5. Ratunek

Po rozpaleniu ogniska wszyscy usiedli, odkładając na bok cały swój ekwipunek – poza bronią, ją mieli cały czas przy sobie. Starałem się zająć miejsce jak najdalej od Rudego. Udało się. Po swojej prawej miałem Maćka, a po lewej Werę. Wierzyłem, że w grupie jestem bezpieczny, dlatego starałem się nie oddalać za bardzo. Nawet odlewając się, stawałem na widoku wszystkich.
– Tęsknie za normalnym żarciem.
Słowa Wery usłyszał każdy, ale nikt się na nią nie spojrzał. Wszyscy grzebali swoimi łyżkami z niezbędnika, w czymś, co miało być mielonką, a wyglądało jak mózg jednego z trupów… smakowało podobnie.
– Zawsze to samo! – zniecierpliwiony Rudy aż wstał ze złości – czy chodź raz nie możemy zacząć rozmowy od czegoś pozytywnego!? Zawsze tylko to jebane wspominanie! – w przeciwieństwie do słów Wery, występ Rudego skupił wszystkich na nim. – Tamtego świata już nie ma od kilku lat, a ty ciągle go wspominasz! Po chuj!? – Tym razem swoją wypowiedź kierował bezpośrednio do Wery.
– Kutas.
Swoją uwagę z Wery, przeniósł na autora komentarza – Maćka.
– Słucham? Co powiedziałeś?
– To co słyszałeś, a jeżeli masz z tym problem, to radzę przestać pierdolić i zacząć słuchać.
Złość Rudego momentalnie zawitała na jego twarzy. Cały aż poczerwieniał. Przez chwilę wyobraziłem sobie, że wyciąga nóż i wbija Maćkowi w oczodół, a potem podchodzi do mnie i powtarza tę czynność. Na szczęście była to tylko moja wyobraźnia. Choć z drugiej strony, nie pocieszało mnie to do końca, bowiem cały czas wiedziałem, że Rudy jest do tego zdolny. Powstrzymywała go tylko obecność Sępa.
– Dość tego! – w końcu do dyskusji włączył się sam sierżant. – Zawsze to samo! Już mi się rzygać chce, jak was słucham. Rudy siadaj i wpierdalaj, bo potem nie będziesz miał czasu na żarcie.
To wystarczyło by pojawiła się cisza. Rudy usiadł obok Sępa i kontynuował posiłek. Jedząc. nie spuszczał wzroku z Maćka. Coś czułem, że jest on kolejną ofiarą w jego planie – tuż po mnie.
Kiedy wszyscy zjedli, przyszedł czas ruszyć w dalszą drogę. Zebranie drużyny trwało mniej, niż minutę. Cały czas byłem pełen podziwu. Przecież nie była to drużyna, będąca na każdej misji razem, a mimo to wyglądali, jakby spędzali ze sobą każdy dzień, trenując manewry. Najwidoczniej ludzie należący do wojska, już tak mieli, a chęć przetrwania w tych czasach, motywowała ich do szybszej nauki.
Chwilę później, znajdowaliśmy się na głównej ulicy. Nie widać było większego zagrożenia ze strony zmarłych. Prognozowało to całkiem dobrze, ale nie wierzyłem w szczęście, więc cały czas byłem gotów na najgorsze.
Droga nie była trudna do pokonania. Można rzec, że mieliśmy idealne warunki na podróż. Doskonała widoczność i zero przeszkód. Największym zagrożeniem mogły być okna budynków, które mijaliśmy. W jednym z nich mógł czyhać jakiś strzelec, a widząc wojskowe ciuchy było pewne, że nasza drużyna posiadała zapasy, które były niezbędne w tych czasach. Broń, jedzenie i woda pitna. To właśnie były główne atrybuty ówczesnego człowieka. Bez nich, nikt nie przeżyłbyś dłużej, niż parę dni.
Rozglądając się, w poszukiwaniu zagrożenia, zobaczyłem budynek, który gdzieś już wcześniej widziałem. Dopiero po chwili uzmysłowiłem sobie, skąd go kojarzę. To właśnie na jego dachu, widzieliśmy z helikoptera rodzinę, którą mogliśmy uratować. Nie zrobiliśmy tego, a teraz pokrywa go czerwień niewinnej krwi. Z każdym krokiem przesypuje się życie w klepsydrze niewinnych istnień.
– Według mapy, musimy iść tą drogą jeszcze około 40 minut.
Oświadczył Sęp bardziej sobie niż innym, lecz powiedział to na tyle głośno, że każdy z nas usłyszał.
– Coś czeka nas po drodze?
– Jak miniemy to osiedle, czeka nas przeprawa przez park, oraz trochę bardziej zaludnione osiedle.
– Tak więc czeka nas niezła jatka! – Rudy z ekscytacją w głosie, zacisną obie pięści w geście zadowolenia.
– Jednak jesteś nienormalny – na komentarze Wery, Rudy był zdecydowanie mniej cięty niż na moje, czy Maćka. Ciekawe czy ze względu na to, że jest kobietą, czy może miał inne powody. Jeżeli to była kwestia płci, to najwidoczniej w tym człowieku było jednak coś zrównoważonego.
Minęliśmy osiedle. Cały czas byliśmy na granicy Warszawy. Mimo bliskości ze stolicą, tutaj życie zawsze toczyło się wolniej. Nikt tak nie pędził, by zdobyć jak największą ilość pieniędzy. Zawsze irytowało mnie, jak ludzie są zaślepieni własną kieszenią. W prawdzie teraz cały świat był jedną wielką stolicą śmierci. Zamiast pieniędzy, były rzeczy niezbędne do przetrwania. Wtedy się zabijało dla własnych korzyści i teraz robi się dokładnie tak samo. Ludzkość zmierza ku zwierzętom, a Rudy może być ich przywódcą.
Zabudowania znikały, na rzecz roślinności. Powoli zbliżaliśmy się do parku, ale zanim to nastąpi, musieliśmy przejść trochę niezamieszkanych terenów. Tutaj zwolniliśmy tempo, ponieważ możliwość ataku zombie, była zdecydowanie wyższa, a na to nie mogliśmy pozwolić.
Udało nam się ustalić drogę, dzięki której będziemy bardziej na otwartym terenie. Trzeba wybierać pomiędzy większym prawdopodobieństwem ataku trupów, a ludzi. Według drużyny, z tymi drugimi łatwiej wygrać. Tylko ja byłem innego zdania, ale to w końcu ja byłem zdany na łaskę otaczającego nas świata. Oni tylko grzali tyłki w budynku laboratorium, z dala od panującego na zewnątrz prawa.
Mimo tego planu, już na samym początku napotkaliśmy stado wygłodniałych trupów. Było ich chyba z trzydziestu. Całkiem spora grupa. Przewagą dla nas była odległość i efekt zaskoczenia. Wprawdzie dwóm udało się nas odnaleźć, ale co to za zagrożenie, dla dwóch wojskowych, dwóch „wojskowych” oraz jednego cywila? Żadne.
– Dobra ludzie. Po pierwsze, nie rozdzielamy się. Tym razem to nie zadziała. Musimy przejść niezauważeni, bo inne drogi mogą okazać się o wiele gorsze, niż ta.
– Gorsze od tego?
– Tak się składa, że tutaj mamy pełne pole do manewrów. Inne drogi były węższe, a widoczność tam była o wiele gorsza. Tutaj przynajmniej wiemy z kim będziemy walczyć. Tam zagrożenie mogło nas zaskoczyć w każdym momencie – nikt już nie wyraził sprzeciwu Sępowi. Najwidoczniej był bardziej przygotowany na podróż, niż mi się zdawało.
Znajdowaliśmy się za jedną z pagórków, które zapewniały nam kryjówkę.
– Tam jest ich najmniej – Sęp wskazał jedną z pięciu ścieżek parku – tamtędy uda nam się przecisnąć, zwabiając najmniejszą liczbę tych bydlaków – by każdy zrozumiał plan, Sęp dodał krótką pauzę – jakieś pytania? – znowu cisza – tak myślałem. Ruszamy na mój znak
Wszyscy czekali, aż Sęp powie to magiczne słowo.
– Już!
Ruszyliśmy w kierunku, wcześniej wskazanym przez Sępa.
Nikt się nie zatrzymywał. Nie byłem tak sprawny, jak reszta, dlatego biegłem na końcu. Nie byłem w stanie dotrzymać im kroku. Na ostatniej prostej stało, około 7 trupów, nie spostrzegli się, że obok nich przebiegaliśmy, dopiero kiedy ja dobiegałem, Rudy strzelił w kierunku jednego z nich – chybił.
Hałas sprawił, że wszystkie trupy w okolicy zorientowały się, że jesteśmy niedaleko. Pierwsze z nich szły w moim kierunku. Wyglądały na w miarę świeże, dzięki czemu poruszały się dość żwawo. Wydawało mi się też, że widzę tutaj rodzinę z dachu.
Dobiec do reszty ekipy było za późno, dwa trupy odcięły mi drogę. Widziałem tylko cień Rudego, który machał mi zza trupów. Znowu próbował mnie zabić, jednak teraz bardziej skutecznie.
Z każdą sekundą nowe zombiaki otaczały mnie, uniemożliwiając ucieczkę. Miałem parę sekund by coś wymyślić, inaczej zjedzą mnie tu żywcem. A nawet jak uda mi się uciec z pogryzieniem, to żadne lekarstwo mi już nie pomoże. Czas mijał, a ja stałem w miejscu, nie wiedząc co zrobić. Rozglądałem się raz w prawo, raz w lewo i nic. Dopiero po chwili dostrzegłem zarys postaci, która nawołuje mnie machaniem ręki. Czy miałem wyjście, niż biec w jej kierunku? Nie.
Była ona w miejscu, z którego niedawno wystartowaliśmy. Może nas śledziła, a teraz chciała się mnie pozbyć? Nie miałem wyjścia, trupy odcięły mnie od innych dróg awaryjnych.
Byłem coraz bliżej, kiedy jeden z trupów złapał mnie za rękaw. Siłowaliśmy się, ale nagle w jego głowie pojawiła się dziura i padł na ziemię. Odwróciłem się, a to nieznajomy trzymał w ręku karabin. Znajdowałem się na takiej odległości, że mogłem już stwierdzić, że nieznajomy był kobietą. Nadal jednak nie wiedziałem kto to. Skoro mnie jednak uratowała, musiała być po mojej stronie.
Zostało mi do przebycia jakieś 100 metrów. Nieznajoma oddała jeszcze 3 strzały. Gdy już dobiegłem, mogłem przyjrzeć się mojej wybawicielce. Była nią dziewczyna, którą spotkaliśmy przy helikopterze.
– Chyba cię zostawili.
– Najwidoczniej.
– Jestem Ewa – schowała za siebie broń i wyciągnęła rękę.
– Dawid, miło mi – postąpiłem dokładnie tak samo.
– Co teraz zrobisz?
– Muszę uratować małą dziewczynkę, zanim dostanie się do niej pewien psychol.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *