3. Labirynt Martwych

   Całą droga była zawalona wrakami samochodów. Nawet gdyby nasz pojazd nie rozbiłby się wcześniej, to i tak teraz musielibyśmy go porzucić.
   – Widzisz ich? – Angie wskazała grupkę trupów, znajdujących się jakieś 200m od nas.
   – O kurwa… ciężko będzie ich ominąć.
   W tym momencie blask w oczach Angie świadczył o tym, że ma pewien pomysł. Nie pytałem o co chodzi. Byłem w stanie jej w pełni zaufać.
   – Módl się, by w jednym z tych wraków było dość benzyny by wypełnić to – w tym momencie Angie wyjęła z plecaka szklaną butelkę – wiedziałam, że mi się to jeszcze przyda.
   Najciszej jak tylko mogliśmy, podeszliśmy do powywracanych aut. Wszędzie było szkło, przez co nasza zdolność bezgłośnego poruszania się była nieco zmniejszona. Najwidoczniej zombiaki zajęte były konsumowaniem jakiegoś nieszczęśnika.
   – Dobra, tamten po prawej wygląda na najmniej naruszonego, możesz go sprawdzić? Masz tutaj rurkę do odciągnięcia paliwa – Otrzymałem od Angie gumową rurkę. Miała jakieś 50cm długości – ja zostanę tutaj i cały czas będę osłaniać twoje tyły.
   Wprawdzie nigdy tego nie robiłem, ale to nie mogło być tak trudne. Podczołgiwałem się pod niebieskiego Forda, cały czas starając się omijać roztrzaskane szyby na ziemi. Samochód był nowy, więc by móc otworzyć wlew paliwa, najpierw musiałem uruchomić specjalną wajchę przy przednim siedzeniu. Wyjrzałem delikatnie ponad auto, by nie mieć nieprzyjemnej niespodzianki, ale widziałem, że Angie cały czas ma na mnie oko. Patrząc w jej stronę uśmiechnąłem się i kontynuowałem akcje. Nie zdążyłem nawet zobaczyć czy odwzajemniła uśmiech. W porównaniu z innymi, ten model zachował się naprawdę dobrze. Liczba stłuczeń, zadrapań i śladów krwi była znikoma. Chwyciłem za klamkę, ale drzwi były zamknięte. Spróbowałem jeszcze raz, tym razem trochę mocniej i stało się to czego obawiałem się najbardziej… alarm zaczął wyć jak szalony. Zakląłem w myślach i spojrzałem na Angie. Od razu wiedziałem, że niebawem będziemy mieć spore towarzystwo.
   – Cholernie zmieniłeś nasz plan. Masz coś w zanadrzu?
   W mojej głowie była kompletna pustka. Patrzyłem tylko, jak znana już nam grupka trupów, zbliża się do wywołanego przeze mnie hałasu. Dostrzegłem, że nie tylko one nas usłyszały. Coraz głośniejsza rozpacz zmarłych, nabierała siły z każdej strony. Wyglądało na to, że jesteśmy w niezłych opałach.
   – Musimy poruszać się po tych wszystkich samochodach przed sobą.
   – Dasz radę w tym stanie?
   – A mamy inne wyjście? Są coraz bliżej, a tylko tam możemy je zgubić.
   Bałem się, że podczas ucieczki mogę zasłabnąć. Moje mięśnie mogą odmówić posłuszeństwa, lub coś innego, co i tak zakończy mój żywot.
   – Dobra, nie ma co czekać, ruszajmy!
   Tak oto zaczęliśmy podążać „martwym labiryntem” stworzonym przez rozbite i powywracane auta. Po drodze czekało nas wiele niespodzianek, jak ślepe zaułki, lub pojedyncze trupy. Poruszaliśmy się tak szybko, jak to tylko było możliwe. Starliśmy się unikać strzałów, by nie zwołać więcej zombie. Poza tym w tym momencie, każdy nabój był na wagę złota.
   Powoli robiło się mniej pojazdów i coraz bardziej widać było dalszą drogę. Jednak nauczyłem się, że w obecnym świecie nic nie jest tak kolorowe, jak by się mogło wydawać. Ani ja, ani Angie nie zauważyliśmy trupa, czającego się za jednym z samochodów, który był obok nas. Zanim cokolwiek zrobiliśmy, jego zęby zatopiły się w ramieniu Angie. Nawet, kiedy wystrzeliłem pocisk w jego kierunku, to jeszcze przez dwie sekundy trzymał się ramienia. Dopiero po tym czasie upadł ponownie martwy.
   Mocno trzymając ranę, spojrzała w moją stronę i powiedziała.
   – Od teraz jesteśmy w tej samej drużynie.
   Z każdą sekundą bladła coraz bardziej. W tym momencie znalezienie leku, było bardziej konieczne niż kiedykolwiek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *