2. Poszukiwania Czas Zacząć

   Najtrudniej jest wykonać pierwszy krok. Myśl o tym, że musisz zostawić coś za sobą, często nie kończy się dobrze. Już drugi raz musiałem tego doświadczyć i to jednego dnia. Nie tracąc ani chwili dłużej, ruszyłem w podróż, by uratować Angie.
   Wychodząc z domku, upewniłem się, że nic mi nie grozi ze strony trupów, ani nikogo innego. Piękna pogoda prawdopodobnie sprzyja polowaniom w obozie. Ciekawe jak sobie radzą beze mnie… Zresztą to już nie było dla mnie ważne.
   Przyłożyłem dłoń do czoła, by upewnić się, że nie mam gorączki. Zazwyczaj przy wzroście temperatury, towarzyszyły mi nagłe przypływy ciepła. Dokładnie tak było i tym razem, lecz na oko nie mogłem mieć więcej niż 37 stopni. Na szczęście zostawiłem dzieciom wszystko to, co było mi zbędne w tej podróży. Cały ciężki osprzęt, oraz pożywienie. Miałem praktycznie pusty plecak, ponieważ poza glukagenem, na pewno przyda nam się parę innych drobiazgów. Pocieszał mnie fakt, że apteka powinna być przyzwoicie wyposażona. Nigdy wcześniej nie byliśmy w tej okolicy, a najbliższy znany nam obóz, znajduje się przeszło 100 km od nas. Jeżeli nie ma tu nieproszonych gości, to wszystko powinno być na swoim miejscu.
   Starałem się iść poboczem, by nie dać się zauważyć przez nikogo. Sytuacja sprzed paru godzin, kiedy samochód dowódcy przekroczył obszar poszukiwań, dał mi wiele do myślenia. Reguły się zmieniły, a ja musiałem ich doświadczyć na własnej skórze.
   Kiedy granice lasu powoli zaczynały się kończyć, ujrzałem tabliczkę oznaczającą początek miasta. Nie byłem w stanie jej rozczytać. Cała zniszczona, pokryta rdzą i brudem. Martwiły mnie tylko ślady po kulach. Obawiałem się najgorszego, ale mimo to szedłem przed siebie. Czułem się winny tego co się stało z Angie. Gdybym od początku mówił prawdę, pewnie wszystko potoczyłby się inaczej, a Krzysiek byłby wśród nas.
   Nie zwalniając marszu, cały czas mijałem porzucone samochody, lub różnego rodzaju rzeczy, świadczące o obecności człowieka. Wszędzie walały się plecaki, ubrania, potłuczone naczynia, mapy. Nic z tych rzeczy nie nadawało się do ponownego użycia. Z przyzwyczajenia zaglądałem również do wnętrza każdego pojazdu. W tym wszystkim, najgorszy był widok zakrwawionych i poszarpanych dziecięcych fotelików. Zawsze powodował u mnie smutek i przerażenie. Takie niemowlę było łatwym celem dla umarlaków. Pomimo iż zawsze chciałem mieć dzieci, ten świat nauczył mnie, że jest to zbyt ryzykowne, zwłaszcza dla matki. Dodatkowo teraz nie było żadnej kobiety, z którą mógłbym o tym myśleć.
   Kiedy uznałem, że w samochodach również nie ma nic interesującego, przyspieszyłem kroku. Czas nieubłaganie nas gonił. Życie Angie zależało ode mnie.
   Po dotarciu na miejsce, ujrzałem obraz zagłady. Dawno nie byłem w mieście. Zapomniałem jak bardzo nie lubię tych miejsc. Nie bez powodu zaciągnąłem się do myśliwych, zamiast ekipy poszukiwawczej. Widok opuszczonych i zniszczonych budynków mieszkalnych, pobudzał we mnie lęk. Zawsze tak wyobrażałem sobie koniec wszystkiego, a teraz musiałem na to patrzeć. Gdzieniegdzie szwendały się trupy, ale wystarczyło zachować ciszę i spokój, by przejść niezauważonym.
   Kasia powiedziała, że apteka znajduje się jakieś 80 metrów na wschód od ratusza. Rozglądałem się w poszukiwaniu budynku, opisanego wcześniej przez dziewczynkę. Podobno był bardzo charakterystyczny, aczkolwiek nic takiego jeszcze nie widziałem. Moim oczom ukazał się tylko kościół, jakiś market, sklep obuwniczy i… Jest! Jak na złość, akurat tam musiało być najwięcej umarlaków.
   Podszedłem trochę bliżej, by opracować plan działania. Trochę dalej dostrzegłem budynek z wielkim białym krzyżem – mój cel. Faktycznie jak na tutejszą aptekę, była całkiem spora. Jednak wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby nie te cholerne trupy. Nie miałem tyle kul by każdego odstrzelić, a bałem się próbować walki nożem, zważając na mój obecny stan. Trzeba było chwilę pomyśleć.
   Miałem pomysł, lecz potrzebowałem do tego czegoś wytrzymałego i niezbyt ciężkiego. Na szczęście nie było o to trudno, ponieważ wszędzie walał się gruz. Chwyciłem jeden odłamek (prawdopodobnie ściany budynku) i rzuciłem go w kierunku okna ratusza. Odgłos tłuczonej szyby, odniósł sukces. Wszystkie zombie w okolicy zainteresowały się hałasem i swoim powolnym krokiem, zmierzały do źródła. Po chwili droga stała otworem i bezproblemowo, mogłem przedostać się do apteki. Widziałem już drzwi wejściowe. Jak w każdej takiej placówce, po obu stronach widniały wielkie szyby. Ta, obok której przechodziłem, była wybita. Zatrzymałem się tuż przed nią. Przez chwilę miałem wrażenie, że słyszę kogoś w środku i to wcale nie zombie. Rozmowy ludzi stały się wyraźniejsze. Prawdopodobnie stali za regałami, dlatego nie udało mi się nikogo dostrzec. Nie chciałem by ktokolwiek przeszkodził mi w misji, dlatego schowałem się za jednym z samochodów, chcąc poczekać, aż znajdujący się w środku osobnicy, wyjdą.
   Nie chciałem ryzykować kontaktu z nimi, bo w tych czasach, zdecydowanie częściej spotykało się wrogo nastawionych ludzi, niż tych dobrych. Wszystko szło dobrze, do czasu aż poczułem zimną stal przy gardle.
   – Dla własnego dobra, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *