Świt Żywych Trupów (2004)

Pierwszy remake  „Świtu Żywych Trupów” z roku 1978. Ponownie znajdziemy się w wielkim centrum handlowym, chcąc przetrwać natarcie hordy wygłodniałych trupów. W tej odsłonie wiele się zmieni, na pewno nie na korzyść bohaterów… Tym razem za pomocą  Zacka Snyder’a, przeniesiemy się w odnowiony świat, stworzony przez Georga Romero. Nazwisko bardziej kojarzy się z filmem „300”, ale to właśnie on, po prawie 30 latach, wrócił do klasycznego horroru i pokazał go w innym świetle. Co z tego wyszło? Kawał dobrej roboty!

Już od pierwszych sekund trwania filmu, wiemy, że fabuła potoczy się zupełnie inaczej, niż w pierwowzorze. Przede wszystkim, główną różnicą jest fakt, że zombie apokalipsa dopiero się zaczyna. Nikt nie wie co się dzieje i dlaczego. Dość ciekawy początek. Już w tym momencie, wiemy, że „Noc…” nigdy nie nadeszła.

Bohaterowie przed wybuchem ogólnoświatowej zagłady, nigdy się nie znali. Połączył ich jednak główny cel – przetrwać. Dzięki takiemu posunięciu, możemy obserwować proces integracji drużyny, w którym może wydarzyć się wszystko – niekoniecznie coś dobrego.

Przejdźmy do kwestii zagrożenia. Nie doświadczymy tu walki ludzi pomiędzy innymi ludźmi – poniekąd – ale reżyser zdecydował podkręcić zombiaki by te… biegały! Chyba pierwszy film, w którym trupy potrafiły dogonić człowieka, jak ten uciekał. Nie ma tu żadnej ewolucji. Jak wspomniałem wcześniej, akcja dzieje się na początku apokalipsy, więc umarli od chwili powstania tacy są.

W pierwowzorze sceneria robiła spore wrażenie. Tu nie jest inaczej. Całe centrum handlowe przypomina te, do których możemy się wybrać. Wszystkie sklepy wyposażone są tak, jakby zaraz mieli się pojawić klienci. Jednak obszar, w którym poruszali się bohaterowie, został znacznie zwiększony. Nowymi lokacjami były parking, oraz miasto, z którego wszyscy próbowali uciec.

Akurat ten film darzę specjalną sympatią, ponieważ był on chyba pierwszym filmem o zombie, jaki widziałem. Obejrzałem go będąc jeszcze dzieciakiem i wtedy robił na mnie wrażenie… prawdę mówiąc nadal robi. Dopiero potem dowiedziałem się, że jest on remakem.

Przyszedł czas, by trochę oczernić produkcję. Mamy kultowy tytuł, mamy hordy zombiaków, a mimo to bardziej czułem, że to film akcji niż typowy zombie-movie. Jasne, mamy inny rok, inne zapotrzebowanie widza, ale zbyt dużo strzelania, biegania itd. Rozwój wewnętrzny bohatera spadł bardziej na drugi plan – nie mogę powiedzieć, że go nie było, bo bym skłamał, ale został on zasłonięty aspektem wizualnym. Jednak patrząc na podobne posunięcia kolejnych reżyserów „Świt Żywych Trupów” z 2004 prezentuje się naprawdę dobrze.

Podsumowując, jest to kolejny etap ewolucji filmów o tematyce zombie, który nie posunął się za daleko. Cieszy oko, oraz nie pozostawia niesmaku, który w dzisiejszych czasach jest na porządku dziennym.

Moja Ocena: 7/10

Trailer:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

eleven − 8 =