5. Sen Na Jawie

Nastała burza. Pioruny uderzały, w ziemię tworząc pożar za pożarem. Wrzask ludzi odbijał się echem od ścian budynków. Zapanował wszechobecny chaos. Zapach siarki był wszędzie. Piekło nie było w stanie pomieścić wszystkich. Tortura stała się przyjemnością, a śmierć zbawieniem. Bóg przestał być panem świata. Stał się zwykłym obserwatorem, niemającym wpływu na nasz dalszy los.
Umarli byli wszędzie. Bicia ludzkich serc, stawały się coraz cichsze, aż w końcu całkowicie zamilkły. Wszędzie leżały ciała, które po chwili zasilały szeregi zmarłych. W całym tym zamieszaniu, stałem pomiędzy nimi i przyglądałem się apokalipsie, która zebrała swoje żniwa. Wszystko straciło swój dawny kształt. Nie było słońca ani natury. Nie rozumiałem czemu to wszystko ominęło mnie szerokim łukiem. Czyżby śmierć nie miała mnie na swojej liście? Spojrzałem na dłonie i zrozumiałem jak bardzo się myliłem. Szarawy kolor, doprawiony zaschniętą krwią i wystającymi ścięgnami. Taki widok pojawił się przed moimi oczami. Bałem się dotknąć twarzy, lecz w końcu musiałem to zrobić. Byłem martwy, tak samo jak wszyscy, którzy mnie otaczali z drobnym wyjątkiem. Słyszałem swoje myśli.
Spojrzałem w bok. Ujrzałem śliczną i zgrabną blondynkę, w okół której tętniła aura życia. Stała tak na jedynym skrawku zielonej trawy, na który padał blask słońca. Najwidoczniej komuś udało się przeżyć. Mój wzrok nie był tak ostry, by móc ocenić kim ona była. Tak jak i mnie, ją też wszyscy wymijali, ale z innego powodu. Postanowiłem zbliżyć się do niej na tyle blisko, by ujrzeć twarz. Z daleka nikogo mi nie przypominała, lecz z każdym krokiem stawała się wyraźniejsza. Kiedy w końcu zrozumiałem, że to Sylwia, ze szczęścia nie mogłem uwierzyć. Ona jednak żyje! Chciałem biec, by uświadomić sobie, że to co wydarzyło się wcześniej, było zwykłym snem. Nie spuszczała ze mnie wzroku ani na chwilę. Zapomniałem nawet, że nie byłem już człowiekiem. Jedyne czego pragnąłem, to poczuć jej bliskość. Biegłem tak, gdy nagle przestałem nad sobą panować. Poczułem instynkt mordercy. W mojej głowie zaczynało wszystko wrzeć. Cały obraz zamienił się w czarną plamę. Kiedy odzyskałem kontrolę, w moich rękach pojawił się ludzki organ, kształtem przypominający serce. Modliłem się, by nie należał do Sylwii. Jednak moje modły na nic się zdały. Dostrzegłem jej ciało, z wielką dziurą widniejącą w klatce piersiowej, z której wystawały wnętrzności. Krew była wszędzie. Miała twarz skierowana w moją stronę. Padłem na kolana, nie mogąc uwierzyć w to co widzę, gdy nagle usłyszałem w głowie jej głos.
– Zrobiłeś to co musiałeś zrobić. Wiesz przecież, że przestałeś być człowiekiem i nigdy nim już nie będziesz.
Nie otwierała ust, a mimo to słyszałem co mówi.
– Zabiłeś mnie, to twoja wina!
Nie mogłem nic odpowiedzieć.
– Mówiłeś, że mnie kochasz, a teraz pożerasz moje serce!
Chciałem w końcu zrozumieć co się ze mną stało. Jakim cudem byłem martwy a ona żywa, i co się stało z moim obozem? Przecież przed chwilą siedziałem przy stole, wśród ludzi. Gdzie oni teraz są? Mój umysł znowu mnie zawodził i pokazywał obrazy, których tak na prawdę niema.
Zamknąłem oczy, by przypomnieć sobie jak tu trafiłem. Sylwia, a raczej jej ciało, cały czas mi towarzyszyła, i nie pozwalała się skupić.
– Nie próbuj wierzyć, że będzie dobrze. Ludzkość przegrała. Pogódź się z tym!
– Nie, nigdy!
– Co powiedziałeś? – głos dobiegał z zupełnie innego świata.
Ocknąłem się i ujrzałem nieznaną mi kobietę.
– Wybacz, że cię obudziłam, ale wierciłeś się przez sen. Prawdopodobnie przyśnił ci się jakiś koszmar. Może pójdź spać w normalnym miejscu, a nie tutaj na stole w stołówce?
To jednak był tylko sen.
– Tak zrobię, dziękuje za wyrwanie mnie z piekła.
– Słucham?
– Nieważne.

6. Audycja Apokalipsy

Nadal czuje, że jestem pogrążony we śnie. Czy to był znak? Czy na prawdę czeka nas taki los? Czy świat faktycznie stanie w płomieniach? Cały czas pojawiały się nowe pytania, a wcale nie przybywało odpowiedzi. Wiedziałem tylko jedno – powoli staję się jednym z nich.
Zawsze wierzyłem w przeznaczenie. Najwidoczniej traf chciał, bym przyłożył rękę do nadchodzącej zagłady ludzkości. Może to właśnie ja zabiję ostatniego żywego człowieka na ziemi. Może właśnie o tym był ten sen. Tylko co u diabła robiła w nim Sylwia? Dowiem się w swoim czasie.
Chciałem wstać i pójść w miejsce, gdzie będzie zdecydowanie mniej ludzi, lecz spojrzałem na zegarek i w jednej chwili wszystko stało się jasne. Każdego dnia o godzinie 9, zaczynała się audycja radiowa “Czas Ostateczny”. Główny, i jedyny prowadzący – Alex, każdego dnia od 9 do 10 nadawał ze swojego studia. Nikt nie wiedział gdzie dokładnie się ono mieści i jakim cudem udało mu się to osiągnąć. Nie to było teraz ważne. Ważne, że każdego ranka dawał nam nadzieję na lepsze jutro. Z reguły program zaczynał od przywitania i podania prognozy pogody. Głos miał tak łagodny, że każdy ze słuchaczy, w tym ja, czuł się zahipnotyzowany. Gdyby rozkazał ludziom by wstali i strzelili sobie w łeb, pewnie tak by zrobili.
Z powrotem usiadłem i z przyjemnością słuchałem tego, co ma nam dzisiaj do powiedzenia. Jego mowa sprawiła, że totalnie zapomniałem o moim stanie. Każdą audycję rozpoczynał tak samo.
– “Witajcie ci, którzy jeszcze mogą oddychać. Mamy godzinę 9:00 i jak każdego dnia witam się z wami ja – Alex w mojej audycji czas ostateczny. Ludzie słuchający mnie po raz pierwszy niech wiedzą, że informacje których dostarczam, są bardzo pomocne w odbudowie nowego świata”
Już sam początek wypełniał ludziom pustkę rzeczywistości. Ta jedna jedyna godzina, sprawiała, że chce się dalej żyć. Nie wiem co by się stało, gdybyśmy nie odkryli tej transmisji. Prawdopodobnie wielu z nas, nie wytrzymałoby codziennego kontaktu z tym, co nas otacza.
– “Pogoda dzisiaj zdecydowanie nam dopisuje. Termometr wskazuje 20 stopni, a na niebie nie widać ani jednej chmury. To dobra wiadomość dla tych, którzy muszą spać pod gołym niebem. Zapowiada się kolejny pracowity dzień. Pamiętajcie by nie siedzieć za długo na słońcu, bo może to mieć nieciekawe konsekwencje. Jeżeli udało wam się zdobyć kremy z filtrem i macie zamiar pracować na świeżym powietrzu, nie zapomnijcie ich użyć!”
Głupia prognoza pogody sprawiła, że wszystkim pojawił się uśmiech na twarzy. Jak widać człowiek, po utracie informacji ze świata zewnętrznego, był zagubiony i bezbronny. Odkąd pojawiła się telewizja, internet czy radio, ludzie przywykli do wygody jakie fundują im media. Nikt nie czytał gazet rozdawanych na ulicy. Nawet nie trzeba było wychodzić z domu, by wiedzieć co dzieje się w sąsiadujących państwach czy kontynentach. Dlatego wszyscy tak chętnie przychodzili posłuchać do stołówki na czas trwania programu. Nieważne czy byli starzy czy chorzy. W tej chwili, wszyscy pojawiali się w jednym miejscu przy absolutnej ciszy.
– “(…) Ostatnio doszła do mnie informacja o obozie uchodźców niedaleko Łomianek, w którym to wirus zaatakował od wewnątrz. Jeden z uczestników wcześniejszej wyprawy, nie przyznał się do faktu, iż został ugryziony. Tylko nielicznym udało się uratować z wynikłej w obozie zarazy. Pamiętajcie! Każdy, kto został zainfekowany, przemieni się i będzie chciał was zjeść! Za wszelką cenę nie dopuśćcie do takiego rozwoju wydarzeń. Nie ważne czy jest to twoja rodzina, przyjaciel, partner czy też zupełnie ktoś obcy. Natychmiast trzeba taką osobę odizolować, a najlepiej od razu unicestwić. Tylko to przyniesie pożądany skutek (…)”
Po tych słowach poczułem wzrok wszystkich na sobie. Skąd oni wiedzą co tak na prawdę się ze mną dzieje? Pomimo iż nie było takiej możliwości, to spojrzałem na rękaw czy nic nie przesiąkło. Na szczęście nie. Faktycznie byłem bardziej blady od pozostałych, ale mogło to być spowodowane wieloma czynnikami, niekoniecznie wirusem. Po chwili okazało się jednak, że nikt nie patrzy w moją stronę, a uczucie bycia obserwowanym to tylko kolejna gra mojej podświadomości.
Nie chcę spowodować zagłady naszego obozu, więc uznałem, że jedynym wyjściem było opuszczenie go. Nie chciałem tego robić, ale w tym momencie nie miałem innego wyjścia. Powoli wstałem i zmierzałem do wyjścia.
Minęły 2 godziny od wdania się infekcji do krwiobiegu. Mogę zanotować, że pierwszym objawem są potworne dreszcze i obniżona temperatura ciała. Nawet ciepła herbata nie była w stanie jej przywrócić. Kolejny etap rozpoczął się od momentu wyjścia z budynku służącego za jadalnie i pokój informacyjny w jednym. ​

Początek Ery Zombie

Wielu z nas, jest wielbicielami umarłych, którzy powrócili do świata żywych. A ilu z nas wie, skąd tak na prawdę wzieli się “zombie”? Mówi się, że ich twórcą jest George A Romero i jego “Noc Żywych Trupów” z roku 1968, lecz czy aby na pewno? Otóż nie, ponieważ historia sięga wiele lat wcześniej. W tym momencie przenieśmy się do lat 20, XX wieku, w którym to William Seabrook wybrał się w podróż na Haiti. Czytaj dalej…

logo_iminfected

O MNIE

Świat Apokalipsy Zombie jest nam wszystkim dobrze znany. Widzimy go w filmach, książkach czy grach. Ciemne niebo, ulice zalane krwią, życie na ziemi ograniczone do minimum, czyli jednym słowem absolutny chaos, a w tym wszystkim pojawiające się żywe trupy. Jest to powód by zacząć się bać? Zdecydowanie!

Jako wielki wielbiciel tego gatunku, postanowiłem stworzyć coś swojego, ale z trochę innego punktu widzenia. Nie chcę kopiować tego, co już powstało, tylko wyrazić swoje zdanie. Osobiście wzoruje się na twórczości takich osób, jak znany wszystkim George A. Romero czy Max Brooks.

Poza ocenianiem tego co już jest, zamierzam publikować opowiadanie pod jakże zaskakującym tytułem „I’m Infected”. Chciałbym podkreślić, że robię coś takiego po raz pierwszy i nie mam w tym zbyt dużego doświadczenia, ale chcę spróbować :). Liczę na sprawiedliwe komentarze – co robię źle, a co dobrze.

„Im Infected”

Warszawa, rok 2018. Nowo powstały wirus, mający na celu pomóc ludzkości, niemal doprowadził ich do całkowitego wyginięcia. Martwi zaczęli stąpać po ziemi. 2 lata później, poznajemy Dawida. Niczym nie różniącego się od otaczających go ludzi, jego zadanie było proste – przetrwać. Pewnego ranka, jego życie zostało wystawione na próbę. Najważniejszy był czas. Zostało mu 24 godziny do czasu kiedy… 😉

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rodział IX

Rozdział X

7. Alarm

   Podczas drogi do pokoju spotkałem Karola.
– Bardzo mi przykro Dawid, wiem ile ona dla Ciebie znaczyła, ale mi też nie była obojętna. Wiedziałem, że będziesz chciał tu wrócić, dlatego wraz z chłopakami zabraliśmy jej ciało. W samo południe wyprawimy jej należyty pogrzeb.
Udało mi się wymusić lekki uśmiech.
– Na prawdę ci dziękuje. Jeżeli będę mógł w jakikolwiek sposób się odwdzięczyć to mów.
– Teraz idź i odpocznij. Cały czas wyglądasz jak świeżo pomalowana ściana.
– Tak zrobię. Jeszcze raz dziękuję.
Karol odprowadził mnie wzrokiem.
Po wejściu do pokoju, od razu usiadłem na łóżku. Zapomniałem nawet, że 2 godziny temu, znajdowało się tu ciało mojej ukochanej. W powietrzu wciąż czuć było śmierć. Byłem wdzięczny Karolowi za to, że się tym wszystkim zajął.
Zmęczenie psychiczne zwyciężyło. Nie mogłem przestać myśleć. Wszystko wydawało się nierealne. Jak mogłem dopuścić by to wszystko się stało? Za każdym razem, kiedy zamykałem oczy, widziałem twarz Sylwii ze snu. W głębi duszy nie mogłem sobie tego wybaczyć. Pragnąłem śmierci tak bardzo, że wszystko inne stało się nieistotne. Los wszystkich ludzi był mi obojętny. Chciałem położyć się i nigdy nie wstać. Po co walczyć, skoro wszystko zaczynało się rozpadać? Nie walczyliśmy o to, by świat był lepszy. Ludzkie życie stało się najmniej ważnym elementem istnienia. Więc dlaczego? By nasze dzieci żyły w świecie pełnym strachu? By nigdy nie zaznały szczęścia i radości? By ciemność stała się dla nich jasnością?
Cały czas zadręczałem się tą myślą. Mrok obecnego świata przysłonił mój umysł. Nie mogłem normalnie funkcjonować. Wiele razy zastanawiałem się, jak skończyć z samym sobą. Niestety, za każdym razem strach zwyciężał. Nawet wtedy, gdy przystawiłem sobie pistolet do głowy. Byłem tak bliski by to wszystko zakończyć właśnie tu gdzie się zaczęło. Stchórzyłem. Może moja świadomość cały czas chce mi powiedzieć, że moje istnienie ma jednak jakiś sens. Gdyby tak nie było, już dawno leżałbym martwy.
Otarłem twarz z potu, chodź cały czas było mi zimno. Ręce nie przestawały mi się trząść. Nie mogłem tego opanować.
Przy łóżku widniało nasze wspólne zdjęcie. Sięgnąłem po nie i od razu uroniłem łzę. Byliśmy wtedy na działce jej dziadków. Za nami widniał piękny krajobraz polskich gór. Jej rodzice byli z pochodzenia góralami, więc często spędzaliśmy tam wolny czas. Przez chwilę poczułem zapach świeżego górskiego powietrza. Zatraciłem się we wspomnieniach.
Ze stanu, w którym byłem wyrwał mnie alarm wzywający wszystkich na plac. Ocknąłem się i od razu chciałem wybiec, jak za każdym wcześniejszym razem. Tym razem grawitacja nie była po mojej stronie. Po dwóch pierwszych krokach upadłem. Cały czas moje ciało było mi zupełnie obce. Przy drugim podejściu, było lepiej. Udało mi się wyjść z pomieszczenia, nie zaliczając kolejnej wywrotki.
Jeden ze strażników włączył syrenę alarmową, która wyła, dopóki wszyscy nie zjawili się w jednym miejscu. Dołączyłem jako ostatni, kiedy od razu dowódca zabrał głos.
– Słuchajcie mnie wszyscy! Po zdarzeniu, które miało miejsce dzisiaj z samego rana, postanowiliśmy zmienić zasady w obozie na bardziej ostrożne. Teraz po każdej misji, wszyscy członkowie wyprawy zostaną dokładnie zbadani przez naszych lekarzy. Może wydawać się to absurdem, ale nie możemy sobie pozwolić na takie incydenty. O mały włos, a jeden z nas byłby po stronie wroga. Chcemy być bardziej pewni o bezpieczeństwo swoje i wasze. Nie zrozumcie mnie źle, ale z dnia na dzień tracimy łączność z kolejnymi obozami i nie chcemy by i nasz spotkał taki los, jaki przytrafił się oddziałowi pod Łomiankami. Robimy to wszystko by żyło wam się lepiej.
Po wyczerpującej wypowiedzi, każdy spojrzał po sobie aż w końcu wszystkie spojrzenia wylądowały na mnie. W tym momencie dowódca powiedział.
– Dawid! Pozwól ze mną. Chcę abyś został dokładnie zbadany, byśmy mieli pewność, że jesteś zdrowy.
Serce zaczęło bić mi coraz mocniej. Wiedziałem jak to się skończy, ale nie wiedziałem czy byłem gotów na taki rozwój wydarzeń. Po całym zebraniu podszedł do mnie jeden ze strażników i stanął na wprost mnie.
– Szeregowy Bartłomiej Wiedeń – zasalutował – Z rozkazu naszego dowódcy, mam zaprowadzić cie na badania do naszego specjalisty. Proszę chodź ze mną.
Czułem jak wszystko w środku wywraca się do góry nogami. Każdy narząd zmienił swoje obecne położenie. Nie mogłem teraz uciec bo byłem na widoku wszystkich. Nie zostało mi nic innego jak pójść za nim nie wzbudzając niczyich podejrzeń.

9. Ucieczka

Jeszcze nigdy nie musiałem posunąć się do takiego czynu, lecz w tych czasach już nic mnie nie dziwiło. Patrzyłem na swoje ręce, które aż drżały na myśl o tym, co mogło się stać. Człowiek w genach ma zapisaną walkę o własne życie i właśnie tego doświadczyłem. Teraz już sam podążałem w stronę swojego pokoju. Nie było wyjścia, musiałem się spakować i uciekać jak najdalej. Kiedy już widziałem zarys budynku, usłyszałem znajomy głos.
– Dawid poczekaj!
Spojrzałem w kierunku, z którego dobiegał i widziałem biegnącą Sarę. Nie miałem za bardzo czasu na pogawędki, nie miałem już czasu na nic.
– I co w końcu Ci zrobili? Słyszałam, że teraz każdy musi przejść przez coś takiego.
– Wybacz, ale bardzo się spieszę.
– Co ci się stało? Wyglądasz jakoś inaczej.
– Kiedy indziej ci wytłumaczę, teraz muszę iść.
Zostawiłem w tyle Sarę. Musiałem pożegnać się z obecnym życiem. Wiedziałem, że to co teraz robię może ocalić nie tylko Sarę, ale i cały obóz. Nadszedł czas bym pozostał sam.
Nie odwracając się wszedłem do pokoju. Chwyciłem pierwszą torbę jaką miałem pod ręką i zacząłem pakować wszystko to, co wydało mi się najpotrzebniejsze. Mimo iż zostało 21 godzin życia, to czułem, że chcę mieć przy sobie parę drobiazgów. Pierwszą rzeczą, o której nie mogłem zapomnieć, było zdjęcie z Sylwią. Biorąc je do ręki, spojrzałem na jej pozbawioną śmierci twarz. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo mi jej brakuje. W ciągu jednej sekundy moje życie się zmieniło. Najpierw straciłem ukochaną a niedługo sam do niej dołączę. Nie wiedziałem sensu tego wszystkiego, ale pomimo tego chciałem walczyć o swoje życie. Wziąłem jakieś ubranie, trochę puszkowanego jedzenia, 3 butelki wody pitnej i pistolet z zapasowymi 2 magazynkami, kiedy usłyszałem za sobą męski głos.
– A ty gdzie się wybierasz?
To był Karol. Mój najlepszy przyjaciel. Pierwszy raz od początku zarazy, nie ucieszyłem się na jego widok.
– Spotkałem Sarę po drodze do ciebie. Powiedziała mi, żebym zobaczył co się z tobą dzieje. Podobno dziwnie się zachowujesz.
– Proszę, odejdź i zapomnij, że mnie widziałeś.
– Co się dzieje?
– Nie mogę… ja na prawdę…
– Mi możesz powiedzieć wszy…
– Jestem zarażony.
Zapadła grobowa cisza.
– Nie udało mi się wyjść cało dzisiaj rano. Ugryzła mnie.
– Dawid… ja… ja muszę o tym powiedzieć dowódcy.
– On mnie zabije jeżeli tylko się o tym dowie.
– A jeżeli dowódca ma lek? Jeżeli wie jak ci pomóc?
– Wiesz, że to nieprawda.
– Proszę daj sobie pomóc. Jeżeli jest nadzieja to jest ona tutaj.
– Naprawdę wierzysz w to, że jest lekarstwo? Obudź się w końcu Karol! To nie jest pierdolona gra, w której wystarczy za pomocą jebanego klawisza pozbyć się zarazy. To jest życie! Zrozum to wreszcie! – sam przestraszyłem się swojego głosu.
– Przykro mi Dawid, znasz procedurę.
– Nie zrobisz tego.
– Owszem zrobię. Jeszcze mi za to podziękujesz.
– Wybacz – w tym momencie Karol upadł na podłogę łapiąc się za nogę – nie chciałem by to tak się skończyło.
Pocisk wbił się w łydkę, zostawiając w nodze dziurę sporej wielkości. Krew zaczęła powoli wyciekać z rany, a wrzask Karola był coraz bardziej donośny. Byłem na siebie wściekły, że zostawiłem go w takim stanie, ale na pewno ktoś go w końcu usłyszy i odpowiednio się nim zajmie. W tym czasie ja będę układać moje nowe, krótkie życie w innym miejscu.
Gdy już zostawiłem obóz daleko za sobą, stanąłem i odwróciłem się. Wtedy po raz ostatni widziałem swój dom, swoich przyjaciół i innych otaczających mnie ludzi. Nie pozwoliłem sobie na chwilę zwątpienia i podążyłem dalej ścieżką, prowadzącą w nieznany mi nowy, gorszy świat.

8. Ostateczna Decyzja

To co w tej chwili działo się w mojej głowie, było nie do opisania. Słyszałem każdy krok żołnierza idącego przede mną. Ziemia drżała mi pod nogami. Czułem się jak skazaniec podążający na egzekucję. Świat oddalał się coraz bardziej. W pewnym momencie nogi nie pozwalały mi iść dalej. Czas zatrzymał się w miejscu. Wiedziałem, że jak teraz czegoś nie zrobię, to zginę i to nie z rąk zombie. Przynajmniej w tym momencie.
W jednej ze swoich wizji, która właśnie mi się objawiła, widziałem jak umieram. Krew ściekała po ścianach gabinetu do którego podążaliśmy. Kiedy moje ciało leżało martwe na podłodze, do lekarza przyszedł dowódca i wyciągając dłoń, dziękował za przyłożenie się do bezpieczeństwa obozu.
Nie mogłem tam wejść. Nie uda mi się ukryć przed nimi tego co się stało. Muszę uciekać. Nie było czasu na opracowanie szczegółów. Jedyne co mi stało na przeszkodzie, to szeregowy Bartłomiej Wiedeń.
– Dlaczego stoisz? Coś się stało?
– Nie mogę.
– Słucham?
– Po prostu nie mogę.
– Nie rozumiem.
Spojrzałem mu prosto w twarz. Nie był wcale dużo starszy ode mnie, miał może z 26 lat. To raptem 2 więcej niż ja. Szkoda, że nie dożyję tego wieku, ale nie chciałem się o tym teraz przekonywać.
Stojący naprzeciwko mnie mężczyzna, miał w sobie dużo cierpienia. Słyszałem, że oczy to zwierciadło duszy. Jeżeli to prawda, to jego wypełniona była bólem i nienawiścią, chodź zdecydowanie górował strach.
– Jeżeli tam wejdę to już nie wrócę.
– Skąd taki pomysł? To tylko rutynowe badanie, czysta formalność.
– Dzisiaj rano obiecałem sobie, że zrobię wszystko by znowu stać się człowiekiem.
– O czym ty mówisz?
– Nie zrozumiesz tego – po chwili zastanowienia byłem już pewny – Niestety będziesz musiał przekazać dowódcy, że nie dopełniłeś jego polecenia.
Nie udało mu się powiedzieć ani słowa więcej, ponieważ stracił przytomność. Jeden precyzyjny cios i już nikt nie będzie mógł mi przeszkodzić, w odnalezieniu własnego siebie. Nie byłem szczęśliwy z tego co zrobiłem, ale nie miałem wyjścia. Ocknie się za jakieś 20 min, a mnie do tego czasu już nie będzie.