Wywiad z Sylwią Błach

Interesuje Was nieco mniej typowe podejście do literatury z zombie? Lubicie akcję rodem z filmów Resident Evil?
Ja tak, dlatego postanowiłem porozmawiać z Sylwią Błach i dowiedzieć się nieco więcej o jej twórczości, a przede wszystkim o niedawno wydanej książce „Syndrom Riddocha. Lepszego świata nie będzie

Łukasz: Pani Sylwio, nie tak dawno, odbyła się premiera Pani książki „Syndrom Riddocha”, którą miałem przyjemność przeczytać. Czy na początek mogłaby Pani powiedzieć o czym opowiada książka?

Sylwia: „Syndrom Riddocha. Tom pierwszy. Lepszego świata nie będzie” to powieść akcji utrzymana w klimatach survival horroru. Główna oś fabuły toczy się wokół misji, którą przydzielono wyspecjalizowanej agentce Czyścicielek – Jesse. Jej zadaniem jest odnalezienie Pierwszego, protoplasty Nieumarłych. Jednak, jak łatwo się domyślić, misja okazuje się nie być tak łatwa, jak się wydawała, a fabuła z każdą stroną komplikuje się coraz bardziej. Pisząc „Syndrom Riddocha” zastosowałam nietypowy zabieg: powieść pisana jest z perspektywy pierwszoosobowej – narratorem jest główna bohaterka, Jesse. Jednak Jesse, jako żołnierz przyszłości, cierpi na udoskonaloną wersję tytułowej choroby – Syndrom Riddocha. Widzi tylko i aż ruch. Było to dla mnie niesamowite doświadczenie literackie, ponieważ opisywałam świat nie mogąc posłużyć się wrażeniami wzrokowymi.

Ł: Nie ukrywam, że podczas lektury poczułem mocny wpływ filmowej serii Resident Evil. Czy nie pomylę się twierdząc, że inspirowała się Pani tą serià podczas pisania?

S: Nie, nie pomyli się Pan. Właściwie inspirowałam się kilkoma seriami: „Resident Evil”, ale też uwielbianym przeze mnie „Underworld”. W głowie miałam też takie filmy jak „Ksiądz” czy „Daybreakers”. Kilka lat temu, gdy zastanawiałam się nad kolejną książką i zaczynałam prace nad „Syndromem Riddocha”, w głowie mi kołatała jedna myśl: chęć przeniesienia filmów z gatunku groza-akcja na karty książki. Dotychczas preferowałam klimaty horroru psychologicznego, tym razem poczułam ochotę na wybuchy, strzelanie, pościgi. Zastanawiałam się, czy to się sprawdzi w literaturze i… no właśnie, może Pan mi powie, czy się sprawdziło?

Ł: Książka zdecydowanie wyróżnia się na tle innych dotyczących zombie i to w pozytywnym znaczeniu! A dlaczego akurat wybrała Pani zombie? W końcu w podanych inspiracjach zdecydowanie dominują wampiry.

S: Może ciężko w to uwierzyć, ale nie było konkretnego powodu. Moja pierwsza powieść, „Bo śmierć to dopiero początek”, dotykała wampirzej tematyki. Przez całe życie byłam fanką wampirów, stąd ich dominująca rola w inspiracjach. Zombie, pomijając filmy „Resident Evil” nigdy nie były moim ulubionym typem potwora. Z drugiej jednak strony większość moich ulubionych gier komputerowych to właśnie zombie survivale. Sądzę, że wampiry po prostu nie pasowały mi do wymyślonej fabuły. Najpierw w mojej głowie narodziła się główna bohaterka i jej syndrom, potem stopniowo wyobrażałam sobie świat i jaki typ książki to będzie… I nagle się okazało, że zombie apokalipsa to kierunek, którego szukam.

Ł: Sama nazwa wskazuje, że książka to dopiero początek. Ile przewiduje Pani tomów w serii, oraz oczywiście kiedy możemy spodziewać się tomu drugiego?

S: Planuję trylogię, choć „Syndrom…” powstawał dość spontanicznie, wbrew przyjętej przeze mnie regule szczegółowego planowania fabuły, więc jeśli mnie trochę poniesie z kolejnymi częściami, żaden czytelnik chyba się nie obrazi (śmiech). Marzy mi się, by świat stworzony w „Syndromie Riddocha” zaczął żyć własnym życiem – tak jak na przykład świat stworzony w „Metrze”. Zobaczymy jak to będzie się rozwijać, jakie zasięgi uda mi się wypracować, czy książka wypłynie dalej. Czas pokaże. A jeśli chodzi o kolejną część – postaram się nie kazać Czytelnikom czekać na nią zbyt długo.

Ł Na końcu powieści, w notce o Pani, można stwierdzić, że prowadzi Pani życie dość mało obfite w czas wolny. Poza pisaniem, jest Pani również programistką, blogerką, modelką i udziela się Pani społecznie. Skąd czerpie Pani energię na to wszystko?

S: Z ludzi, którymi się otaczam i z hektolitrów kawy! Nie wyobrażam sobie siedzieć w miejscu i się nudzić – po prostu nie potrafię. By czuć, że żyję, muszę działać. A że jestem osobą, która nie lubi zbyt długo siedzieć w jednym temacie – wybrałam sobie trzy główne branże i w zależności od tego na co mam ochotę danego dnia, w tym działam. Nie grozi mi monotonia.

Ł: A gdyby miała Pani wybrać jedną z tych branży, to w czym czuje się Pani najlepiej?

S: Pisanie jest dla mnie najważniejsze, gdybym jednak miała zrezygnować z pozostałych zajęć, wypaliłabym się literacko. Taki mam charakter: muszę mieć odskocznie, nawet od tego, co kocham.

Ł: Czy ma Pani przygotowany plan, w razie gdyby apokalipsa zombie wybuchła naprawdę?

S: Myślę, że istnieje zbyt wiele realnych zagrożeń w naszym świecie, by marnować energię na wymyślanie planu na apokalipsę zombie.

Ł: Zwłaszcza, że ma Pani jak tą energię wykorzystać! 

Pani nazwisko poza okładkami książek, można zobaczyć w różnych pismach i zbiorach opowiadań. Czy krótkie formy literackie jak opowiadanie, traktuje Pani podobnie do dłuższych, czy są czymś zupełnie innym?

S: Kiedyś byłam fanką pisania opowiadań, teraz bardziej się skłaniam ku dłuższym formom z uwagi na przebieg procesu wydawniczego. Nadal jednak lubię krótkie teksty. W swojej drugiej nowej książce „Wampiry, potwory, upiory i inne nieziemskie stwory” promuję drabble, czyli teksty mające dokładnie sto słów. Na pewno od strony technicznej każda z tych form wymaga innego przygotowania, podejścia do planowania fabuły, bohaterów i tak dalej.

Ł: Czy planuje Pani spróbować jakiegoś zupełnie innego gatunku literackiego, jak chociażby romans lub literatura obyczajowa?

S: Niedawno wydałam książkę dla dzieci! (śmiech) Dlaczego nie? Uważam, że w życiu należy się dobrze bawić i nie ograniczać szufladkami, a głowę mam pełną pomysłów.

Ł: W takim razie jestem bardzo ciekaw przyszłych eksperymentów!

Czy ma Pani jakieś rady dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z pisaniem?

S: Ważna jest pokora i pewność siebie w odpowiednich proporcjach. Dbajmy o język, składnię, interpunkcję, odpowiednie formatowanie. Jeśli wysyłamy komuś tekst do czytania, okażmy mu szacunek poprzez przygotowanie tego tekstu zgodnie z wymogami (na przykład zgodnie z pojęciem „sformatowanego arkusza A4”). W ten sposób jesteśmy bardziej profesjonalni.

Jeśli chcemy wiązać życie z pisaniem, piszmy jak najwięcej i jak najczęściej. Zróbmy z tego nawyk – piszmy codziennie w tych samych godzinach. Nie czekajmy na nagłe natchnienie, tylko uczmy się układać fabułę, piszmy teksty „na rozgrzewkę”, ćwiczmy się w formach i tematach, które wydają się nie być „nasze”.

Wierzę w rzemieślnicze podejście do pisania. W profesjonalne, codzienne działanie.

Ł: Na koniec chciałbym podziękować Pani za poświęcony czas i życzyć wszystkiego dobrego w każdej branży oraz w życiu prywatnym!

S: Również dziękuję!

Chcesz być na bieżąco z twórczością autorki?

Czytaj: http://www.sylwiablach.pl/
Lajkuj: https://www.facebook.com/blach.sylwia
Obserwuj: https://www.instagram.com/vamppiv/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × three =