4. Zanim Zaszło Słońce

   To wspomnienie wraca w snach. Dzień, który miał swoje barwy, wyraźne i ciepłe. Wiele razy modlę się o to by wrócił, lecz gdy otwieram oczy, widzę wszechobecną zagładę. Wszyscy cieszyli się za każdym razem, gdy mogli wyjść na zewnątrz, do ludzi i otaczającego ich piękna. Na twarzach widniało szczęście, a na niebie spokój. Największym zmartwieniem był ciężki dzień w pracy, a i tak po nim wracało się do rodziny czy przyjaciół. U mnie nie było inaczej. Miałem wszystko to, co normalny człowiek mógł sobie wymarzyć. Mieszkanie, samochód, kobietę moich snów i ludzi, którzy nigdy by mnie nie opuścili. Wszystko spokojnie gnało do przodu. Nieubłaganie czas mijał, otaczając nas dobrocią obecnego życia.
Tego ranka w telewizji, bez przerwy nadawali informację, o nowo powstałym ośrodku specjalizującym się w chorobach zakaźnych w Warszawie. Gdzie nie spojrzałem tam widniały reklamy. Każda rozgłośnia radiowa i strona internetowa trąbiła tylko o tym. Informacja doszła nawet do osób, które się tym nie interesowały. Było to wiekowe wydarzenie. Nigdy wcześniej nie było tak głośno o Polsce, jak w tej chwili. W końcu wybiliśmy się ponad wszystkie kraje europejskie. To my pierwsi postanowiliśmy rozpocząć takie przedsięwzięcie i udało się. Jeszcze nikt nie wiedział do czego to doprowadzi.
Nadzieja, jaka narodziła się w ludziach nie znała granic. Dla wielu taka organizacja dawała wiarę w dalsze, normalne życie. Ledwo co wszystko zostało ukończone, gdy kolejki na poszczególne badania nie miały końca. Najbliższe wolne terminy, dostępne były (w najlepszym razie) po wielu miesiącach. Wszyscy bez względu na koszty chcieli się tu dostać.
Nigdy mi nic nie dolegało, dlatego cała ta akcja przeszła centralnie obok mnie. Natomiast niezależnie od miejsca, w którym się znalazłem, ludzie nie mieli innych tematów. Każdego interesował dalszy ciąg całej tej inicjatywy. Oczywiście byli i tacy, którym to wszystko nie odpowiadało i za wszelką cenę chcieli to zamknąć. Krążyły plotki, że wszystkie leki wcześniej zostały testowane na zwierzętach. Ludzie lubili dopowiadać swoje historie, byle by to oni byli w kręgu zainteresowań. Demonstracje pod budynkiem stały się codziennością. Nikt nie mógł nic poradzić. W tamtych czasach, chyba nikt nie był w stanie dogodzić człowiekowi. Zawsze znajdzie się ktoś, komu nic się nie podoba.
Pogoda była nieco chłodniejsza niż dzisiaj, lecz nadal było przyjemnie. Wybraliśmy się wraz z moją dziewczyną – Sylwią – na spacer. Ławka w parku była dla nas ciekawsza, niż kanapa w domu, zwłaszcza, gdy pogoda sprzyjała spędzaniu wolnego czasu w ten sposób. Los chciał, że całe to centrum było całkiem niedaleko od parku, w którym byliśmy. Wciąż dobiegały do nas słowa krytyki od niezadowolonych obywateli, sprzeciwiającym się prowadzonym tam badaniom. Staraliśmy się nie zwracać na to uwagi i spędzić przyjemnie wspólny dzień.
Postanowiliśmy udać się na kawę do pobliskiej knajpki. Zajęliśmy stolik na zewnątrz i jak zwykle cieszyliśmy się swoim towarzystwem. Z radia, które do tej pory wydawało z siebie przyjemne dźwięki relaksującej muzyki, dobiegł komunikat.
– „Zbliża się godzina 12. Z ostatniej chwili. W centrum dspr. chorób zakaźnych w Warszawie, lekarze twierdzą, że w końcu udało im się uzyskać lekarstwo na złośliwy nowotwór mózgu. Zdaniem specjalistów, wystarczyło odpowiednio zmodyfikować wirus HCV*, tak by za pośrednictwem krwi, dostał się bezpośrednio do mózgu i wyeliminował nowotwór bez konieczności operacji. Wszystko jest w trakcie badań, lecz lekarze są dobrej myśli. Będziemy was informować na bieżąco. Dziękuje za uwagę, mówił dla was…”
Głos reportera wyrwał mnie z obecnego stanu. Kiedy komunikat dobiegł końca, spojrzałem na Sylwię, ona również wyglądała na zamyśloną. W końcu postanowiła odezwać się pierwsza.
– Jak myślisz, uda im się coś osiągnąć? – zaskoczyło mnie jej pytanie, odbiegało od tematu, które przed chwilą poruszaliśmy.
– Staram się o tym nie myśleć. Nie chcę tylko by wynikło z tego jakieś nieporozumienie, a tak to niech robią co chcą. Jest mi to zupełnie obojętne.
Uśmiech, który pojawił się w tej chwili na jej twarzy, sprawił, że od razu stałem się szczęśliwszym człowiekiem. Wiedziałem, że ten dzień zaliczę do udanych, Ta myśl, tkwiła we mnie aż do wieczora, gdy wróciłem do siebie. Mieszkałem z moim przyjacielem – Karolem. Obaj nie wiedzieliśmy, co powoli zaczyna grasować po ulicach naszego miasta. Niebo stało się ciemniejsze i zasłonięte chmurami. Patrzyliśmy na to z niedowierzaniem. W końcu jeszcze godzinę temu świeciło słońce. Coś było nie tak.
Dzisiaj była moja pora na wyjście ze śmieciami. Wziąłem je i wyszedłem przed blok. Zazwyczaj o tej porze przy kontenerach buszowali bezdomni w poszukiwaniu czegoś cennego, lecz tym razem ich nie było. Miałem złe przeczucia, które lada moment miały się objawić. Podszedłem troszkę bliżej i zobaczyłem świeżą krew na pojemniku z makulaturą. Rozejrzałem się i w pobliżu nie było żywej duszy. Nie wiedziałem co to wszystko ma znaczyć. Starałem się nie wyobrażać sobie nic złego. Szybko pozbyłem się worka i szybkim krokiem podążałem w stronę mieszkania.
Wracając ujrzałem, że w klatce obok ktoś uderza o drzwi wejściowe. Szyba, która dzieliła mnie od wejścia była fabrycznie rozmazana, więc nie widziałem kto to jest. Postanowiłem podejść bliżej i przyjrzeć się całemu zdarzeniu. Ktoś po drugiej, stronie coraz mocniej się dobijał, kiedy w końcu szyba pękła na wiele drobnych kawałków. Odruchowo odskoczyłem do tyłu i dzięki temu żaden odłamek mnie nie dosięgnął. Po zajściu chciałem zajrzeć do środka, by upewnić się czy aby na pewno nikomu nic się nie stało. W miejscu, w którym wcześniej znajdowała się szyba, teraz wystawała zakrwawiona ręka. Powoli zbliżałem się do drzwi, gdy wystająca część ciała zaczęła drgać. Chciałem sprawdzić czy należąca do niej osoba jest przytomna.
Kiedy w końcu zajrzałem do środka, nie wiedziałem co myśleć. Krew znajdowała się nie tylko na ręce, lecz na całej twarzy i ubraniu. Z niedowierzaniem patrzyłem na mężczyznę, do którego owa ręka należała. Jego oczy w pewnym momencie się otworzyły. Spojrzenie jakim mnie obdarował nie należało do normalnych. Pełne było pustki i ta mgła… Właśnie tak wyobrażałem sobie wzrok śmierci. Nie minęła chwila, a skoczył z powrotem do drzwi, tylko tym razem był w stanie się wydostać. Cały czas nie mogłem uwierzyć w to co się dzieje. Nie dość, że przed chwilą wybił szybę własną dłonią, to jeszcze za wszelką cenę próbował wyjść na zewnątrz nie zważając na rany? To nie mógł być człowiek.
Podniosłem wzrok na Angie.
– To był mój pierwszy kontakt z zombie. Nie była to osoba mi bliska, lecz gdyby nie szczęście, nie rozmawialibyście teraz ze mną.
Na ich twarzach pojawiło się wiele różnych emocji. Ciężko było je wszystkie odczytać.
– Co było dalej?
– Wtedy poznałem moją przyjaciółkę Sarę. To właśnie ona mnie uratowała.

* wirus HCV jest przyczyną wirusowego zapalenia wątroby typu C.

Wywiad z Wiktorem Kiełczykowskim

Zapewne większość z was, miała okazję słyszeć już o nowo powstającej Polskiej produkcji, o post-apokaliptycznym świecie pełnym zombie? Ja również.
Chcąc dowiedzieć się więcej, postanowiłem porozmawiać o tym z reżyserem i pomysłodawcą serialu – Wiktorem Kiełczykowskim. Opowie nam o tym co było, jest i będzie. Zainteresowani? Zapraszam 😉 Czytaj dalej…

5. Zdrada

   Na środku pokoju pojawiła się wielka kałuża krwi. Nie można było powstrzymać krwawienia. Kula przeszła na wylot, pozostawiając dość paskudną ranę.
Twarz Karola była coraz bardziej blada. Na całe szczęście lekarz był już przy nim. Po wielu minutach, w końcu udało się założyć opatrunek. Jak na obecne czasy, obozowy lekarz był bardzo dobrze zaopatrzony w przybory do pierwszej pomocy. Z reguły przy wypadach po zaopatrzenie, znajdowało się wiele lekarstw, bandaży i wielu innych niezbędnych rzeczy, ale aż tyle? Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi, było zbyt wiele innych spraw, by przejmować się tym.
W drzwiach pojawiła się Sara. Widząc całe zajście, nie mogła uwierzyć, że to wszystko zrobił Dawid. Fakt, że odkąd wstał dziwnie się zachowywał, ale by dopuścić się takiego czynu? Postrzelić własnego przyjaciela? Wszystko to co mówił Karol, było niewiarygodne.
– Jak to nas zdradził? – dowódca był w wielkim szoku, nie spodziewał się tego po jednym ze swoich najlepszych ludzi.
– Normalnie – Karol zeznawał przy głównej radzie – Poszedłem do jego pokoju i zobaczyłem, że się pakuje. Gdy chciałem go powstrzymać, to ten skurczybyk wyciągnął pistolet i postrzelił mnie w nogę – ruchem ręki wskazał na świeży opatrunek – raczej nie zrobiłem sobie tego sam.
– Na pewno miał jakiś powód by dopuścić się do takiego czynu – do rozmowy przyłączyła się Sara – znamy go wszyscy i wiemy, że nigdy by nas nie zdradził. Nie on.
Chcąc przekonać wszystkich, dołączyła do zgromadzenia. Nie spotkała się jednak z poparciem.
– Dowody mówią co innego. Postrzelił naszego człowieka a potem uciekł. Co to mogło oznaczać, jak nie zdradę?
– Karol. Przecież znasz go najlepiej z nas wszystkich. Myślisz, że mógłby to zrobić bez konkretnej przyczyny?
Z zakłopotaniem spojrzał na Sarę. W jego oczach widać było wiele zmartwień, oraz pytań, na które nigdy nie otrzyma odpowiedzi.
– Czasy się zmieniły. Ciężko teraz stwierdzić kto jest dobry a kto zły. Nawet najbliżsi byliby w stanie wbić ci nóż w plecy – zapadła chwila ciszy, po czym Karol kontynuował – sam nie mogę w to uwierzyć, ale stało się.
Nie była w stanie udowodnić im, że się mylą. Nie pierwszy raz czuła się bezsilna. Jedno było dla niej pewne, Dawid musiał mieć jakiś powód. Tylko jaki? Bez słowa opuściła pomieszczenie. Musiała dać sobie chwilę, by wszystko przemyśleć. Wychodząc usłyszała tylko słowa dowódcy.
– Musimy wysłać za nim patrol, za dużo wie. Jeżeli faktycznie nas zdradził, lada moment możemy mieć tutaj towarzystwo. Trzeba zrobić wszystko by sprowadzić go z powrotem, żywego lub martwego.
Słysząc to, serce stanęło jej w gardle. Żyła w tym świecie już na tyle długo, by przyzwyczaić się do panujących tu reguł. Tym razem przeczucie mówiło jej, że Dawid jest niewinny i musiała go odnaleźć pierwsza.
Będąc w pokoju i pakując się do wyprawy, dopadła ją pewna myśl. Powoli docierało do niej co mogło się wydarzyć. Cały ten stan, w którym Dawid znajdował się od rana coś jej przypominał. Nie wiedziała jeszcze co.
– Przecież on został ugryziony!
Nie zdawała sobie sprawy, że powiedziała to nagłos. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu, by mógł to usłyszeć. Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. Rano było ciepło, a mimo to ubrał się w koszulę z długim rękawkiem. Jego ręce były lodowate. Cały był blady. Siedząc na łóżku, nie wiedziała co z tym zrobić. Skoro został zainfekowany, to w najlepszym razie zostało mu 24 godziny życia. Chyba, że uda się do miasta… To właśnie chciał zrobić. Dlatego uciekł. Był tak zdesperowany, że postrzelił swojego przyjaciela, by mieć szanse na dalsze życie. Ta decyzja musiała go dużo kosztować.
Spakowała do końca plecak i wybiegła z pokoju. Musiała wydostać się z obozu i podążać szlakiem uciekiniera. Trzeba było go ostrzec przed zbliżającym się niebezpieczeństwem i to właśnie była jej misja.

6. Na Krańcu Światów

   Z zewnątrz przypominał człowieka, lecz w środku na pewno nim nie był. Zachowaniem upodabniał się do zwierzęcia, dla którego jedynym celem w życiu, było zdobycie pożywienia. W jego oczach widać było mgłę przesłaniającą duszę.
Kiedy powoli cofałem się do tyłu, potknąłem się o krawężnik. W tym momencie byłem w pułapce. Obcy wciąż podążał w moją stronę, wydając dziwny skrzek. Kiedy był na tyle blisko, bym poczuł jego swąd, wtedy…
Potworny krzyk dobiegł z okolic krzaków, znajdujących się zaledwie 200m od nas. Od razu zerwaliśmy się na równe nogi i wyciągnęliśmy broń. Rozglądaliśmy się w poszukiwaniu nieproszonych gości. Krzyk coraz bardziej przybierał na sile.
– Słyszeliście to? Brzmiało jak kobieta.
Spojrzeliśmy po sobie po czym zrozumiałem jedno.
– Zaraz… ja znam ten głos.
Nie zastanawiając się dalej, pobiegłem w miejsce, skąd dobiegał hałas. Angie i Krzysiek od razu ruszyli za mną. W myślach błagałem bym miał omamy i głos jaki słyszałem nie należał do…
Obraz, który objawił mi się przed oczami, wstrząsnął mną do końca. Padłem na kolana i z niedowierzaniem patrzyłem jak 3 zombie wgryza się w ciało kobiety. W pewnym momencie złość, która we mnie narastała ujrzała światło dzienne. Podniosłem broń, i wycelowałem w stronę stworów. Nie panowałem nad sobą. W mgnieniu oka opróżniłem cały magazynek, a żadna wystrzelona przeze mnie kula nie trafiła ich w głowę. Nim dotarło do mnie to co przed chwilą zrobiłem, oni byli już na wprost mnie. Wygłodniali ruszyli w moją stronę, chcąc pożreć i mnie. Na całe szczęście moi nowi towarzysze, pojawili się w odpowiednim momencie i precyzyjnymi strzałami, wyeliminowali cel.
Ból jaki we mnie narastał, był nie do zniesienia. Pierwszy raz od bardzo dawna zachciało mi się płakać. Spoglądając na ciało leżące niedaleko mnie udało mi się wydusić słowa przez łzy.
– To ona…
Oboje spojrzeli na zmasakrowane, lecz wciąż żywe ciało.
– Kto taki?
– To Sara.
Łzy same napływały mi do oczu. Co ona tu robiła? Przecież była bezpieczna w obozie. Nawet dzisiaj nie było zaplanowanego żadnego wypadu po zapasy. Więc dlaczego? Dlaczego wyszła na zewnątrz i naraziła się na niebezpieczeństwo?
Cichy szept dobiegał od strony konającej Sary. Podszedłem bliżej by usłyszeć co mówi. Jej policzek był nadgryziony a na ręce widać było fragment kości. Najwidoczniej napastnicy dawno nic nie jedli.
Gdy nachyliłem się nad jej twarzą, usłyszałem tylko lekki świst. To była kwestia sekund, kiedy powróci na świat po tamtej stronie. Pomyśleć, że mogłem tak samo skończyć, kiedy rano Sylwia mnie ugryzła. Nie mogłem pozwolić, by powróciła jako zombie. Poprosiłem Krzyśka, by podał mi swój pistolet. Bez słowa podszedł do mnie i wręczył mi swojego glocka.
– Jeżeli dla ciebie jest to za ciężkie, mogę…
W tym momencie padł strzał. Na jej czole pojawiła się dziura, a zaraz potem mnóstwo krwi. Poczułem dłoń na ramieniu. Kiedy odwróciłem wzrok zobaczyłem, że to Angie.
– Na prawdę mi przykro, była dla ciebie kimś ważnym.
Otarłem łzy i w końcu mogłem normalnie mówić.
– To właśnie ona otworzyła mi oczy na świat i pokazała realia obecnego życia. Kiedy potknąłem się i byłem z góry skazany na śmierć, to właśnie ona uśmierciła pierwszego zombie jakiego spotkałem, ratując mi tym samym życie. Nie wierzę, że leży przede mną martwa. Tyle jej zawdzięczam, a to właśnie ja musiałem wpakować jej kulkę w łeb.
– Dzięki tobie nie będzie musiała tkwić na świecie bez duszy i celu.
– W dupie to mam! – nie mogłem powstrzymać napływu agresji – Cały ten pierdolony syf zaszedł za daleko! Czemu te pierdolone trupy nie mogą już zniknąć i dać nam spokoju!?
Zapadła niezręczna cisza. Oboje patrzyli na mnie, nie wiedząc co powiedzieć. Głowa zaczęła dokuczliwie pulsować od nabrzmiałych emocji. Coraz bardziej czułem jak nadciąga ból. Ramię powoli zaczynało mnie palić. Kolejny etap zakażenia dawał o sobie znać. W pewnym momencie wszystko zaczęło wirować w okół mnie, że w końcu upadłem. Nie docierało do mnie nic. Straciłem przytomność.

 

Kiedyś i Dzisiaj

Zapewne każdy z nas ma swój własny obraz typowego zombie. Filmy czy książki tylko go potwierdzają. Oglądając nowsze produkcje, łatwo zauważyć, że stereotypowy trup – bezmyślny i powolny – dawno wyszedł z mody. W dzisiejszych czasach, umarlaki przewyższają człowieka w wielu kwestiach. Są szybsze, silniejsze, mądrzejsze…ogólnie lepsze. Granica ewolucji żywych trupów, dawno przestała istnieć. Postanowiłem ocenić to zjawisko. Czytaj dalej…

1. Przebudzeni

Wszystko działo się tak szybko, czas pędził nieubłaganie. Dzień zamieniał się w noc, a ludzie z dnia na dzień stawali się zupełnie kimś innym. Nic nie było już takie, jak kiedyś. Każdy myślał już tylko o sobie. Każdy chciał uciec jak najdalej od otaczającego go świata. Emocje przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, wszyscy zapomnieli czym jest szczęście, radość i miłość… Teraz liczyło się tylko jedno – przetrwanie. Nie można było polegać na najbliższych. Przyjaciele i rodzina stali się największymi wrogami. Słońce nie świeciło już tak jasno, a noc nigdy nie była bardziej ciemna. Nie było czasu na rozmyślanie o tym, co by było gdyby… Każda godzina, minuta i sekunda decydowały o tym, kim lub czym się staniesz. Świat stanął w ogniu i nikt nie przybył z pomocą. Całe życie na planecie zamieniało się w pył, w nic nie znaczący element rozkładu. To co pamiętasz już nie istnieje i nigdy nie powróci… Życie straciło sens a mimo to walczysz o to by żyć. Słowo “nadzieja” już dawno zniknęło, a “śmierć” przybrało na sile, lecz gdy pytasz “dlaczego ?” nikt nie jest w stanie ci odpowiedzieć.
Tak właśnie teraz wygląda mój świat. Już nie pamiętam co było przed rozprzestrzenieniem się zarazy, która pochłonęła wszystko to, na czym mi zależało. Nie pamiętam nawet jak wygląda twarz mojej matki. Zapomniałem też, czym jest szczęście. W tym świecie wiele słów zmieniło swoje pierwotne znaczenie. Dzisiaj radością jest fakt, że wciąż żyjesz i nie stałeś się jednym z nich. Ciągła myśl o tym, że w każdej chwili może przyjść twoja kolej, nie dawała spokoju nikomu. Niektórzy nie mogli żyć z ciągłym strachem przed zbliżającą się śmiercią, więc popełniali samobójstwo. Jedni robili to poprzez strzał w głowę, inni przez upadek z wysokości. Ciężko zliczyć w tym momencie dokonania tych wszystkich ludzi, było ich zbyt wielu. Ci którzy pozostali przy życiu, stali się zwierzętami. Byli w stanie zabić drugą osobę tylko po to, by zdobyć ich buty. Ludzkość popadła w szał bycia ciągle lepszymi i właśnie to ich zgubiło. Chęć przewyższenia stwórcy nie mogła pójść dobrze, ale kto mógł o tym wiedzieć? Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, było już za późno. Wirus zbyt szybko przedostał się do naszego, niegdyś spokojnego świata. Zapanował chaos, niszczycielska siła, która zapanowała na tyle, by w 2 lata pozbawić życia 60% ludzkich istnień na świecie. Powoli lecz nieubłaganie zbliżał się koniec.
W tym wszystkim pojawiam się ja. Zwykła ludzka istota. Nie posiadam nadludzkich zdolności i wątpię abym to właśnie ja, uratował świat przed całkowitą zagładą. Czym więc różnię się od wszystkich tych, którzy jeszcze walczą i kryją się po kątach? Otóż tym, że przed chwilą zostałem ugryziony przez jednego z “nich”

2. Strach

Nie był to byle kto, lecz osoba, która jako jedyna sprawiała, że wciąż byłem człowiekiem. Dzięki niej potrafiłem wierzyć, że kolejny dzień będzie tym, który przyniesie zbawienie, i przywróci blask słońca.
Krew… Czerwona plama pojawiła się w miejscu ugryzienia. Czułem potworny ból i pieczenie. Nigdy nie przypuszczałem, że człowiek fizycznie jest zdolny do tego, by tak mocno wgryźć się w mięsień. Ale ona nim już nie była. Jej człowieczeństwo przestało istnieć wraz z nadejściem dzisiejszego dnia. Gdy patrzę teraz tak na nią, gubię się we własnych myślach. Co teraz zrobię? gdzie się podzieje? gdzie znajdę mój mały świat bez bólu i strachu. Przez moment wszystko stało się jedną wielką czarną plamą. Wszystkie myśli połączyły się w jedną, nieposiadającą żadnej konkretnej formy.
Czas stoi w miejscu, a w mojej głowie brzmi tylko jej imię… Sylwia… coraz głośniej i wyraźniej, odbija się echem od dna mojego umysłu… Sylwia… Cały czas mam wrażenie, że to tylko zły sen, który minie i wszystko wróci do normy. Dlaczego ona? czemu ten świat nie zna umiaru w wyrządzaniu krzywd?
Boje się… wiem jak wszyscy kończą po ugryzieniu, i wiem, że ze mną nie będzie inaczej. W tej chwili całe moje życie przemknęło mi przed oczami. Zobaczyłem, że kiedyś niebo potrafiło być niebieskie, a trawa zielona. Przypomniało mi, że kiedyś ludzie potrafili żyć wspólnie i nie musieli martwić się o kolejny dzień.
Ile czasu mi zostało? Mam go liczyć w minutach? sekundach? dniach? a może to się stanie teraz? Patrzę po pokoju i widzę lustro, lecz jest zbyt daleko bym mógł zobaczyć swoje odbicie. Chcę wstać i stwierdzić, czy nadal jestem żywy, ale całe moje ciało jest zbyt ciężkie bym mógł je unieść.
Na 18 urodziny otrzymałem od matki zegarek, który służył mi do tej pory. Nic szczególnego, był srebrny i niegdyś błyszczący. Kiedy na niego spojrzałem, w diamentowej tarczy ujrzałem swoją twarz, była blada niczym ściana, lecz wciąż należała do człowieka. Nie wiem co miałem o tym myśleć, bo nie wiem ile ten stan mógł jeszcze potrwać.
Strach nie odstępował mnie o krok. Ściany zaczynały się zbliżać i zgniatać mnie ze wszystkich stron. Cała ta sytuacja nie podziałała korzystnie na moją psychikę. W takich momentach najlepiej mieć przy sobie kogoś, i faktycznie nie byłem sam. Ona wciąż tu leżała, i wpatrywała się we mnie matowym spojrzeniem. Przez chwilę wydawało mi się, że na jej twarzy pojawia się uśmiech. Mówiła do mnie.
– Już niedługo mój ukochany, będziemy mogli być razem na wieczność – jej słowa brzmiały tak realistycznie, że przez chwilę pomyślałem, że żyje. Prawda była zupełnie inna.
Coraz większa czerwona plama na koszuli zaczęła mnie niepokoić. Nie chciałem tego robić, lecz musiałem w końcu spojrzeć na ranę. Kiedy to zrobiłem, od razu zakręciło mi się w głowie. Sufit zaczął zlewać się z podłogą. Rana była głęboka, i sączyła się z niej krew. Musiałem w końcu coś zadziałać, bo powoli opadałem z sił. Obok łóżka znalazłem kawałek urwanego prześcieradła. Było stare, i już dawno rwało się na wiele kawałków. Owinąłem nim ranę, by powstrzymać krwawienie. Nie miałem czym jej odkazić, ani z czego zrobić normalny opatrunek, więc ten był tymczasowy. Zmieniłem koszulę wciąż nieświadomy tego co się dzieje. Cały czas byłem pod wpływem adrenaliny, więc nie zdawałem sobie sprawy, jaki ból musiał towarzyszyć mi przy zakładaniu opatrunku.
Gdy czas w końcu wrócił do normy, a całe zajście nie powracało nieustannie w mojej głowie, usłyszałem walenie do drzwi. Po chwili ustąpiły, a do środka wpadł Karol.
– Słyszałem… – w tym momencie ujrzał ciało Sylwii – co tu się stało!? – nie byłem w stanie odpowiedzieć mu, co tu dokładnie zaszło. Cały czas ciało odmawiało mi posłuszeństwa.
– Hej, Dawid! słyszysz mnie? nic ci nie jest? ugryzła cie?
W tej chwili mogłem powiedzieć tylko jedno.
– Nie.