, oraz coś, co przypominało dźwięk przesuwanej szafy. Po co mieliby przesuwać szafę? Chciałem się tego dowiedzieć, lecz na chwilę obecną miałem inne zmartwienie. Nie mogłem się podnieść, do czasu, kiedy wszyscy troje zaczęli krzyczeć. Towarzyszył im dźwięk rozbijanej szyby. Znaczyć to mogło tylko jedno… mamy nieproszonych gości.

Sniper Elite. Nazi Zombie Army

Czas wojny, to czas wzlotów i upadków. Nigdy nie ma remisów. Jedni ponoszą klęskę, by inni mogli zwyciężyć. Są i tacy, którzy pomimo porażki, nigdy się nie poddadzą. Zrobią wszystko, by stanąć na podium. Pod koniec II Wojny Światowej, kiedy Niemcy były o krok od upadku, Hitler postanowił postawić wszystko na „Plan Z”. Martwi nazistowscy żołnierze powstali, by ponownie walczyć dla III Rzeszy. Tylko jednocząc siły żywych, można przeciwstawić się martwej armii nazistów zombie… Czytaj dalej…

6. Wybór Należy Do Ciebie

   Przeklęte trupy jednak nas odnalazły. Prawdopodobnie krzyki dzieci ich tu przywlekły. Mimo iż poruszają się powolnie, słuch mają dobry niczym sokoły.
   Stojąc w drzwiach łazienki, zdałem sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie damy rady powstrzymać nadchodzącego zagrożenia. Jest ich zbyt wielu. Nie starczy na wszystkich naboi – nawet gdyby każdy trafiał w głowę. A po drugie już wiem, z jakiego powodu szafa została odsunięta. Za jej ciężarem pojawiły się stare drzwi. Czemu ktoś je ukrył? Jedno było pewne, klucz był właśnie do nich.
   Nie trzeba było wiele czasu, by Angie uporała się z zamkiem. Zombie były coraz bliżej. Wyciągając pistolet, strzeliła do dwóch najbliższych, po czym ponaglała dzieci, by weszły do środka.
   Z wnętrza wydobywała się ciemność, ale nie było innego wyjścia. Trupy opanowały salon, uniemożliwiając wydostanie się tą samą drogą, którą się tu dostaliśmy. Powoli szedłem w ich stronę, kiedy zobaczyłem, że…
   – Ej! Poczekajcie na mnie!
   Nie mogłem w to uwierzyć. Kiedy dzieci przekroczyły próg, drzwi zamknęły się zanim do nich dotarłem.
   Zostawili mnie… Zostałem już całkiem sam… Po raz kolejny, patrzę śmierci prosto w twarz.
   Stojąc tak trzy metry od tajemniczego wejścia, zastanawiam się czy to jest kara za grzechy. W końcu zostałem osądzony za kłamstwa, jakie wydobywały się z moich ust. Kłamstwa, które przyczyniły się do śmierci niewinnych ludzi. Sara… Krzysiek… oni niczym nie zawinili, by być teraz po drugiej stronie. To moja wina, i to ja poniosę konsekwencję.
   Pierwszy z trupów złapał mnie za rękę. Mocny uścisk, obudził we mnie strach przed śmiercią. Zbyt daleko doszedłem, by teraz tak po prostu umrzeć. Nie poddam się bez walki!
   – Puszczaj mnie, ty zasrany zombiaku!
   Wyciągnąłem pistolet i zamachnąwszy się, za pomocą rączki pistoletu, przyprawiłem trupa o dziurę w głowie. Kiedy padł, wycelowałem w następnego. Strzał uniósł się echem w pomieszczeniu. Plask upadających zwłok, pośród całego zamieszania, był ledwo słyszalny. Reszta napastników była zbyt daleko, by móc mnie teraz powstrzymać. Pora działać.
   Rzuciłem się do ucieczki w kierunku schodów – to pierwsze przyszło mi do głowy. Przeskakiwałem co drugi schodek, by jak najszybciej być na górze. Kiedy już się tutaj znalazłem, spojrzałem przez okno, by sprawdzić, czy uda mi się przeżyć upadek. Biorąc pod uwagę mój obecny stan zdrowia i wysokość jaka dzieliła mnie do ziemi, mógłbym sobie złamać nogę, lub od razu się zabić. Wolałem nie ryzykować.
   W parę sekund musiałem zbadać teren i wybrać drogę ucieczki. Poza pomieszczeniem, w którym znalazłem list, były jeszcze jedne drzwi. Znajdowały się na oko pięć metrów ode mnie. Miałem cichą nadzieje, że znajdę tam coś, co pozwoli mi przetrwać. Umarlaki znajdowały się już przy pierwszym schodku. Kończył mi się czas. Biegiem ruszyłem w kierunku drugiego pokoju.
   W środku znajdowało się łóżko, dwie szafki nocne, oraz wielka szafa na ubrania. Właśnie odkryłem sypialnie, w której prawdopodobnie czeka mnie koniec. Nie było drogi ucieczki. Zmieniłem magazynek w pistolecie na nowy, oraz zamknąłem drzwi, w których znajdował się klucz. Przekręciłem go dwukrotnie, usiadłem na łóżku i wycelowałem w stronę wejścia. Wiedziałem, że umrę ale nie chciałem odchodzić bez walki. Wciąż pamiętam, że w mojej kieszeni tkwi nabój, przeznaczony dla mnie. W najgorszym razie, będę musiał go użyć.
   Odgłos kroków na korytarzu był coraz głośniejszy. Z trudem udało mi się przełknąć ślinę. Ręce mi drżały, a krew uderzała do głowy. Znowu chciało mi się wymiotować, lecz już nie miałem czym. Palec na spuście zaciskał się mimowolnie. Nie mogłem tego opanować. Z oczu popłynęła mi łza na myśl, że zawiodłem Sylwie. Cały czas byłem pogrążony w możliwościach, w których teraz umrę, kiedy poczułem potworny wybuch w okolicach domu. Coś jakby granat czy nawet pocisk czołgu. Był tak wyraźny, że cały dom aż się zatrząsnął.
   Najwidoczniej wypędziło to wszystkie trupy, znajdujące się wewnątrz budynku. Słyszałem jak odgłosy zmarłych oddalają się od pomieszczenia, w którym się znajdowałem. Były wyraźnie czułe na zmiany w otaczającym ich świecie. Każdy, nawet najcichszy dźwięk, zwabiał ich w jedno miejsce.
   Kolejny raz udało mi się przeżyć za sprawą towarzyszącemu mi szczęściu.
   Mimo iż Angie wraz z dziećmi zostawili mnie na pastwę tych stworzeń, miałem nadzieje, że im też nic nie jest.
   Odczekałem parę minut, aż za drzwiami zapanowała kompletna cisza. Z okna znajdującego się w sypialni, nie dostrzegłem przyczyny hałasu. Musiałem to sprawdzić. W tych czasach nie można było być obojętnym. Może to są żołnierze, którzy nas… mnie uratują. Równie dobrze mogą to być bandyci, którym udało się zdobyć silne ładunki wybuchowe.
   Nie tracąc czujności, wyjrzałem przez drzwi. Pusto. Ani jednej żywej – a raczej nieżywej – duszy. Znowu byłem na szczycie schodów. Z tutejszego okna również nic nie było widać. Kto nieświadomie mnie uratował? Zszedłem na dół. Poza czterema ciałami na podłodze, nie było nikogo innego.
   Kierowałem się w stronę okna. Może tutaj uda mi się coś dostrzec. Nawet nie zdążyłem do niego podejść, gdy z wcześniej odkrytych drzwi wybiegła Kasia. Była przerażona i zalana łzami. Zobaczywszy mnie, od razu podbiegła. Chwytając mnie za rękę, ciągnęła mnie w stronę pomieszczenia, z którego właśnie wyszła.
   – Angie ma kłopoty, musisz jej pomóc!
   Myślałem, że najgorsze za mną. Jak widać, po raz kolejny się myliłem.

Apokalipsa Z. Początek Końca (Manel Loureiro)

Za czasów istnienia ZSRR, prowadzone były różnego rodzaju badania naukowe. Nikt nigdy nie wiedział czego dotyczą. Kiedy jednak Związek Radziecki upadł i wszystko zmierzało ku lepszemu, wystarczył jeden atak terrorystyczny, by świat zalał mrok z wielokrotnie większą siłą. Żywe trupy zaczęły pojawiać się na ulicach miast. Pewien hiszpański prawnik, postanowił stawił im czoła… Czytaj dalej…

1. Niespodziewani Goście

Najkrótsza droga do Warszawy prowadziła przez ogromne pola. Były to obszary dość niebezpieczne. W przypadku ataku bandytów nie było gdzie się schronić.
Na początku całej tej apokalipsy, zdarzały się grupy rozbitków, którzy żyli tylko dzięki napadom na żywych. Z czasem te grupy rozrastały się i już nie tylko martwi byli zagrożeniem. Zawsze to zjawisko intrygowało mnie i wciąż nie mogłem tego zrozumieć. Ludzie w takich czasach powinni stanąć po jednej stronie by przeżyć, a nie strzelać do siebie nawzajem. Nikt nie widział logicznego wytłumaczenia całego zajścia i nikt nie mógł na to nic poradzić. Powstał pewien łańcuch pokarmowy. Na samym szczycie pojawiły się zombie, pod nimi byli bandyci, dalej wojsko i na końcu rozbitkowie próbujący przeżyć. Każda z tych grup była zagrożeniem dla nas – rozbitków. Odkąd powstał obóz codziennie zmagaliśmy się z atakiem zombie. Bandyci z reguły omijali takie miejsca, lecz zdarzały się pojedyncze występki. Często jednak atakowali ekipy, które oddalały się od obozu w celach zaopatrzeniowych. Wielu ludzi poległo w starciu z nimi i jeszcze więcej zostało rannych. Najczęściej byli to przestępcy starego świata, mordercy, lub inni, których prawo nie interesowało. Nigdy nie zadawali pytań. Ich główną siłą przetargową była przemoc, wobec innych żywych.
Znajdowaliśmy się w miejscu, w którym grabieżcy najczęściej szykowali pułapki. Otwarta przestrzeń była dla nich idealnym miejscem. Trzeba było stąpać ostrożnie. Szliśmy poboczem, by nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Na szczęście nasze ubrania zlewały się z tłem, więc pozornie mogliśmy się czuć bezpiecznie.
– Ile osób znajdowało się w obozie? – Krzysiek wiedział, że nie można być teraz głośno, lecz to pytanie nie dawało mu spokoju. Rozmawialiśmy szeptem.
– Około 70.
– I wystarczył jeden zombiak by to wszystko upadło? Niesamowite.
– Większość z nas nie było wyszkolonych w walce z nimi. Sami musieliśmy nauczyć się wszystkiego.
– Poczekajcie – Angie zatrzymała nas ruchem ręki – słyszycie to?
Stanęliśmy i wsłuchiwaliśmy się w panującą wokół ciszę. Docierał do nas lekki odgłos jęków. Oznaczało to, że w pobliżu znajduje się grupka chodzących trupów.
– Dziwne – powiedział Krzysiek – z reguły są ciche, może to oznaczać tylko jedno – wszyscy spojrzeliśmy na siebie – w pobliżu muszą być żywi.
Dźwięk dobiegał z głębi lasu. Postanowiliśmy sprawdzić co się dzieje. Z każdym krokiem wycie truposzy było bardziej wyraźne. Kiedy w końcu dotarliśmy do źródła hałasu, naszym oczom ukazał się dość niesłychany widok. Pięciu zombie stało pod drzewem, z czego trzech z nich zajętych było pałaszowaniem czyjegoś ciała. Okazało się, że dwójka dzieci – chłopiec i dziewczynka – wspięło się na drzewo by uniknąć napastników.
Co w tym miejscu robiły dzieci? Skąd się tutaj wzięły? Jedno było pewne, trzeba było działać. Pochyliliśmy się by opracować plan.
– Trzeba pomóc tym dzieciakom, gałęzie nie wyglądają na zbyt wytrzymałe. Lada moment mogą pęknąć.
– Masz rację, jednak nie możemy użyć broni, bo jeszcze bandyci dowiedzą się o naszym położeniu, a wtedy będzie pozamiatane.
– Nie mamy pewności, czy w ogóle tu są jacyś bandyci.
– Lepiej nie ryzykować.
– Zakradnijmy się do nich od tyłu i po prostu ich powybijajmy – pomysł Angie wydał się dość szalony, ale w obecnej sytuacji nie było lepszego.
– Dobra, Dawid, ty pójdziesz od lewej i postarasz się zdjąć tych dwóch. Ja zajmę się tymi po prawej a Angie…
Jak widać Angie już miała swój własny plan. Z niedowierzaniem patrzyliśmy jak zbliża się do zombiaków mając w ręku tylko nóż. Bez problemu zakradła się do tych, którzy właśnie kończyli posiłek. Nie zważając na nic, wbiła pierwszemu nóż w tył głowy. Cały czas wydając z siebie ten nieznośny syk, pozostałe dwa trupy wstały, by pożywić się świeżym mięsem. Kiedy już wyjęła ostrze z pierwszych zwłok, bez wahania drugiemu zaserwowała nóż w oczodół. Wyjmując go kopnęła ciało drugiego, by przewalić tego, który został. Udało się, a gdy ten był na ziemi, bez zbędnych popisów, zakończyła męczarnie ostatniego z trupów jednym precyzyjnym cięciem.
Wraz z Krzyśkiem staliśmy jak wryci. Wiedziałem już, że Angie to kobieta niecackająca się z niczym. Wciąż nie mogliśmy uwierzyć w to, czego właśnie dokonała. Nie zauważyłem nawet kiedy załatwiła pozostałych dwóch stojących pod drzewem. Słychać już było tylko płacz dzieci.
– Możecie się w końcu ruszyć i pomóc mi ściągnąć te dzieciaki?
Bez słowa podeszliśmy do drzewa, na którym znajdowały się dzieci. Ciało, które leżało obok należało do kobiety. Prawdopodobnie była to ich matka.
Kiedy w końcu zeszli na ziemię, cali aż się trzęśli. Jak się okazało, byli rodzeństwem i wraz z matką, uciekali przed goniącymi ich zombie. Chłopiec miał na imię Michał i miał 9 lat, a dziewczynka Kasia i miała 11 lat. Angie uklękła przed nimi i delikatnie zaczęła rozmowę.
– Możecie mi powiedzieć, co się tutaj stało?
Głos zabrała Kasia.
– Uciekaliśmy wraz z mamą od tych paskudnych, niedobrych panów, którzy nas więzili – w oczach dziecka zaczęły pojawiać się łzy – kiedy te śmierdzące stwory zaatakowały mamę.
– Boję się – chłopczyk, stojący za siostrą, wtulił się w nią bardzo mocno i wraz z nią zaczął płakać.
A więc w pobliżu znajdowali się bandyci. Nasze przeczucia niestety okazały się prawdziwe. Zastanawialiśmy się co zrobić z rodzeństwem kiedy dotarł do nas odgłos zbliżającego się pojazdu.

2. O Włos Od Prawdy

Jak widać, poza nami w okolicy znajdował się ktoś jeszcze i wcale nie był martwy. Dźwięk silnika był coraz bardziej wyraźny. Nie wiadomo czy byli to bandyci, czy może ktoś inny. Kiedy Angie próbowała uciszyć maluchy, wraz z Krzyśkiem postanowiliśmy sprawdzić co się dzieje. Okazało się, że na horyzoncie pojawił się dość sporych gabarytów pojazd terenowy. Lakier z motywem moro był dobrym pomysłem, ale na otwartej przestrzeni był całkowicie bezskuteczny. Tablice rejestracyjne wydawały mi się dziwnie znajome. Miałem wrażenie, że już gdzieś je widziałem.
– O kurwa – Już wiedziałem skąd je znam. Był to wóz do misji zaopatrzeniowych z obozu. Często siedziałem na miejscu pasażera, kiedy Karol prowadził jak wariat. Na samą myśl o przyjacielu, zrobiło mi się ciężko na sercu.
– Co się stało? – Głos Krzyśka lekko zadrżał – wiesz kto to jest?
Nie mogłem zrozumieć co oni tu robią. Przecież nigdy nie zapuszczaliśmy się aż tutaj. Z różnych map i wypadów rozpoznawczych, oznaczyliśmy ten teren, jako pozbawiony jakichkolwiek zasobów potrzebnych do obozu.
Nagle pojazd stanął w miejscu. Przestraszyłem się, bo pomyślałem, że ktoś w środku mógł nas zauważyć. Wszystkie cztery drzwi się otworzyły i po każdej stronie wysiadła jedna osoba. Z tyłu i z miejsca kierowcy wyłonili się zwykli żołnierze, których najczęściej widywałem na wartach przy bramie. Jendak gdy zobaczyłem kto wysiada z miejsca pasażera, z trudnością przełknąłem ślinę. Był to dowódca obozu, do którego niegdyś należałem. Z reguły nie brał udziały w naszych misjach, więc jego obecność była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Najczęściej przesiadywał w swoim biurze. Rzadko kiedy gdziekolwiek wychodził. Musiało wydarzyć się coś nadzwyczajnego.
– Dawid! Żyjesz? Kto to jes…
– Tato! – pomiędzy nami pojawił się mały Michałek – to nasz tata tam stoi! – chłopiec palcem wskazał na dowódcę, radość na jego twarzy była nie do opisania – Tato! Tutaj jesteśmy! – zaczął wymachiwać rękami by pokazać ojcu swoją pozycję.
Grupa żołnierzy zaczęła się rozglądać. Na całe szczęście nie mogli sprecyzować skąd dokładnie dobiega hałas. Bez chwili namysłu przyłożyłem dłoń do ust Michała, by tylko stłumić jego krzyk. Kasia słysząc słowa brata wstała i podbiegła do nas. W jej oczach pojawił się ten sam błysk, co przed chwilą w oczach Michała.   Dzieci coraz mocniej szarpały się, by tylko pobiec do ojca. Gdy w końcu grupka żołnierzy była zdezorientowana całym zajściem, wszyscy pędem wsiedli do samochodu i nie zastanawiając się dłużej, pojechali dalej. Prawdopodobnie hałas, który usłyszeli, według nich był spowodowany bandytami a nie małymi dziećmi. Kiedy w końcu pojazd ruszył w dalszą drogę, wraz z Krzyśkiem puściliśmy maluchy. Spodziewałem się wielu pytań ze strony Angie czy Krzyśka ale oboje zamarli. Łzy w oczach rodzeństwa stawały się większe. Ich oczy były coraz bardziej spuchnięte od nadmiernego płaczu. Nie wiedziałem co w tej chwili zrobić. Ukląkłem przy maluchach. Temperatura coraz bardziej uderzała mi do głowy. Najwidoczniej infekcja nie dawała o sobie zapomnieć. Starałem się o tym nie myśleć, bo ból, jaki wyrządziłem tym dzieciom był o wiele większy.
– To był wasz ojciec?
Od nikogo nie uzyskałem odpowiedzi. Właśnie przekreśliłem nadzieję, dwóch młodych istot na tym bezlitosnym świecie, więc czego mógłbym się spodziewać? Działałem instynktownie. Cały czas nie mogłem pojąć, dlaczego tak walczę o swoje życie. Szansa, że wyjdę z tego cało, była z godziny na godzinę coraz mniejsza. Czułem w sobie sprzeczne emocję. Z jednej strony była złość na siebie i Sylwię, przez którą stałem się zupełnie kimś innym. Druga strona była zadowolona, że w tej chwili nie skończę z kulką w głowie.
– Wybaczcie mi, że postąpiłem tak a nie inaczej. Zdaje sobie sprawę, że to był wasz ojciec. Prawda może być bolesna, ale to był zły człowiek – w tym momencie skierowałem wzrok na Angie i Krzyśka – On i jego towarzysze od bardzo dawna próbowali zrównać nasz obóz z ziemią. Wiele razy widziałem jego twarz. Za wszelką cenę, próbował dostać się do nas, by powybijać wszystkich żywych. Z trudem udało mi się od niego uciec.
Angie skierowała na mnie swój wzrok.
– A to wasz obóz nie padł, przez umarłych?
Zbyt dużo pojawiło się nowych kłamstw, by pamiętać o tych starych. Wszystko mi się pomieszało. Starałem się, by nikt tego nie zauważył.
– Tak, przez umarłych. Ci tutaj zaatakowali nas wcześniej, ale na szczęście udało się ich odeprzeć.
Zapadła cisza. Nawet dzieci już nie płakały. Wszyscy popatrzyli po sobie.
Z niesmakiem na ustach głos zabrał Krzysiek.
– No tak – i tak oto w naszej drużynie, nikt więcej nie zabrał głosu.

3. Wizja Lepszego Świata

– Już niedługo będziemy razem – głos dobiegał z oddali – nie walcz z tym, poddaj się, byśmy mogli żyć wiecznie.
To była Sylwia. Jej dusza krążyła nade mną. Odkąd przemieniła się i odeszła z tego świata, często przemawiała w mojej głowie. Nigdy jednak nie było to tak silne.
– Dlaczego próbujesz się mnie pozbyć? Już nic dla ciebie nie znaczę?
– Zostaw mnie!
Wszyscy odwrócili się w moją stronę. Nie mogłem powstrzymać tego, co we mnie jest. Poczucie winy za śmierć ukochanej, nie dawało mi spokoju. Wewnątrz mnie, rozpętała się prawdziwa walka. Nie wiem czy to był jeden z efektów działania wirusa. Może już dotarł do mojego mózgu i to on powodował te omamy? Wszystko było takie prawdziwe. Na nowo poczułem jej bliskość, czułem jak stoi obok mnie i chwyta mnie za rękę. Jej słodki zapach był taki realny. Pierwszy raz od początku zapragnąłem, by dołączyć do niej po drugiej stronie. Pragnąłem umrzeć tylko po to, by znaleźć się w jej ramionach. Potrzebowałem jej tu i teraz. Niczym dziecko w sklepie ze słodyczami, chciałem jej tak bardzo, że wszystko inne było nic niewarte. Cały świat przypominał mi o niej. Błękitne niebo miało kolor jej oczu. Obserwowała mnie z góry, jej duch był moim aniołem stróżem.
W jednym momencie, moja ręka znalazła się przy pasku. Wyczułem nią zimną stal pistoletu. Przez myśl przeszło mi, by właśnie w tej chwili ukoić ból i znaleźć drogę do mojej ukochanej. Nieważny był dla mnie cel tej misji. Moje wewnętrzne pragnienie było dla mnie wszystkim. Widziałem świat cudzymi oczami. Czułem na sobie wzrok towarzyszy, ale nie obchodziło mnie to ani trochę. Czekałem na jej kolejny ruch, na sygnał, który pomoże mi podjąć decyzję. Jej głos był kluczem do bramy lepszego świata. Wystarczyło jedno słowo.
Cisza. Wszędzie nieznośna cisza. Tylko wiatr delikatnie trącał moje spocone ciało. Gdzie ona była? W głębi wołałem jej imię, lecz wciąż czułem ziemię pod stopami. Droga jaką wybrałem nie była słuszna. W tej chwili powinienem być wraz z nią i wspierać żywych modlitwą.
Wszystko jednak się zmieniło, kiedy podniosłem głowę i zobaczyłem ich twarze. Właśnie wtedy uznałem, że to wszystko jednak ma sens. Ludzkie życie jest cenniejsze niż cokolwiek innego. Nawet wtedy. kiedy świat przypomina ruinę. Człowiek powinien walczyć o to, co ma. W tym świecie bóg miał plan, a ja byłem jego częścią. Nie bez powodu dostałem szansę, by dalej żyć. To jest próba, którą muszę przejść. Nie mogę się teraz poddać. Może Sylwia musiała oddać życie bym to właśnie ja czegoś dokonał. Zacząłem wierzyć w siebie. Wizja śmierci oddalała się coraz bardziej. Wróciłem na ziemię, by dokonać czegoś wielkiego. Jeszcze nie wiedziałem co to będzie, ale na pewno coś ważnego. Zrobię to dla Sylwii. Jej głos był pierwszym sprawdzianem, który przeszedłem. Nie wiedziałem co mnie czeka dalej, lecz wiedziałem jedno. Nie mogę się więcej poddawać.

4. Wewnętrzny Żar

W końcu myślami wróciłem na ziemie. Przeżyłem chwilę zwątpienia, która była tak silna, że niemal czułem jej realizm. Nie mogłem się teraz wycofać. Każdy kolejny krok, zbliżał mnie do pozbycia się wirusa. Nie mogłem się doczekać, by wrócić do tego co było.
– Dobra, zróbmy sobie chwilowy postój, dzieciaki jesteście głodne?
Oba maluchy twierdząco pokręciły głową.
Angie wyjęła z plecaka parę puszek fasoli – najczęściej spotykane danie w menu dzisiejszych czasów. Wszyscy usiedliśmy w kółku, po czym głos zabrał Krzysiek.
– Poszukam czegoś by móc rozpalić ognisko, na ciepło smakują o wiele lepiej. Wrócę za chwilę.
– Bądź ostrożny – kierując wzrok na brata, Angie wypowiedziała to z niezwykłą troską w głosie – w razie czego krzycz, a będziemy w mgnieniu oka.
– Będę pamiętać – wstając poczochrał Michała po głowie – jak mnie nie będzie, pilnujcie tych tam, zgoda?
– Zgoda – rodzeństwo odpowiedziało chórkiem.
Kiedy Krzysiek zniknął z horyzontu, ja obserwowałem dzieciaki. Cały czas miałem na sumieniu to, że musiałem pozbawić ich kontaktu z ojcem, dla własnej korzyści. Dowódca nigdy nie wspominał nam, o swoim wcześniejszym życiu. Nie przypominam sobie, by mówił cokolwiek innego, niż sprawy obozu. Był skrytym, lecz dobrym człowiekiem. Zastanawiał mnie też fakt, dlaczego wybrał się w ten rejon ze swoimi ludźmi. Może Karol naopowiadał wszystkim, że planuje przyłączyć się do bandytów i teraz mnie szukali, bym zapłacił za zdradę? Nic nie było wykluczone. W tej chwili mogłem spodziewać się wszystkiego.
– Powiedz mi jak było na prawdę
Nim się spostrzegłem, Angie była obok mnie.
– Wiem, że coś skrywasz. Czuje to tak jak czułam, że nie jesteś martwy – zobaczyłem, że jej ręka nagle przykrywa moją – Chcę ci pomóc, ale nie wiem jak.
– Gdybym mógł ci powiedzieć, już dawno bym to zrobił – czułem ciepło jej dłoni na swojej.
– Wiem, że jesteś dobry, znamy się raptem od paru godzin, ale nigdy nie czułam czegoś takiego, co czuje od ciebie – jej wzrok w jednej chwili stał się bardzo głęboki, przeszywał mnie od środka.
Już zbierałem się w sobie, by powiedzieć jej wszystko, od początku do końca. Byłem tego tak bliski, lecz w tej chwili zjawił się Krzysiek. Niósł ze sobą różnej długości gałęzie. Z kieszeni wystawała mu kora brzozowa – idealna rozpałka. Jak widać pomyślał o wszystkim.
Nagle Angie zabrała swoją dłoń z mojej. Całe ciepło jakie od niej biło, rozprysło się niczym pył.
– Cisza w tym lesie jest nie do zniesienia – po chwili konsternacji dodał – chociaż jedno miejsce wydawało mi się dość dziwne. Na drzewach pojawiało się sporo krwi, oraz zadrapań. A jedyne trupy jakie znalazłem były już martwe z widocznymi śladami strzału w czaszce. Nie wiem czy jesteśmy tutaj bezpieczni. Myślicie, że to bandyci?
Na dźwięk tego słowa w oczach dzieci pojawiły się łzy. Momentalnie oboje się rozpłakali. Pewnie przypomniały im się czasy, jak byli przetrzymywani wraz z matką w jednym z ich obozów.
– Brawo, zobacz co narobiłeś – Angie skarciła brata wzrokiem.
– Ej… wiesz przecież, że nie chciałem sprawić im przykrości.
– Dobra, lepiej rozpal te ognisko zanim znowu coś głupiego palniesz.
Kiedy Angie pocieszała małe rodzeństwo, a Krzysiek rozpalał ognisko, ja siedziałem cały czas w jednej pozycji. Nie chciałem zabierać głosu. Ostatnio moje słowa sprawiły więcej bólu i przykrości, niż nie jeden zombie.
Po paru chwilach, Krzyśkowi udało się w końcu wzniecić ogień. W tym momencie zamarłem. Widok ogniska sprawił, że poczułem strach, jakiego nigdy wcześniej nie znałem. Czułem ten ogień w sobie, jak pali moje wszystkie wnętrzności. Osunąłem się do tyłu. Poczułem mdłości i potworne zawroty głowy. Za każdym razem, kiedy spojrzałem na płonące ognisko, mój stan stawał się coraz gorszy. Zamknąłem oczy i po raz kolejny poczułem ranę na ramieniu. Teraz to ona była moim wewnętrznym płomieniem. Zakażenie nasilało się coraz bardziej, a to był dopiero początek. Nie chciałem myśleć o tym, co by było podczas dwudziestej godziny infekcji.
Kiedy objawy zelżały, spojrzałem na zegarek. Była godzina 13. Już od 6 godzin zmagam się z ugryzieniem. Miałem dość tego, jak reszta na mnie patrzy. Za każdym razem, mówiłem, że gorzej się poczułem, ale to wszystko stawało się coraz bardziej niepokojące.
Poczułem jak Angie pomaga mi wstać. Otwierając oczy, widziałem jak patrzy na mnie z wielkim niepokojem.
– Wiem, że boisz się powiedzieć, szanuje to, ale jeżeli jest to coś, o czym powinniśmy wiedzieć, zrób to teraz – mówiąc dalszą część, starała się, bym tylko ja to usłyszał – Dzieci zaczynają się ciebie bać. Najpierw ta akcja z ich ojcem, teraz to. Daj sobie pomóc.
– Za późno na pomoc – mówiąc to, posłałem jej wzrok, w którym nie było już nadziei.
Usiedliśmy przy ognisku i tym razem spojrzałem w sam środek ognia. Czuć było śmierć, ból i cierpienie. Ogień był symbolem zła.