4. Wewnętrzny Żar

W końcu myślami wróciłem na ziemie. Przeżyłem chwilę zwątpienia, która była tak silna, że niemal czułem jej realizm. Nie mogłem się teraz wycofać. Każdy kolejny krok, zbliżał mnie do pozbycia się wirusa. Nie mogłem się doczekać, by wrócić do tego co było.
– Dobra, zróbmy sobie chwilowy postój, dzieciaki jesteście głodne?
Oba maluchy twierdząco pokręciły głową.
Angie wyjęła z plecaka parę puszek fasoli – najczęściej spotykane danie w menu dzisiejszych czasów. Wszyscy usiedliśmy w kółku, po czym głos zabrał Krzysiek.
– Poszukam czegoś by móc rozpalić ognisko, na ciepło smakują o wiele lepiej. Wrócę za chwilę.
– Bądź ostrożny – kierując wzrok na brata, Angie wypowiedziała to z niezwykłą troską w głosie – w razie czego krzycz, a będziemy w mgnieniu oka.
– Będę pamiętać – wstając poczochrał Michała po głowie – jak mnie nie będzie, pilnujcie tych tam, zgoda?
– Zgoda – rodzeństwo odpowiedziało chórkiem.
Kiedy Krzysiek zniknął z horyzontu, ja obserwowałem dzieciaki. Cały czas miałem na sumieniu to, że musiałem pozbawić ich kontaktu z ojcem, dla własnej korzyści. Dowódca nigdy nie wspominał nam, o swoim wcześniejszym życiu. Nie przypominam sobie, by mówił cokolwiek innego, niż sprawy obozu. Był skrytym, lecz dobrym człowiekiem. Zastanawiał mnie też fakt, dlaczego wybrał się w ten rejon ze swoimi ludźmi. Może Karol naopowiadał wszystkim, że planuje przyłączyć się do bandytów i teraz mnie szukali, bym zapłacił za zdradę? Nic nie było wykluczone. W tej chwili mogłem spodziewać się wszystkiego.
– Powiedz mi jak było na prawdę
Nim się spostrzegłem, Angie była obok mnie.
– Wiem, że coś skrywasz. Czuje to tak jak czułam, że nie jesteś martwy – zobaczyłem, że jej ręka nagle przykrywa moją – Chcę ci pomóc, ale nie wiem jak.
– Gdybym mógł ci powiedzieć, już dawno bym to zrobił – czułem ciepło jej dłoni na swojej.
– Wiem, że jesteś dobry, znamy się raptem od paru godzin, ale nigdy nie czułam czegoś takiego, co czuje od ciebie – jej wzrok w jednej chwili stał się bardzo głęboki, przeszywał mnie od środka.
Już zbierałem się w sobie, by powiedzieć jej wszystko, od początku do końca. Byłem tego tak bliski, lecz w tej chwili zjawił się Krzysiek. Niósł ze sobą różnej długości gałęzie. Z kieszeni wystawała mu kora brzozowa – idealna rozpałka. Jak widać pomyślał o wszystkim.
Nagle Angie zabrała swoją dłoń z mojej. Całe ciepło jakie od niej biło, rozprysło się niczym pył.
– Cisza w tym lesie jest nie do zniesienia – po chwili konsternacji dodał – chociaż jedno miejsce wydawało mi się dość dziwne. Na drzewach pojawiało się sporo krwi, oraz zadrapań. A jedyne trupy jakie znalazłem były już martwe z widocznymi śladami strzału w czaszce. Nie wiem czy jesteśmy tutaj bezpieczni. Myślicie, że to bandyci?
Na dźwięk tego słowa w oczach dzieci pojawiły się łzy. Momentalnie oboje się rozpłakali. Pewnie przypomniały im się czasy, jak byli przetrzymywani wraz z matką w jednym z ich obozów.
– Brawo, zobacz co narobiłeś – Angie skarciła brata wzrokiem.
– Ej… wiesz przecież, że nie chciałem sprawić im przykrości.
– Dobra, lepiej rozpal te ognisko zanim znowu coś głupiego palniesz.
Kiedy Angie pocieszała małe rodzeństwo, a Krzysiek rozpalał ognisko, ja siedziałem cały czas w jednej pozycji. Nie chciałem zabierać głosu. Ostatnio moje słowa sprawiły więcej bólu i przykrości, niż nie jeden zombie.
Po paru chwilach, Krzyśkowi udało się w końcu wzniecić ogień. W tym momencie zamarłem. Widok ogniska sprawił, że poczułem strach, jakiego nigdy wcześniej nie znałem. Czułem ten ogień w sobie, jak pali moje wszystkie wnętrzności. Osunąłem się do tyłu. Poczułem mdłości i potworne zawroty głowy. Za każdym razem, kiedy spojrzałem na płonące ognisko, mój stan stawał się coraz gorszy. Zamknąłem oczy i po raz kolejny poczułem ranę na ramieniu. Teraz to ona była moim wewnętrznym płomieniem. Zakażenie nasilało się coraz bardziej, a to był dopiero początek. Nie chciałem myśleć o tym, co by było podczas dwudziestej godziny infekcji.
Kiedy objawy zelżały, spojrzałem na zegarek. Była godzina 13. Już od 6 godzin zmagam się z ugryzieniem. Miałem dość tego, jak reszta na mnie patrzy. Za każdym razem, mówiłem, że gorzej się poczułem, ale to wszystko stawało się coraz bardziej niepokojące.
Poczułem jak Angie pomaga mi wstać. Otwierając oczy, widziałem jak patrzy na mnie z wielkim niepokojem.
– Wiem, że boisz się powiedzieć, szanuje to, ale jeżeli jest to coś, o czym powinniśmy wiedzieć, zrób to teraz – mówiąc dalszą część, starała się, bym tylko ja to usłyszał – Dzieci zaczynają się ciebie bać. Najpierw ta akcja z ich ojcem, teraz to. Daj sobie pomóc.
– Za późno na pomoc – mówiąc to, posłałem jej wzrok, w którym nie było już nadziei.
Usiedliśmy przy ognisku i tym razem spojrzałem w sam środek ognia. Czuć było śmierć, ból i cierpienie. Ogień był symbolem zła.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

fifteen + 14 =