1. Pierwsze Kroki

Cały czas wydawało mi się, że temperatura z minuty na minutę jest coraz wyższa. Tego dnia słońce nie znało litości. Miałem ochotę zdjąć z siebie wszystkie rzeczy i podążać dalej bez nich. Pomyśleć, że ledwo 3 godziny temu telepałem się z zimna. Kolejny objaw infekcji dawał znać. Ciekawe ile jeszcze ich będzie.
Droga cały czas wyglądała tak samo. W pewnym momencie wydawało mi się, że idę w miejscu. Z każdym przebytym krokiem, otoczenie nie zmieniało się ani trochę. Wszędzie widniały drzewa, piasek i szczątki dawnej cywilizacji. Co prawda do miasta był spory kawałek, ale pamiętam, że kiedyś i tu tętniło życie.
Przeszedłem już dobre 5 km i nadal nie wiedziałem gdzie idę. Tak naprawdę ciągle nie miałem pomysłu co zrobić z tym wszystkim. Przestałem być zagrożeniem dla przyjaciół, więc wykonałem pierwszy krok. Teraz musiałem zrobić coś, by przestać być zagrożeniem dla reszty ludzkości.
Ani na chwilę nie chowałem pistoletu do kabury. Nie mogłem sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. Przy następnym razie, już mogłem nigdy nie ujrzeć dziennego światła. W okolicy nie słychać było nic poza szumem wiatru. Nawet zwierzęta uznały, że ten świat już nigdy nie będzie taki sam i schowały się gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie. Sprawiało to dużo problemów podczas wypadów na polowania. Wiele razy musieliśmy wracać z pustymi rękami.
Przypomniałem sobie, jak w jednej z audycji, Alex podawał informację, odnośnie prób wynalezienia antidotum na wirusa. W filmach o zombie, nigdy nikomu nie udało się go wynaleźć, lecz teraz to nie był film, tylko rzeczywistość. Zresztą gdyby to był film, już dawno bym biegał jako jeden z nich.
Zawsze ceniłem sobie twórczość Romero i jego “Noc Żywych Trupów”. Był to jeden z pierwszych horrorów jaki oglądałem w dzieciństwie. Tylko teraz mieliśmy 2020 rok i wszystko działo się naprawdę. Ze wszystkich sił próbowałem przypomnieć sobie, od czego to wszystko się zaczęło. Dlaczego po ulicach chodzą martwi? Nie mogłem się skupić. Moje ciało próbowało bronić się przed nieznanym mu wcześniej wirusem, który coraz silniej pozbawiał mnie energii życiowej. Czułem jak temperatura mojego ciała z każdą chwilą rosła. W wielu źródłach podane było, że po ugryzieniu przez zombie, człowieka zabijała wysoka temperatura, by potem jako martwy, wrócić do świata żywych.
Coraz bardziej doskwierała mi samotność. Chciałem by ktoś był obok mnie. Bym nie musiał z tym walczyć sam. Karol… Sara… Ktokolwiek. Musiałem jednak stawić czoła odosobnieniu. Każdy z ludzi, których znałem, którzy zostali pogryzieni, od razu otrzymywali kulkę w łeb. Takie były zasady panujące w obozie i gdybym nie uciekł, skończył bym tak samo.
Nogi stawały się coraz cięższe. Nie mogłem złapać równowagi i utrzymać pionu. Przewróciłem się jeden raz, potem drugi. Za trzecim nie wstałem od razu, bo z góry wiedziałem, że to bezcelowe. Musiałem przeczekać drugi objaw, tak jak to było z pierwszym. Tylko nie mogłem pozwolić sobie na to, by zasnąć. Gdyby tak się stało, już nigdy bym się nie obudził, a koszmary dręczyłyby mnie do samego końca. Poza tym, już nikt by mnie nie obronił przed wygłodniałym trupem, chcącym urządzić sobie ze mnie śniadanie.
Na wciąż działającym zegarku, dostrzegłem, że mała wskazówka pokazywała godzinę 10. Minęły dokładnie 3 godziny od rozpoczęcia mojej walki z infekcją, a ja już leżałem na ziemi. Kurz powstały wskutek upadku zasłaniał mi dalszą drogę. Nie widziałem nic oddalonego bardziej, niż moja ręka. Kiedy wszystko powoli opadało, w oddali ujrzałem 2 postacie idące w moim kierunku. Niestety nie mogłem stwierdzić czy to ktoś żywy czy nie.

2. Spotkanie

W końcu cały kurz opadł i mogłem normalnie obserwować otaczający mnie teren. Skupiłem swój wzrok i jak się okazało, były to żywe istoty. Najwidoczniej oczyszczali teren, lub czegoś szukali. Nie wyglądali znajomo, więc nie mógł to być nikt z obozu. Widziałem tylko, że to kobieta i mężczyzna. Nie znałem ich zamiaru, więc postanowiłem pozostać w bezruchu. Podążali w moim kierunku, więc musieli dostrzec moją obecność. Mógł to być również zwykły przypadek, lecz wolałem nie ryzykować.
Leżałem tak przez cały czas i obserwowałem każdy ich krok. Nie mogłem zwalczyć w sobie bezsilności, którą stworzył we mnie wirus. Drugi etap jeszcze się nie skończył a obcy byli coraz bliżej. Gdyby dostrzegli, we mnie jakiekolwiek oznaki życia, mogliby wziąć mnie za poturbowanego truposza, który nie może wstać i próbować ich zjeść. W takiej sytuacji nie zadawaliby pytań, tylko od razu otrzymałbym strzał w głowę. Czasu było coraz mniej.
Widziałem jak celują we mnie z karabinu patrząc przez celownik. Zamknąłem oczy z myślą, że to już koniec. Kiedy usłyszałem strzał, byłem całkowicie przekonany, że mój czas właśnie nadszedł. Po chwili otworzyłem oczy i zobaczyłem przed sobą leżącą postać w krytycznym stanie rozkładu. Miał dziurę dokładnie między oczami, z której wylewała się czarna maź.
– Hej ty na ziemi! Nic ci nie jest?
Wiedziałem, że pytanie kierowane było do mnie, bo nikogo innego nie było w pobliżu. Usłyszałem ciche szepty. Chciałem odpowiedzieć, lecz nie byłem w stanie wydusić ani słowa.
– Mówię do ciebie, ogłuchłeś!?
Jedyne co udało mi się w tej chwili zrobić, to delikatnie poruszyć ręką w ich stronę.
– Sprawdźmy co z nim. Nie wygląda na jednego z nich, ale to nie zmienia faktu, że nie musimy zachować ostrożności.
Głosy dobiegające z ich strony stały się bardziej wyraźne, a kroki bardziej donośne.
– Na pewno to jeden z tych cholernych trupów. Nie trać czasu i oszczędź mu cierpienia – wyraźnie słychać było, że głos należał do mężczyzny.
– Poczekaj, daj mi chwilę. Jestem pewna, że różni się on od reszty… Czuje to.
Kobiecy głos był bardzo delikatny. Z pewnością należał do kogoś obdarzonego uczuciem. W tych czasach była to rzadkość. Gdyby nie ona, już dawno byłbym martwy. Cały czas starałem się udowodnić, że nie jestem jednym z trupów. Próbowałem wykrzyczeć jakiekolwiek słowo, lecz do tej pory wszystkie próby okazały się niewypałem.
– Stój! – w tym momencie kroki drugiej osoby zbliżyły się w moim kierunku – nie widzisz, że jest martwy i tylko prosi się o kulkę w łeb?
Wrzeszczałem w myślach by posłuchał kobiety i nie podejmował decyzji zbyt pochopnie. Nadal byłem żywy i nie chciałem by było inaczej. Ciało miałem sparaliżowane, lecz umysł ciągle sprawny. Czułem się jak bym był przywiązany do ziemi, za pomocą najgrubszych lin jakie istnieją. Za każdym razem, kiedy próbowałem wstać, wszystkie liny zaciskały się mocniej. Nie mogłem się wyrwać od niewidzialnej siły. Nagle poczułem ulgę. Wszystko co do tej pory mnie trzymało, rozluźniło swój uścisk, aż w końcu blokada przestała całkowicie istnieć. Wreszcie wolny postanowiłem wstać. W tym momencie poczułem wzrok obojga na sobie. Kiedy w końcu spojrzałem im w oczy, udało mi się przemówić.
– Jestem Dawid i wcale nie jestem martwy.

3. Wspomnienia

Nie mogłem odpędzić się od ich wzroku. Oboje byli wpatrzeni we mnie, niczym w jakiegoś boga, którym nigdy nie byłem i nie będę. Przez krótki moment, wydawało mi się, że spoglądają na moje ramię. Przestraszyłem się, że krew z rany przesiąkła przez ubranie, w końcu od początku dnia nie zmieniłem opatrunku. Nie licząc tego, że miałem na sobie sporą ilość śladów po upadku, nic nie było widać. Najwidoczniej dawno nie spotkali kogoś żywego.
– Przez chwile mieliśmy wrażenie, że jesteś jednym z tych stworów. Na szczęście moja siostra rzadko się myli i dlatego jeszcze żyjesz. Tak w ogóle to jestem Krzysiek – wyciągnął do mnie dłoń w geście przywitania – a to moja siostra Angelika.
Na twarzy dziewczyny pojawił się uśmiech i również wyciągnęła dłoń.
– Mów mi Angie.
– Jeszcze chwila a ten tutaj by mnie zżarł. Nie wiem jak wam dziękować.
– Świat na zewnątrz się zmienił, ale my wciąż jesteśmy ludźmi. Powiedz, skąd się wziąłeś sam na tym pustkowiu.
Zaczynało mnie męczyć skrywanie tego, co stało się na prawdę. Wiedziałem, że z góry mój los jest przesądzony, ale to jeszcze nie ten czas i nie to miejsce na moją śmierć. Znów musiałem zmyślić całą historię.
– Jakieś 6 – 7 km stąd jest obóz, w którym się skrywałem wraz z wieloma innymi ludźmi. Myślałem, że w końcu znalazłem miejsce, w którym mogę spędzić więcej niż jedną noc. Świat był kolorowy, do czasu aż wdarł się jeden zombie. On jeden sprawił, że w obozie wybuchła panika i zaraza. Nie mogliśmy nic poradzić…
– Uważaj!
Poczułem przelatujący pocisk obok ucha, a następnie dźwięk upadającego ciała. Krew trysnęła mi na twarz. Tak się skupiłem na zmyślaniu historii, że straciłem zmysł przetrwania.
– Już drugi raz uratowaliście mi tyłek – spojrzałem w tył i zobaczyłem, że niedoszły napastnik ma dziurę centralnie na środku czoła – ładny strzał.
– Nie jest tu bezpiecznie, chodźmy gdzieś, gdzie nie będę musiała marnować amunicji na tych zdechlaków. Kawałek drogi stąd widzieliśmy opuszczoną stację kolejową. Może tam będą lepsze warunki do dalszej rozmowy – po chwili ciszy dodała – I może uda nam się znaleźć coś ciekawego. Tak czy inaczej kontynuuj.
Zaczęliśmy iść przed siebie – na północny wschód od obozu. Nabrałem świeżego powietrza w płuca i mogłem dalej mówić.
– No więc jak ten trup dostał się do obozu, to zaraz po nim pojawili się kolejni. Wybuchła ogromna panika. Zaczęły się strzały do wszystkich, do tych żywych i martwych. W pewnym momencie nikt nie mógł ich odróżnić. W horrorach zawsze takie sytuacje miały miejsca nocą, a w naszym przypadku było to z samego rana. Zaczęło się od jednego krzyku, potem następny i jeszcze jeden, aż wszyscy zaczęli panicznie wrzeszczeć i uciekać we wszystkie strony. Na szczęście udało mi się zachować spokój i wymknąć się oddalonym od tego wszystkiego wyjściem.
Zapadła cisza. Angie i Krzysiek mieli spuszczone głowy. Wyglądali tak, jak by taka sytuacja wydarzyła się w ich życiu. W końcu przemówił Krzysiek.
– Nie mogę uwierzyć. Mieliśmy wyjść z Angie o wiele wcześniej, by dotrzeć do tego obozu, o którym mówisz. Od dłuższego czasu błądzimy po świecie zupełnie sami. Gdy usłyszeliśmy o was, zabłysła w nas nadzieja.
Po jego twarzy można było stwierdzić, że to co powiedziałem, bardzo go dotknęło. Szkoda tylko, że to wszystko nie było prawdą i cały czas obóz stoi nietknięty przez umarłych. Niestety gdy chodzi o własne życie, człowiek powie wszystko by przeżyć. Nawet będzie w stanie narazić innych, by czuć się bezpiecznym.
Tym razem głos zabrała Angie.
– Jak to wszystko się zaczęło, byłam wtedy w Siedlcach, naszym rodzinnym mieście. Dzień zapowiadał się rewelacyjnie, dopóki wraz z matką nie wyszłyśmy wspólnie do sklepu. Rozmawiałyśmy o wszystkim, aż w pewnym momencie na drodze stanął nasz sąsiad, starszy pan Maciek – łza spłynęła jej po policzku, lecz szybkim ruchem ręki ją wytarła – Widziałam jej śmierć. Widziałam jak wgryza się w jej szyję. Próbowałam go odciągnąć, lecz było za późno – głos coraz bardziej jej drżał – nigdy nie widziałam tyle krwi. Nie mogłam uwierzyć w to, co się właśnie wydarzyło. Stałam jak wryta, gdy nagle  stwór próbował rzucić się na mnie. Zaczęłam uciekać najszybciej jak mogłam. Biegłam nie patrząc za siebie. Do tej pory nie mogę sobie darować tego, że zostawiłam tam naszą matkę na pastwę tych zwierząt. W końcu udało mi się dobiec do pracy Krzyśka – w tym momencie spojrzała na niego, a on położył jej rękę na ramieniu i mówił dalej.
– Za pierwszym razem, kiedy usłyszałem tą historię, wydawało mi się, że wszystko zmyśla. Spojrzałem jednak na jej pogrążoną w rozpaczy twarz i od razu wiedziałem, że coś jest nie tak. Wchodząc na zewnątrz, od razu można było wyczuć śmierć w powietrzu. Chwilę później ludzie zaczynali uciekać jak najdalej było to możliwe. Wtedy właśnie do mnie dotarło, jak przedstawia się obecny świat.
Od początku widać było, że oboje dużo przeszli w nowym świecie, ale nie przypuszczałem, że aż tyle. Widok śmierci bliskiej osoby jest najgorszą rzeczą jakiej można doświadczyć. Zwłaszcza wtedy, gdy nie jest się na to przygotowanym. Po części wiedziałem co czują, bo sam tego rano doświadczyłem.
Po otarciu łez i chwili uspokojenia, głos Angie wrócił do normy.
– O! to właśnie tam! – wskazała palcem budynek oddalony o jakieś 500 m od nas.
Wszyscy ruszyliśmy lekko przyspieszonym tempem.
Po dotarciu na miejsce i wstępnych oględzinach, okazało się, że nie było tu ani jednego trupa. W środku również z nikim się nie spotkaliśmy.
W wewnątrz budynku znaleźliśmy pomieszczenie, które kiedyś służyło za poczekalnie i postanowiliśmy tam chwilę odpocząć.
– Powiedz nam teraz Dawid, jak udało Ci się przetrwać przed obozem
– Wszystko zaczęło się…

4. Zanim Zaszło Słońce

   To wspomnienie wraca w snach. Dzień, który miał swoje barwy, wyraźne i ciepłe. Wiele razy modlę się o to by wrócił, lecz gdy otwieram oczy, widzę wszechobecną zagładę. Wszyscy cieszyli się za każdym razem, gdy mogli wyjść na zewnątrz, do ludzi i otaczającego ich piękna. Na twarzach widniało szczęście, a na niebie spokój. Największym zmartwieniem był ciężki dzień w pracy, a i tak po nim wracało się do rodziny czy przyjaciół. U mnie nie było inaczej. Miałem wszystko to, co normalny człowiek mógł sobie wymarzyć. Mieszkanie, samochód, kobietę moich snów i ludzi, którzy nigdy by mnie nie opuścili. Wszystko spokojnie gnało do przodu. Nieubłaganie czas mijał, otaczając nas dobrocią obecnego życia.
Tego ranka w telewizji, bez przerwy nadawali informację, o nowo powstałym ośrodku specjalizującym się w chorobach zakaźnych w Warszawie. Gdzie nie spojrzałem tam widniały reklamy. Każda rozgłośnia radiowa i strona internetowa trąbiła tylko o tym. Informacja doszła nawet do osób, które się tym nie interesowały. Było to wiekowe wydarzenie. Nigdy wcześniej nie było tak głośno o Polsce, jak w tej chwili. W końcu wybiliśmy się ponad wszystkie kraje europejskie. To my pierwsi postanowiliśmy rozpocząć takie przedsięwzięcie i udało się. Jeszcze nikt nie wiedział do czego to doprowadzi.
Nadzieja, jaka narodziła się w ludziach nie znała granic. Dla wielu taka organizacja dawała wiarę w dalsze, normalne życie. Ledwo co wszystko zostało ukończone, gdy kolejki na poszczególne badania nie miały końca. Najbliższe wolne terminy, dostępne były (w najlepszym razie) po wielu miesiącach. Wszyscy bez względu na koszty chcieli się tu dostać.
Nigdy mi nic nie dolegało, dlatego cała ta akcja przeszła centralnie obok mnie. Natomiast niezależnie od miejsca, w którym się znalazłem, ludzie nie mieli innych tematów. Każdego interesował dalszy ciąg całej tej inicjatywy. Oczywiście byli i tacy, którym to wszystko nie odpowiadało i za wszelką cenę chcieli to zamknąć. Krążyły plotki, że wszystkie leki wcześniej zostały testowane na zwierzętach. Ludzie lubili dopowiadać swoje historie, byle by to oni byli w kręgu zainteresowań. Demonstracje pod budynkiem stały się codziennością. Nikt nie mógł nic poradzić. W tamtych czasach, chyba nikt nie był w stanie dogodzić człowiekowi. Zawsze znajdzie się ktoś, komu nic się nie podoba.
Pogoda była nieco chłodniejsza niż dzisiaj, lecz nadal było przyjemnie. Wybraliśmy się wraz z moją dziewczyną – Sylwią – na spacer. Ławka w parku była dla nas ciekawsza, niż kanapa w domu, zwłaszcza, gdy pogoda sprzyjała spędzaniu wolnego czasu w ten sposób. Los chciał, że całe to centrum było całkiem niedaleko od parku, w którym byliśmy. Wciąż dobiegały do nas słowa krytyki od niezadowolonych obywateli, sprzeciwiającym się prowadzonym tam badaniom. Staraliśmy się nie zwracać na to uwagi i spędzić przyjemnie wspólny dzień.
Postanowiliśmy udać się na kawę do pobliskiej knajpki. Zajęliśmy stolik na zewnątrz i jak zwykle cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Z radia, które do tej pory wydawało z siebie przyjemne dźwięki relaksującej muzyki, dobiegł komunikat.
– „Zbliża się godzina 12. Z ostatniej chwili. W centrum dspr. chorób zakaźnych w Warszawie, lekarze twierdzą, że w końcu udało im się uzyskać lekarstwo na złośliwy nowotwór mózgu. Zdaniem specjalistów, wystarczyło odpowiednio zmodyfikować wirus HCV*, tak by za pośrednictwem krwi, dostał się bezpośrednio do mózgu i wyeliminował nowotwór bez konieczności operacji. Wszystko jest w trakcie badań, lecz lekarze są dobrej myśli. Będziemy was informować na bieżąco. Dziękuje za uwagę, mówił dla was…”
Głos reportera wyrwał mnie z obecnego stanu. Kiedy komunikat dobiegł końca, spojrzałem na Sylwię, ona również wyglądała na zamyśloną. W końcu postanowiła odezwać się pierwsza.
– Jak myślisz, uda im się coś osiągnąć? – zaskoczyło mnie jej pytanie, odbiegało od tematu, które przed chwilą poruszaliśmy.
– Staram się o tym nie myśleć. Nie chcę tylko by wynikło z tego jakieś nieporozumienie, a tak to niech robią co chcą. Jest mi to zupełnie obojętne.
Uśmiech, który pojawił się w tej chwili na jej twarzy, sprawił, że od razu stałem się szczęśliwszym człowiekiem. Wiedziałem, że ten dzień zaliczę do udanych, Ta myśl, tkwiła we mnie aż do wieczora, gdy wróciłem do siebie. Mieszkałem z moim przyjacielem – Karolem. Obaj nie wiedzieliśmy, co powoli zaczyna grasować po ulicach naszego miasta. Niebo stało się ciemniejsze i zasłonięte chmurami. Patrzyliśmy na to z niedowierzaniem. W końcu jeszcze godzinę temu świeciło słońce. Coś było nie tak.
Dzisiaj była moja pora na wyjście ze śmieciami. Wziąłem je i wyszedłem przed blok. Zazwyczaj o tej porze przy kontenerach buszowali bezdomni w poszukiwaniu czegoś cennego, lecz tym razem ich nie było. Miałem złe przeczucia, które lada moment miały się objawić. Podszedłem troszkę bliżej i zobaczyłem świeżą krew na pojemniku z makulaturą. Rozejrzałem się i w pobliżu nie było żywej duszy. Nie wiedziałem co to wszystko ma znaczyć. Starałem się nie wyobrażać sobie nic złego. Szybko pozbyłem się worka i szybkim krokiem podążałem w stronę mieszkania.
Wracając ujrzałem, że w klatce obok ktoś uderza o drzwi wejściowe. Szyba, która dzieliła mnie od wejścia była fabrycznie rozmazana, więc nie widziałem kto to jest. Postanowiłem podejść bliżej i przyjrzeć się całemu zdarzeniu. Ktoś po drugiej, stronie coraz mocniej się dobijał, kiedy w końcu szyba pękła na wiele drobnych kawałków. Odruchowo odskoczyłem do tyłu i dzięki temu żaden odłamek mnie nie dosięgnął. Po zajściu chciałem zajrzeć do środka, by upewnić się czy aby na pewno nikomu nic się nie stało. W miejscu, w którym wcześniej znajdowała się szyba, teraz wystawała zakrwawiona ręka. Powoli zbliżałem się do drzwi, gdy wystająca część ciała zaczęła drgać. Chciałem sprawdzić czy należąca do niej osoba jest przytomna.
Kiedy w końcu zajrzałem do środka, nie wiedziałem co myśleć. Krew znajdowała się nie tylko na ręce, lecz na całej twarzy i ubraniu. Z niedowierzaniem patrzyłem na mężczyznę, do którego owa ręka należała. Jego oczy w pewnym momencie się otworzyły. Spojrzenie jakim mnie obdarował nie należało do normalnych. Pełne było pustki i ta mgła… Właśnie tak wyobrażałem sobie wzrok śmierci. Nie minęła chwila, a skoczył z powrotem do drzwi, tylko tym razem był w stanie się wydostać. Cały czas nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje. Nie dość, że przed chwilą wybił szybę własną dłonią, to jeszcze za wszelką cenę próbował wyjść na zewnątrz nie zważając na rany? To nie mógł być człowiek.
Podniosłem wzrok na Angie.
– To był mój pierwszy kontakt z zombie. Nie była to osoba mi bliska, lecz gdyby nie szczęście, nie rozmawialibyście teraz ze mną.
Na ich twarzach pojawiło się wiele różnych emocji. Ciężko było je wszystkie odczytać.
– Co było dalej?
– Wtedy poznałem moją przyjaciółkę Sarę. To właśnie ona mnie uratowała.

* wirus HCV jest przyczyną wirusowego zapalenia wątroby typu C.

Wywiad z Wiktorem Kiełczykowskim

Zapewne większość z was, miała okazję słyszeć już o nowo powstającej Polskiej produkcji, o post-apokaliptycznym świecie pełnym zombie? Ja również.
Chcąc dowiedzieć się więcej, postanowiłem porozmawiać o tym z reżyserem i pomysłodawcą serialu – Wiktorem Kiełczykowskim. Opowie nam o tym co było, jest i będzie. Zainteresowani? Zapraszam 😉 Czytaj dalej…

5. Zdrada

   Na środku pokoju pojawiła się wielka kałuża krwi. Nie można było powstrzymać krwawienia. Kula przeszła na wylot, pozostawiając dość paskudną ranę.
Twarz Karola była coraz bardziej blada. Na całe szczęście lekarz był już przy nim. Po wielu minutach, w końcu udało się założyć opatrunek. Jak na obecne czasy, obozowy lekarz był bardzo dobrze zaopatrzony w przybory do pierwszej pomocy. Z reguły przy wypadach po zaopatrzenie, znajdowało się wiele lekarstw, bandaży i wielu innych niezbędnych rzeczy, ale aż tyle? Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, było zbyt wiele innych spraw, by przejmować się tym.
W drzwiach pojawiła się Sara. Widząc całe zajście, nie mogła uwierzyć, że to wszystko zrobił Dawid. Fakt, że odkąd wstał dziwnie się zachowywał, ale by dopuścić się takiego czynu? Postrzelić własnego przyjaciela? Wszystko to co mówił Karol, było niewiarygodne.
– Jak to nas zdradził? – dowódca był w wielkim szoku, nie spodziewał się tego po jednym ze swoich najlepszych ludzi.
– Normalnie – Karol zeznawał przy głównej radzie – Poszedłem do jego pokoju i zobaczyłem, że się pakuje. Gdy chciałem go powstrzymać, to ten skurczybyk wyciągnął pistolet i postrzelił mnie w nogę – ruchem ręki wskazał na świeży opatrunek – raczej nie zrobiłem sobie tego sam.
– Na pewno miał jakiś powód by dopuścić się do takiego czynu – do rozmowy przyłączyła się Sara – znamy go wszyscy i wiemy, że nigdy by nas nie zdradził. Nie on.
Chcąc przekonać wszystkich, dołączyła do zgromadzenia. Nie spotkała się jednak z poparciem.
– Dowody mówią co innego. Postrzelił naszego człowieka a potem uciekł. Co to mogło oznaczać, jak nie zdradę?
– Karol. Przecież znasz go najlepiej z nas wszystkich. Myślisz, że mógłby to zrobić bez konkretnej przyczyny?
Z zakłopotaniem spojrzał na Sarę. W jego oczach widać było wiele zmartwień, oraz pytań, na które nigdy nie otrzyma odpowiedzi.
– Czasy się zmieniły. Ciężko teraz stwierdzić kto jest dobry a kto zły. Nawet najbliżsi byliby w stanie wbić ci nóż w plecy – zapadła chwila ciszy, po czym Karol kontynuował – sam nie mogę w to uwierzyć, ale stało się.
Nie była w stanie udowodnić im, że się mylą. Nie pierwszy raz czuła się bezsilna. Jedno było dla niej pewne, Dawid musiał mieć jakiś powód. Tylko jaki? Bez słowa opuściła pomieszczenie. Musiała dać sobie chwilę, by wszystko przemyśleć. Wychodząc usłyszała tylko słowa dowódcy.
– Musimy wysłać za nim patrol, za dużo wie. Jeżeli faktycznie nas zdradził, lada moment możemy mieć tutaj towarzystwo. Trzeba zrobić wszystko by sprowadzić go z powrotem, żywego lub martwego.
Słysząc to, serce stanęło jej w gardle. Żyła w tym świecie już na tyle długo, by przyzwyczaić się do panujących tu reguł. Tym razem przeczucie mówiło jej, że Dawid jest niewinny i musiała go odnaleźć pierwsza.
Będąc w pokoju i pakując się do wyprawy, dopadła ją pewna myśl. Powoli docierało do niej co mogło się wydarzyć. Cały ten stan, w którym Dawid znajdował się od rana coś jej przypominał. Nie wiedziała jeszcze co.
– Przecież on został ugryziony!
Nie zdawała sobie sprawy, że powiedziała to nagłos. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu, by mógł to usłyszeć. Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Rano było ciepło, a mimo to ubrał się w koszulę z długim rękawkiem. Jego ręce były lodowate. Cały był blady. Siedząc na łóżku, nie wiedziała co z tym zrobić. Skoro został zainfekowany, to w najlepszym razie zostało mu 24 godziny życia. Chyba, że uda się do miasta… To właśnie chciał zrobić. Dlatego uciekł. Był tak zdesperowany, że postrzelił swojego przyjaciela, by mieć szanse na dalsze życie. Ta decyzja musiała go dużo kosztować.
Spakowała do końca plecak i wybiegła z pokoju. Musiała wydostać się z obozu i podążać szlakiem uciekiniera. Trzeba było go ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem i to właśnie była jej misja.

6. Na Krańcu Światów

   Z zewnątrz przypominał człowieka, lecz w środku na pewno nim nie był. Zachowaniem upodabniał się do zwierzęcia, dla którego jedynym celem w życiu, było zdobycie pożywienia. W jego oczach widać było mgłę przesłaniającą duszę.
Kiedy powoli cofałem się do tyłu, potknąłem się o krawężnik. W tym momencie byłem w pułapce. Obcy wciąż podążał w moją stronę, wydając dziwny skrzek. Kiedy był na tyle blisko, bym poczuł jego swąd, wtedy…
Potworny krzyk dobiegł z okolic krzaków, znajdujących się zaledwie 200m od nas. Od razu zerwaliśmy się na równe nogi i wyciągnęliśmy broń. Rozglądaliśmy się w poszukiwaniu nieproszonych gości. Krzyk coraz bardziej przybierał na sile.
– Słyszeliście to? Brzmiało jak kobieta.
Spojrzeliśmy po sobie po czym zrozumiałem jedno.
– Zaraz… ja znam ten głos.
Nie zastanawiając się dalej, pobiegłem w miejsce, skąd dobiegał hałas. Angie i Krzysiek od razu ruszyli za mną. W myślach błagałem bym miał omamy i głos jaki słyszałem nie należał do…
Obraz, który objawił mi się przed oczami, wstrząsnął mną do końca. Padłem na kolana i z niedowierzaniem patrzyłem jak 3 zombie wgryza się w ciało kobiety. W pewnym momencie złość, która we mnie narastała ujrzała światło dzienne. Podniosłem broń, i wycelowałem w stronę stworów. Nie panowałem nad sobą. W mgnieniu oka opróżniłem cały magazynek, a żadna wystrzelona przeze mnie kula nie trafiła ich w głowę. Nim dotarło do mnie to co przed chwilą zrobiłem, oni byli już na wprost mnie. Wygłodniali ruszyli w moją stronę, chcąc pożreć i mnie. Na całe szczęście moi nowi towarzysze, pojawili się w odpowiednim momencie i precyzyjnymi strzałami, wyeliminowali cel.
Ból jaki we mnie narastał, był nie do zniesienia. Pierwszy raz od bardzo dawna zachciało mi się płakać. Spoglądając na ciało leżące niedaleko mnie udało mi się wydusić słowa przez łzy.
– To ona…
Oboje spojrzeli na zmasakrowane, lecz wciąż żywe ciało.
– Kto taki?
– To Sara.
Łzy same napływały mi do oczu. Co ona tu robiła? Przecież była bezpieczna w obozie. Nawet dzisiaj nie było zaplanowanego żadnego wypadu po zapasy. Więc dlaczego? Dlaczego wyszła na zewnątrz i naraziła się na niebezpieczeństwo?
Cichy szept dobiegał od strony konającej Sary. Podszedłem bliżej by usłyszeć co mówi. Jej policzek był nadgryziony a na ręce widać było fragment kości. Najwidoczniej napastnicy dawno nic nie jedli.
Gdy nachyliłem się nad jej twarzą, usłyszałem tylko lekki świst. To była kwestia sekund, kiedy powróci na świat po tamtej stronie. Pomyśleć, że mogłem tak samo skończyć, kiedy rano Sylwia mnie ugryzła. Nie mogłem pozwolić, by powróciła jako zombie. Poprosiłem Krzyśka, by podał mi swój pistolet. Bez słowa podszedł do mnie i wręczył mi swojego glocka.
– Jeżeli dla ciebie jest to za ciężkie, mogę…
W tym momencie padł strzał. Na jej czole pojawiła się dziura, a zaraz potem mnóstwo krwi. Poczułem dłoń na ramieniu. Kiedy odwróciłem wzrok zobaczyłem, że to Angie.
– Na prawdę mi przykro, była dla ciebie kimś ważnym.
Otarłem łzy i w końcu mogłem normalnie mówić.
– To właśnie ona otworzyła mi oczy na świat i pokazała realia obecnego życia. Kiedy potknąłem się i byłem z góry skazany na śmierć, to właśnie ona uśmierciła pierwszego zombie jakiego spotkałem, ratując mi tym samym życie. Nie wierzę, że leży przede mną martwa. Tyle jej zawdzięczam, a to właśnie ja musiałem wpakować jej kulkę w łeb.
– Dzięki tobie nie będzie musiała tkwić na świecie bez duszy i celu.
– W dupie to mam! – nie mogłem powstrzymać napływu agresji – Cały ten pierdolony syf zaszedł za daleko! Czemu te pierdolone trupy nie mogą już zniknąć i dać nam spokoju!?
Zapadła niezręczna cisza. Oboje patrzyli na mnie, nie wiedząc co powiedzieć. Głowa zaczęła dokuczliwie pulsować od nabrzmiałych emocji. Coraz bardziej czułem jak nadciąga ból. Ramię powoli zaczynało mnie palić. Kolejny etap zakażenia dawał o sobie znać. W pewnym momencie wszystko zaczęło wirować w okół mnie, że w końcu upadłem. Nie docierało do mnie nic. Straciłem przytomność.

 

Kiedyś i Dzisiaj

Zapewne każdy z nas ma swój własny obraz typowego zombie. Filmy czy książki tylko go potwierdzają. Oglądając nowsze produkcje, łatwo zauważyć, że stereotypowy trup – bezmyślny i powolny – dawno wyszedł z mody. W dzisiejszych czasach, umarlaki przewyższają człowieka w wielu kwestiach. Są szybsze, silniejsze, mądrzejsze…ogólnie lepsze. Granica ewolucji żywych trupów, dawno przestała istnieć. Postanowiłem ocenić to zjawisko. Czytaj dalej…