Szczury Wrocławia (Robert Szmidt)

Wrocław, rok 1963. Wirus czarnej ospy krąży wśród ludzi. Nikt nie spodziewał się, że skutki infekcji będą tak makabryczne. Wszyscy zainfekowani, zaczynają przejawiać objawy wścieklizny oraz kanibalizmu. Nieznane dotąd zagrożenie jest czymś nowym dla ludzi. Do akcji zaczynają włączać się nie tylko zwykli funkcjonariusze milicji, ale też NOMO i ZOMO. Czy ludzkość zdoła przerwać zbliżający się koniec?

Powieść Roberta J. Szmidta, ukazująca czasy PRL’u, w których to zagrożeniem nie jest żadna nowa wojna, czy najazd sąsiadujących krajów, tylko zombie. Czy pomysł z cofnięciem się o tyle lat w czasie, urozmaiciło „oklepany” temat apokalipsy zombie? Bez dwóch zdań!

Rozpocznijmy od fabuły. Cofamy się do lat, które osobiście znam jedynie z opowieści ojca, czy dziadka. Szalejący wirus czarnej ospy, zbiera coraz większe żniwo wśród ludzi. Wszyscy zarażeni trafiają do specjalnych izolatoriów. Początkowo niegroźne incydenty, przemieniają się w ogólnoświatowy kryzys. By poznać dokładny przebieg akcji, trzeba sięgnąć po książkę – ja nic nie zdradzę 😉

Kwestia samego języka, opisów wydarzeń, czy ogólne przedstawienie historii, uważam za bardzo ciekawe i zdecydowanie na wysokim poziomie. Czytając przebieg niektórych wydarzeń, dosłownie miałem je przed oczami i czułem się, jakbym tam był – w sumie trafne stwierdzenie, ponieważ zostałem wylosowany jako jeden z 222 „szczęśliwców”, którzy znaleźli się w książce 😉

Wprawdzie nie żyłem w roku 63, ale jak większość osób domyślam się, jak wszystko wtedy wyglądało. Zupełnie inny pogląd na świat, politykę, religię… ogólnie na wszystko. Dodajmy do tego obecny wtedy „postęp” technologiczny czy medyczny i od razu los bohaterów powieści, staje się o wiele cięższy.

Bardzo spodobało mi się, że Robert bardzo skoncentrował się na wielu szczegółach – począwszy od miejsc, kończąc na bohaterach. To jednak nie było wszystko. Długo by opowiadać o tym, jak bardzo Robert zaangażował się w pracę nad swoim dziełem, ale mimo iż temat zombie apokalipsy jest dość surrealistyczny, większość rzeczy wydarzyło się naprawdę. Sama epidemia czarnej osoby miała miejsce właśnie w 1963 roku. Krótko mówiąc, Robert stworzył alternatywne zakończenie prawdziwej historii, wplatając w to ludzi, którzy obecnie stąpają po ziemi.

Czy coś mi się nie spodobało? Otóż Robert postanowił, że wrocławskie zombiaki nie będą takie proste do pokonania. Wiele znanych metod okazało się nieskutecznymi, a nawet dającymi odwrotny skutek do zamierzonego. Kolejna sprawa to kwestia niewyjaśnionej genezy wirusa, jednak w tym wypadku warto pamiętać, że czeka na nas kolejny tom Szczurów, a sądząc po zakończeniu tomu I, będzie tylko lepiej 😉

Podsumowując. Pierwszy raz poczułem tak silną więź z książką. Czuć, że autor poza doświadczeniem, włożył wiele serca w napisanie powieści, co skutkuje bardzo pozytywnym odbiorem.

Po zakończeniu lektury Szczurów, okazało się, że na samym końcu czeka nas jeszcze opowiadanie debiutanta Artura „Dzikowego” Olchowego, pt. „Horda”. Po pierwsze, świetna inicjatywa Roberta, który już niejednokrotnie wspierał debiutantów. Według mnie pokazał wielką klasę i zdobył uznanie nie tylko jako pisarz, ale przede wszystkim człowiek.

Jak oceniam „Hordę”? Jak na debiut, uważam, że jest to tekst wart przeczytania, ponieważ pokazuje, iż nie tylko doświadczeni pisarze potrafią stworzyć coś swojego. Fabuła może nie do końca mnie porwała, ale samo wykonanie jak i pomysł, zasługują na duży plus. Mam nadzieję, że to nie ostatni wydrukowany tekst Artura!

Moja Ocena: 8/10

Moja Ocena „Hordy”: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *