3. Wewnętrzny Plan

Plan nie był skomplikowany. Wraz z Markiem założyliśmy stroje poległych żołnierzy. Mój był trochę za duży, ale nie było tego tak widać. Następnie mieliśmy wziąć Angie, jako zbiegłą zainfekowaną i dzięki temu wejść do środka. Na pewno wewnątrz budynku przetrzymywali obiekty badań, więc mieliśmy nadzieje, że nabiorą się na to, że Angie jest jednym z nich.
– Zanim zostałem pilotem helikoptera dla telewizji, chciałem zostać pilotem wojskowym – podczas zakładania uniformów, Marek mówił bardziej do siebie, niż do nas – to było moje takie marzenie z dzieciństwa. Niestety nie udało mi się tego osiągnąć. Wymagania jakie mają w wojsku były kosmiczne. Chciałem latać, bo to sprawiało, że czułem się szczęśliwy. Teraz gdyby nie to, zapewne dawno chodziłbym jako zgniłe mięso – tym razem spojrzał na nas – Wy pewnie też.
Miał rację. Spotkanie go bardzo nam pomogło w dostaniu się tutaj. Obyśmy mieli okazję wsiąść jeszcze do helikoptera i wspólnie – bez infekcji – stąd uciec.
– Jak wyglądam?
– Całkiem seksownie – Angie puściła mi oczko – wiesz jak to mówią? Za mundurem, panny sznurem.
Uśmiechnęliśmy się do siebie, jednak nasz kontakt wzrokowy nie trwał długo. Marek szybko przerwał tą chwilę.
– Dobra panie seksowny i uciekinierko, pora ruszać.
Znowu trafił w sedno. Przytaknąłem głową i ubrałem do końca strój. Było gorąco, a mimo to w jego skład wchodziły długie spodnie, kamizelka, oraz hełm. Czułem, że się gotuje. Nigdy nie przepadałem za wysoką temperaturą. Ten ubiór sprawiał, że nienawidziłem jej jeszcze bardziej.
Stres zjadał mnie całego. Z każdym krokiem, w kierunku ośrodka, mięśnie zaciskały się mocniej. Mogła to być infekcja, a równie dobrze, mógł to być stres. Połączenie tych dwóch czynników, był zabójczy.
– A jak się zorientują, że chcemy ich wykiwać? – Drżącym głosem zapytał Marek.
– Wtedy infekcja będzie naszym najmniejszym zmartwieniem – nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale mój głos również drżał.
Nikt z nas nie powiedział już nic, podczas dalszej drogi. W myślach układałem sobie plan, który zrealizujemy jak już dostaniemy się do środka. Przede wszystkim, musimy poznać plan budynku i zobaczyć gdzie jest laboratorium, w którym może znajdować się cel naszej misji – lekarstwo. Dalej postanowiłem improwizować. Będziemy mieć trochę czasu, zanim zorientują się, że nie jesteśmy tymi, za których się podajemy. Oby tyle nam wystarczyło.
Podeszliśmy do drzwi. Nie były one automatyczne i do środka mogliśmy dostać się tylko za okazaniem przepustki. Przeszukałem kieszenie kamizelki i w jednej z kieszonek znalazłem twardą kartę. Wyglądał jak dowód ze zdjęciem paszportowym żołnierza.
„Maciej Kamiński”
Tak oto nazywał się człowiek, który oddał życie, byśmy mogli dotrzeć aż tutaj. Przez chwilę stałem i tylko patrzyłem się na przepustkę. Kolejne życie stracone. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do reguł tego świata.
– Pss… Dawid! – Marek szeptem obudził mnie z zamyślenia.
– Tak… już…
Przyłożyłem kartę do czytnika. Usłyszałem krótkie piknięcie i drzwi od razu się otworzyły. Odetchnąłem z ulgą. Na razie szło gładko, oby dalej nie było inaczej.
Wewnątrz budynek był równie zadbany, co z zewnątrz. Wszechobecna biel, przypominała tą ze szpitali, które widywało się w amerykańskich filmach. Wszędzie ktoś się kręcił, ale gdy tylko na nas spojrzał, stanął w miejscu. Na chwilę czas stanął w miejscu. Byliśmy w centrum uwagi, dopóki nie podeszła do nas dziewczyna z recepcji. Pochyliła się w moją stronę i powiedziała szeptem.
– Lepiej się pośpieszcie, zanim ktoś uzna to za naruszenie zasad. Nałóżcie jej też to – w tym momencie wyjęła jednorazową maskę gazową – wiecie jak to tutaj działa – mówiła to w sposób, jakby takie zdarzenia były na porządku dziennym.
Założyliśmy maskę Angie, która by podkreślić swoją rolę, zaczęła się sprzeciwiać. Kiedy się już udało, mieliśmy do wyboru drogę prosto, lub skręt w lewo. Zaryzykowałem i wybrałem drugą opcję. Okazało się, że znajduje się tam klatka schodowa, a przed nią widniał cały rozkład budynku.
– Szukajcie czegoś, co może mieć wspólnego z miejscem przechowywania leku.
Wszyscy bacznie przeglądaliśmy wszystkie kreski, punkciki i opisy. Był to spory budynek, więc sam rozkład nie należał do małych. Jeszcze jak na złość, był wyjątkowo mały i ledwo czytelny.
– Mam! Tutaj – Marek jako pierwszy znalazł laboratorium i wskazał palcem miejsce jego położenia – drugie piętro, pokój 50.
Popatrzyłem na opis.
„ Dział badań na obiektach żywych”
Brzmiało dość obiecująco. Oby to było tam.
Gdy szliśmy schodami na górę, każdy ustępował nam miejsca. Wszyscy myśleli, że Angie jest zarażona i zwykły dotyk zamieni wszystkich w chodzące trupy. Poniekąd mieli rację, ale tylko, kiedy zostaliby obryzgani jej krwią.
Tabliczka przed wejściem, informowała o tym, że znajdujemy się na drugim piętrze. Według planu, musieliśmy skręcić w prawo, a następnie w lewo. Tak też postąpiliśmy i znowu przed nami wyrosły drzwi. Po raz kolejny wymagały one użycia przepustki. Wyjąłem swoją i przyłożyłem do drzwi. Odmowa.
– Kurwa, co jest?
Powtórzyłem czynność, a efekt był ten sam.
– Masz spróbuj moją.
To samo. Cały czas system nie chciał nas wpuścić do środka. Najwidoczniej z obecnymi kartami, nie mogliśmy udać się tam, gdzie chcieliśmy.
– Co robimy?
– Daj mi pomyśleć.
Wokół nie było nikogo. Szyby w drzwiach, nie pozwalały dostrzec niczego, co znajdowało się po drugiej stronie. Byliśmy w kropce.
– Może…
– O tutaj jesteście! Agata uprzedziła mnie, że przyniesiecie uciekinierkę. Świetna robota. Zaraz zawołam ochronę i zaprowadzimy ją do laboratorium.
– Nie ma takiej potrzeby, my ją możemy zanieść – próbowałem użyć perswazji, by nie musieć zostawiać Angie sam na sam z lekarzem i obstawą. Pewnie by sobie poradziła, ale tak jak wcześniej, teraz też mogły dopaść ją skutki infekcji.
– Znacie procedury. Nie mogę was tam wpu…
– Uwierz doktorku, że nie chcesz byśmy wypuścili ją choćby na moment. Jest bardzo agresywna i ledwo zdołaliśmy ją złapać we dwóch – w tym momencie Angie zaczęła się rzucać i wrzeszczeć, używając najgorszych znanych nam przekleństw.
– Faktycznie. Dobra, ale to zostaje między nami.
– Jasne, byle szybko. Niedługo mamy przerwę obiadową – Marek wczuł się w rolę i szło mu naprawdę dobrze.
Bez słowa doktorek – na plakietce napisane miał „Robert Głowacki” – przyłożył swoją przepustkę i sygnał zabrzmiał, jak przy drzwiach na dole.
– Za mną.
Nagle znaleźliśmy się w pomieszczeniu, który wyglądał jak zupełnie inny świat. Wszędzie było cicho, a po każdej ze stron znajdowały różne pokoje. Angie nie przestawała świrować, a jej krzyki odbijały się echem od otoczenia. Szliśmy cały czas przed siebie. Doktorek nawet nie oglądał się na nas. Najwidoczniej nasze przebranie zdało egzamin.
Zbliżyliśmy się do jednego z pokojów, po czym Doktor ponownie wyjął z kieszeni przepustkę i przyłożył do czytnika przy drzwiach. Wcześniej tego nie widziałem, ale przy każdych drzwiach znajdował się czytnik. Widać mieli tu rygorystyczne zasady bezpieczeństwa. Nikt obcy nie miał możliwości tu się dostać.
Pokój, do którego weszliśmy, był pustym pomieszczeniem, nie licząc komputerów przy jednej ścianie z małym stolikiem i szafką. Obok niej były kolejne drzwi. Doktorek podszedł do szafki i otwierając jedną z szuflad, wyją strzykawkę.
– Dobra, przytrzymajcie ją, a ja podam jej środki uspokajające.
– Zapomnij o tym – mówiąc to wyjąłem broń – odłóż to w tej chwili.
– Co wy kurwa za jedni?
– To nie twoja sprawa – dołączył do mnie Marek – a teraz nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów, to nic ci się nie stanie.
Angie w końcu stanęła na nogach. Od razu zdjęła maskę i się wyciągnęła.
– Jezu chłopaki, trzymaliście mnie tak mocno, że pewnie jutro obudzę się z siniakami, dosłownie wszędzie.
– Cała przyjemność po naszej stronie – dość żartobliwie powiedział Marek, wykonując ukłon – a teraz skarbie jak możesz, to zwiąż go.
– Nie macie prawa!
– Teraz to ty ich nie masz – Angie zaczęła szukać czegoś, czym można unieruchomić Doktorka – nie mają tutaj nic przydatnego, tylko te komputery i… zaraz… co ty…
Angie nie dokończyła zdania. Podbiegła do Doktorka i jednym ciosem powaliła go na ziemię.
– Ten skurwysyn wezwał posiłki. Miał pilota w kieszeni, widziałam jak tam sięgał i wolałam nie ryzykować.
– Czyli nie mamy za dużo…
Dźwięk czytnika przeszkodził nam w dalszej rozmowie. Drzwi stanęły przed nami otworem, a za nimi stało wielu żołnierzy, ubranych w ten sam strój, co my.
– Chyba mamy przejebane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *