3. Plan Do Celu (cz.1)

   Zbliżaliśmy się wolno, przemyślając wcześniej każdy ruch. Nie chcieliśmy wywołać zbędnego hałasu. Często ludzie opróżniali swoje magazynki, kiedy tylko usłyszeli nawet najcichszy dźwięk. Oczywiście w wielu wypadkach było to słuszne, bo przedwcześnie pozbyli się zagrożenia. Jednak w jeszcze większej ilości zdarzeń, kończyło się to postrzałem towarzysza, lub pozbycie się drogocennej amunicji na liść, albo wiatr. Nie stanowiliśmy zagrożenia, ale nikt poza nami tak nie myślał. Dlatego na każdym kroku trzeba być ostrożnym.
   – W okolicy nie ma nawet jednego trupa. Myślicie, że pozbyli się wszystkich?
– Na to wygląda. Jednak nie widzę nawet pozostałości po nich.
Faktycznie nigdzie nie było nic, co mogło świadczyć o ataku zombie, lub jakichś rabusiów. Podszedłem do samego kadłuba i dotknąłem miejsca, w którym ma silnik. Był jeszcze ciepły, więc nie mogli przylecieć dawniej, niż ok. dwóch godzin temu.
   – Jeżeli zobaczycie jakikolwiek ruch, od razu mówcie.
   – Jakikolwiek?
   – Tak
   – To chyba on też się liczy?
   Nagle zza maszyny wyszedł jeden z trupów. Wyglądał na dość świeżego. Wyraźny ślad ugryzienia na szyi dalej krwawił. Nie można było zbyt długo zwlekać, więc wyciągnęliśmy nóż. Cały czas trzymając go w gotowości, czekaliśmy na odpowiedni moment, w którym dało by radę bez problemu przebić mu oczodół i znajdujący się dalej mózg.
   – Lepiej stójcie tam, gdzie stoicie.
   Głos za nami musiał należeć to mężczyzny. Wyraźny był też odgłos przeładowania. Sugerowało to fakt, że tak jak i my, on również był uzbrojony.
   – Teraz podnieście ręce tak, bym je widział.
– Ale tu jest…
   – Rób co mówię! – w tym momencie padł strzał niedaleko naszych nóg – ja nie żartuje!
   Faktycznie nie żartował, dziura w ziemi była widoczna i w każdej chwili, mogła to być jedna z naszych głów. Podnieśliśmy obie ręce, w których mieliśmy ostrza. Pistolet cały czas był za moim paskiem, ale w takich chwilach lepiej było się opanować.
   – Odsuńcie się od niego powoli tak, by nikomu nie stała się krzywka.
   Nikomu!? Nawet jemu!? Cóż… mogło to świadczyć tylko jedno. Trup jest świeżo powstałym przyjacielem naszego prześladowcy, a ten jeszcze nie pogodził się z jego utratą. Było to smutne i niezbyt bezpieczne. Niemniej jednak w moim przypadku było podobnie. Jak pewnie u każdego ocalałego, który spotkał kogoś bliskiego. Właśnie to zabijało ludzi na początku epidemii. Nie strach, a litość nad stworami, które bez problemu sięgały zębami swoje ofiary. Kiedy ludzie nauczyli się, że nie można im pomóc, było za późno.
   Każde z nas odsuwało się do tyłu powoli, lecz na tyle szybko, by móc uciec umarlakowi. Nie chciałem wpaść na gościa z tyłu, ale prawdopodobnie, przesuwał się on z nami. Chciałem przemówić mu do rozsądku, że trup przed nami nie jest i nie będzie już jego przyjacielem. Jednak w takich sytuacjach, człowiek nie postępuje rozsądnie. Pogrążony jest w rozpaczy, co powoduje, że jego czyny kierowane są emocjami. W każdej chwili mógł wystrzelić, tak naprawdę bez przyczyny. Wystarczyłby najmniejszy pretekst.
   Cofaliśmy się krok po kroku, kiedy w pewnym momencie Angie – która była na początku – straciła panowanie nad kończynami i najnormalniej w świecie upadła. Trup znalazł się tuż nad nią i pomimo, iż i tak jest zainfekowana, kolejne ugryzienia na pewno nie wpłyną na nią dobrze.
   Nie zastanawiałem się długo. Pobiegłem w jej stronę i odruchowo wbiłem nóż, w głowę zombie. W końcu jak przystało na kogoś zmarłego, padł i już więcej się nie poruszył. Dopiero teraz dotarły do mnie możliwe konsekwencję mojego impulsywnego działania. Poczułem zimną stal pistoletu przy głowie. To już kolejne takie uczucie dzisiaj. Jednak nie bałem się tego, co ma się stać. Odwróciłem się w stronę celującego we mnie mężczyzny, tak, by lufa była na moim czole.
   – Mówiłem, że macie się nie ruszać!
   – Jeżeli chcesz to strzelaj, ale on już był martwy i nie mogłem pozwolić, by moja przyjaciółka do niego dołączyła.
   Przez chwilę wpatrywaliśmy się sobie w oczy. To był prawdziwy pojedynek. Sprawdzian wytrwałości człowieka. Na moje szczęście, nie ja byłem tym pokonanym.
   W pewnym momencie poczułem ulgę, płynącą z opuszczenia broni. Widać było, że nie stać go na zabicie drugiego człowieka. Nie był typem zabójcy.
   – Ja… nie mogłem się pogodzić, że odszedł – z pod opuszczonej głowy mężczyzny, usłyszałem słowa płynące przez rozpacz – to był mój najlepszy kumpel, był dla mnie jak brat… a teraz?
   – Uwierz mi, że wiem co to stracić kogoś bliskiego. Od dzisiejszego ranka straciłem 4 takie osoby.
   Nagle jego wzrok, z powrotem spoczął na mnie. Tym razem na jego twarz zagościło współczucie.
   – Naprawdę mi przykro. Przepraszam za to – ruchem ręki wskazał na pistolet – ale po prostu nie wiadomo na kogo można trafić. Wy wydajecie się w porządku. Jestem Marek – w tym momencie wyciągnął rękę, by pomóc wstać Angie.
   – Ja jestem Dawid. Te Panie tutaj to Angie i Gośka. Miło nam cię poznać.
   W końcu zeszło napięcie, które przed chwilą mogło rozwalić niejedną górę. Chwilę porozmawialiśmy na temat tego, jak się tutaj znaleźliśmy. Bałem się wspominać o infekcji mojej, czy Angie, dlatego ten temat został przez nas pominięty.
   Jak się okazało, Marek pracował kiedyś jako pilot śmigłowca telewizyjnego. Wraz z zabitym przeze mnie przyjacielem – w postaci zombie – przemierzali Polskę w poszukiwaniu jakieś cywilizacji.
   – Stanęliśmy tu na moment, ponieważ w pobliżu jest stacja paliw. Musimy uzupełnić braki, które coraz bardziej dają o sobie znać, a to jedyne miejsce, w którym mogliśmy wylądować. Niestety podczas drogi, Piotrka przyatakował jakiś trup. Pogryzł go tak mocno, że w parę sekund wykrwawił się na śmierć. Sprawca już dawno leży z postrzelonym łbem, ale nie mogłem strzelił w mojego przyjaciela.
   – Nie musisz się tłumaczyć. Ja musiałam postrzelić własną matkę, wiec wiem, jakie to musiało być trudne – Gośka próbowała pocieszyć Marka, lecz nie do końca jej się to udało.
   – Tylko ty dałaś radę, ja nie. Nie czuje się uczciwy wobec jego. Jeszcze prawie zabiłem ciebie, za to, że mnie wyręczyłeś. Powinienem ci dziękować, a nie przykładać spluwę do głowy. Wybacz.
   – Nie musisz przepraszać. Na całe szczęście nikt nie wyszedł stąd martwy… dosłownie.
   Uśmiech rozwiał smutek na twarzy Marka, lecz było to lekko wymuszone. Nie trwał on długo, ponieważ spojrzał na Angie i zauważył, że ma ona strużkę krwi na ustach.
   – Co ci się stało? Masz krew na ustach. O tutaj – pokazał miejsce krwi, tylko na swojej twarzy, jakby miała być lustrzanym odbiciem.
   Najprawdopodobniej Angie po raz kolejny zwymiotowała, tylko w tym etapie infekcji, nie miała już czego zwracać, więc pozostała żółć i krew. Trzeba było szybko coś wymyślić. Jako iż poniekąd musiałem korzystać z tej zdolności przez ostatni czas, nie miałem z tym żadnego problemu.
   – Odwiedziliśmy jeden sklep po drodze. Znaleźliśmy tam coś do jedzenia, co niekoniecznie spodobało się żołądkowi Angie. Rzyga już tak przez całą podróż.
   – Chyba mam coś na takie rzeczy. Poczekajcie chwilę.
   Ruszył do swojej maszyny, podczas gdy z dziewczynami patrzeliśmy po sobie. Nie wiedzieliśmy co przyniesie, ale wierzyliśmy, że wszelkie złe zamiary dawno zniknęły.
   – O tutaj jest! – zawołał do nas – to na pewno poprawi twój stan, z resztą nasz również.
   W dłoni trzymał szklaną butelkę z czymś, co przypominało wodę. Nie miało etykiety, by wiedzieć co to, ale wystarczyło, że odkręcił korek.
   – Bardzo dobra, polska wódka! Zostało mi trochę, więc śmiało weź łyka. To jest lekarstwo na każdą dolegliwość fizyczną, jak i psychiczną.
   Angie bez wahania chwyciła trunek od Marka. Przechyliła butelkę do góry i wzięła sporego łyka. Kiedy podała ją Gośce, wykrzywiła się jak każdy po łyku czystej.
   – Jezu, nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam w ustach coś z procentem. Teraz pamiętam dlaczego, ale to ohydne.
   Marek głośno się zaśmiał i ponaglał, by każde z nas wzięło łyka. Po Gośce byłem ja, a na końcu – jako gospodarz – Marek. Najmniej się wykrzywił, ale widać było po nim, że nigdy sobie nie żałował. Miał około 36 lat, a wyglądał na 45-50. Dla niektórych czas nie jest łaskawy. Zresztą teraz chyba dla nikogo nie jest.
   – Gdzie teraz podążacie?
   – Cóż… my… kierowaliśmy się w stronę tego ośrodka od chorób zakaźnych w Warszawie.
   Ze spokojem przyjął tą informację, lecz jego wzrok stał się pytający.
   – Potrzebujemy tam się dostać. Słyszeliśmy, że mogą być tam ludzie, którzy zechcą pomóc wszystkim tym, którzy się tam zjawią.
   – Może udałoby mi się was tam zawieść, ale nie mam wystarczająco paliwa nawet, by wzlecieć w powietrze. Pomóżcie mi, a udam się z wami do tego szpitala.
   Najpierw musieliśmy zdobyć paliwo, by potem bezpiecznie przedostać się do naszego celu. Ten układ jak najbardziej mi się podobał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *