7. Tak Blisko, A Tak Daleko

   Ląd oddalał się coraz bardziej. Wszystkie trupy, które nas wcześniej goniły, wyglądały jak mrówki. W tej chwili nie byłoby problemu z ich rozgnieceniem. Każde drzewo machało do nas w rytmie wiatru. Powoli woń rozkładu odchodziła w niepamięć.
   – Tutaj na górze, świat wygląda zupełnie inaczej – Angie cały czas patrzyła przez okno.
   – Masz racje – rzekł Marek znad steru – dlatego tak kocham… kochałem tą robotę.
– Nic dziwnego.
– Jezu jak wysoko – totalnie zapomniałem o tym, że mam lęk wysokości.
– Co się stało? – zapytała Angie, z bardzo wymownym spojrzeniem.
– Zawsze bałem się wysokości. Nawet jak leciałem samolotem, to nigdy nie patrzyłem za okno.
– Dziwne… myślałam, że w tym świecie, jedynym lękiem ludzkości, są zmarli.
– Też tak myślałem, aż do teraz.
Widziałem, jak Angie wypuszcza powietrze. Najwidoczniej obawiała się co Marek by zrobił, gdyby się dowiedział o naszej infekcji. Uznaliśmy, że lepiej będzie, jak nie będziemy o tym wspominać. Gośka najwidoczniej domyśliła się, dlatego jeszcze nas nie wydała.
Pierwszy raz od rana, poczułem się zmęczony. Byłem w stanie zasnąć tu i teraz. Robiłem co w mojej mocy, by nie zamknąć oczu. Czułem, jakby cały czas ktoś na nie kład kamienie, nie pozwalając mi ich ponownie otworzyć.
   – Nie wiem jak w tym hałasie można spać.
– Najwidoczniej bardzo tego potrzebował. Wiele przeszedł.
– A co konkretnie mu się przydarzyło?
– Dzisiaj rano stracił swoją ukochaną i ona… eee… nadal nie może się otrząsnąć.
– Wiem co czuje. Moja zmarła wiele lat temu, na raka mózgu. Ciężko było patrzeć, jak odchodzi w potwornych męczarniach.
– Przykro mi.
– Dzięki. On miał na tyle szczęścia – jeżeli można tak powiedzieć – że jego odeszła w tych czasach. Jakoś chyba łatwiej przyzwyczaić się do śmierci, kiedy jest jej od cholery.
– Nie sądzę – rozmowa dziewczyn z Markiem mnie obudziła.
– Ow… nie wiedziałem, że nie śpisz… wybacz.
– Nic się nie stało – trochę skłamałem – i tak nie mam czasu na opłakiwanie jej – tutaj akurat miałem rację – długo spałem?
– Nie tak bardzo – wtrąciła się Gośka – niecałą godzinę. Padłeś jak kłoda. Nie obudziło cię nawet lądowanie.
   – Lądowanie? Po co lądowaliśmy?
– Z dwóch przyczyn – odezwał się Marek – Po pierwsze trzeba było uzupełnić paliwo. Po drugie cholernie chciało mi się lać.
Angie aż zachichotała, a wraz z nią Gośka. Nawet u mnie pojawił się lekki uśmiech. Powoli docierało do mnie, że to koniec naszej męki. Niebawem dostaniemy się do laboratorium, w którym jest lek. Oczywiście, nie brałem teraz możliwości niepowodzenia misji. Musiało się udać. Czułem to.
   – Kurwa… widzicie to? – Moją ekscytację, przerwało pytanie Marka.
– Co to takiego?
– Wydaje się, że to… o kurwa.
Zbliżaliśmy się do miasta. Oznaczało to wpierw przelecenie, nad podmiejskimi osiedlami. Na jednym z dachów budynku, stało jakieś szczęść osób, w tym dziecko. Wiedziałem, że to nieludzkie, ale nie mogliśmy marnować na nich czasu. Musieliśmy lecieć dalej. Czasu było coraz mniej.
– Co robimy? Do celu pozostało nam nieco ponad 20 minut.
– Musimy im pomóc!
   – Nie możemy – wszyscy spojrzeli na mnie – boli mnie serce mówiąc to, ale nie możemy.
– Dlaczego!? – Gośka aż krzyknęła ze zdziwienia na moje słowa.
– A jak chcesz to zrobić? Przecież nie zmieszczą się tutaj nawet dwie dodatkowe osoby, nie mówiąc o sześciu.
   Wszyscy popatrzyli w ziemie. Wiedzieli, że mam racje, ale nikt nie chciał jej przyznać.
   – Naprawdę nic nie możemy zrobić?
Popatrzyłem w oczy Gośce. Ucieszyło mnie, że nie widać w niej żadnej mgły. Nie wiem w jakim stanie były teraz moje gałki oczne. Jak je wcześniej widziałem, to aż sam się wystraszyłem. Teraz mogło być już tylko gorzej.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Uprzedziło mnie to, co się właśnie wydarzyło na dachu. Tam gdzie stali ludzie, pojawiło się około 30 zombie. Nie byłem w stanie ich policzyć.
   – Już po nich – to była jedyna rzecz, jaką udało mi się powiedzieć.
Było to potworne, ale cieszyłem się, że tak się stało. Nie musiałem wymyślać nic, by lecieć dalej. Oczywiście widok tego, co trupy robiły z ich ciałami, było jeszcze bardziej koszmarne. Krew nagle zalała całą powierzchnię dachu. Wyglądało tak, jakby ktoś go świeżo pomalował.
   Nikt z nas nie skomentował tej sytuacji. Marek skierował maszynę z powrotem na wcześniejszy kurs. Dziewczyny nie mogły oderwać wzroku, z odbywającej się rzeźni. Kiedy sam tam spojrzałem, akurat jeden z trupów wgryzał się w szyję małej dziewczynki. Przypominała mi Kasię, ale ta miała krótsze włosy. Obie umarły przez te cholerne umarlaki. Nienawidziłem siebie za to. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
– Dobra, jesteśmy niedaleko celu – dopiero to obudziło nas z przygnębienia, jakie wywarło na nas wcześniejsze wydarzenie.
   – Jak możesz to wyląduj gdzieś tutaj.
– Nie rozumiem… nie lepiej wylądować przy samym wejściu?
– Widzisz – musiałem szybko wymyślić jakieś kłamstwo – mogą odebrać nas za bandytów i od razu zestrzelić helikopter.
– Myślisz, że byliby do tego zdolni?
– W tym świecie? Jak najbardziej.
Do wyładowania nikt nie odezwał się już słowem. Przyszło nam postawić maszynę na parkingu jakiegoś marketu. Na pieszo mieliśmy do przejścia, jakieś 2km.
   – Tutaj powietrze jest zupełnie inne. Takie bardziej świeże.
   – Ja tam nic nowego nie czuje – mówiąc to, Marek bacznie przyglądał się Gośce. Chyba tylko ja to zauważyłem, bo żadna z dziewczyn, nie zwróciła mu uwagi.
   – Dobra, trzeba udać się tam…
   Wystrzał. Ciało Gośki runęło na ziemię. Dym ulatywał z lufy Marka. To on strzelił jej prosto w głowę. Krew prysnęła w naszym kierunku, pokrywając nas szczątkami mózgu.
   – Przepraszam, że tak bez uprzedzenia, ale zauważyłem u niej pogryzienie. Musiał ktoś ją dziabnąć kiedy uciekaliśmy. Nie chcę by podzieliła losy Piotrka.
   Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Uświadomiłem sobie, że pod żadnym pozorem, nie możemy powiedzieć Markowi o naszej infekcji. Mógłby postąpić tak samo z nami.
   – Ruszajmy – tylko tyle przeszło mi przez gardło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *